Myśl dnia

Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny. Iz 2,4

Wydarzenia

Brak wydarzeń

16 Niedziela Zwykła/C, 17.07.2022

Łk 10,38-42: Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».

W krótkiej scenie odwiedzin Jezusa w domu Marty i Marii, najważniejsze jest zestawienie postaw Marty i Marii w jednym czasie i przestrzeni, a podstawowym problemem jest kwestia gościnności. Marta przyjmując Jezusa i Jego uczniów przedstawia siebie jako gospodyni, która chce ugościć Jezusa. Do Marty jest podobny katolicyzm, szczególnie polski. Kościoły ociekają złotem, złotymi naczyniami i szatami liturgicznymi, wszystko po to, aby jak najgodniej przyjmować w gościnę Jezusa. Katolicyzm jest absolutnym gospodarzem, który zarządza czasem i przestrzenią religijną, dyktuje, kto i co ma mówić i robić, rozkazuje nawet samemu Jezusowi. Na interwencję Marty Jezus odrzuca jednak jej upomnienie i wskazuje na Marię, że to ona wybrała najlepszą cząstkę, a jest nią postawa, w której uznaje ona Jezusa za gospodarza, a ona, siedząc u Jego stóp i słuchając Jego słów jest Jego gościem. I to najbardziej denerwuje Martę, że Maria swoim zachowaniem pozbawia ją roli gospodyni i widzi w tej funkcji Jezusa. Odbywa się tu, podobnie jak w przypadku gości Abrahama odwrócenie porządku gościnności, a wraz z nim rewolucja w pojmowaniu Boga i religii. Bóg jest gospodarzem przez swoje słowo, a człowiek jest u Niego gościem przez słuchanie i posłuszeństwo. Jezus nie odrzuca postawy Marty, ale wskazuje na daremność jej aktywności. Jeśli swój stosunek do Niego, chce budować wyłącznie na własnym działaniu, pomijając słuchanie Jego słowa, jej religijność będzie zawsze pełna żalów, pretensji i niespełnionych oczekiwań. I taka właśnie jest nasza polska religijność katolicka.

Niedziela Trójcy Świętej/C, 12.06.2022

J 16,12-15: Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy i oznajmi wam rzeczy przyszłe. On Mnie otoczy chwałą, ponieważ z mojego weźmie i wam objawi. Wszystko, co ma Ojciec, jest moje. Dlatego powiedziałem, że z mojego weźmie i wam objawi.

Liturgia niedzieli Trójcy Świętej odsłania tajemnicę Boga jako jedności Trzech Osób: Ojca, Syna i Ducha. Ta jedność ustanawia nierozerwalną więź między Nimi i sprawia, że Bóg jest źródłem każdej ludzkiej wspólnoty. Szukamy kontaktu z innymi, ale unikamy głębszych więzi, gdyż boimy się, że drugi nami zawładnie i stracimy siebie i kontrolę nad własnym życiem. Dlatego nasze relacje z ludźmi, nawet bliskimi są powierzchowne i zewnętrzne: mimo ich fizycznej obecności czujemy się samotni. Potrzebujemy pomocy Tego, o którym Jezus mówi, że jest Duchem prawdy. Jakiej? Tej wewnątrz nas, której nie chcemy odsłonić, gdyż wstydzimy się, że ktoś znając nasze słabości wyśmieje nas i odrzuci. Kto jednak zaryzykuje i da się poprowadzić prawdzie, wejdzie na drogę wyzwolenia i otworzy się przed nim możliwość bliskości, jakiej przedtem nie doświadczył.

Niedziela Zesłania Duch Świętego/C, 05.06.2022

J 14,15-16.23-26: Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania. Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Parakleta da wam, aby z wami był na zawsze. Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem.

Bez Ducha nie ma prawdziwej obecności. Jest tylko ciało, które chce się pokazać i stać się widocznym. A kiedy inni negują nasz wygląd i nas odrzucają, czujemy się tak jakbyśmy nie istnieli. Ciało jest bardzo ważne, ale jak się czujemy, zależy od tego, co myślimy o sobie i o swoim ciele. Bez względu na to, jaki inni nas oceniają, możemy się czuć się ze sobą dobrze, bo Duch jest Tym, który jest z nami na zawsze i zapewnia nas, że jesteśmy kimś ważnym dla Boga.

6 Niedziela Wielkanocy/C, 22.05.2022

J 14,23-29: Jezus powiedział do swoich uczniów: Jeśli Mnie kto miłuje, będzie zachowywał moją naukę, a Ojciec mój umiłuje go i przyjdziemy do niego, i mieszkanie u niego uczynimy. Kto nie miłuje Mnie, ten nie zachowuje słów moich. A nauka, którą słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca. To wam powiedziałem, przebywając wśród was. A Paraklet, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem. Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie. A teraz powiedziałem wam o tym, zanim to nastąpi, abyście uwierzyli, gdy się to stanie.

Patrzymy na kogoś i pod wpływem jakiego impulsu lub okoliczności, mówimy ‘kocham cię’. Do kogo odnosi się nasza miłość? Czy tylko do kogoś, kto w danej chwili jest przed nami? Żadna osoba nie jest bez swojej historii, naznaczonej różnymi wydarzeniami. Wszystkie one są w niej obecne, gdy mówię ‘kocham cię’. Czy moja miłość obejmuje całe jej życie, zwłaszcza, jeśli nasze historie znamy wycinkowo i pełno w niej dziur, zakamarków, zamkniętych szuflad, do których nikt nie ma dostępu? Jezus wszystko opowiedział o sobie swoim uczniom i w byciu z nimi, objawił im to, czego potrzebowali, aby mogli  zrozumieć, kim jest, skąd pochodzi i dokąd zmierza. Miłować Go to poznać całą drogę, którą przebył i przyjąć ją jako część własnej historii. To właśnie znaczą Jego słowa: Ja i Ojciec mój przyjdziemy do niego i mieszkanie u niego uczynimy. To nie jest chwilowa gościnność, lecz bycie razem do końca.

5 Niedziela Wielkanocy/C, 15.05.2022

J 13,31-35: Po wyjściu Judasza z wieczernika Jezus powiedział: «Syn Człowieczy został teraz otoczony chwałą, a w Nim Bóg został chwałą otoczony. Jeżeli Bóg został w Nim otoczony chwałą, to i Bóg Go otoczy chwałą w sobie samym, i to zaraz Go chwałą otoczy. Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie. Po tym wszyscy poznają, że jesteście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali».

Wyjście Judasza, który odchodzi od Jezusa, by jako zdrajca stanąć na czele Jego przeciwników, jest przejściem do czegoś nowego. Jezus wiedząc o jego zdradzie i jej skutkach dla siebie mógłby się załamać i popaść w rozpacz. Jeden z jego najbliższych uczniów wydał Go w ręce tych, którzy skarzą go na śmierć. Nie tylko Judasz wyrzekł się Jezusa, pozostali uczniowie również zawiedli, rozpraszając się w momencie Jego aresztowania. Jego bezwarunkowa miłość obejmuje także ich słabości. Nie jest ograniczona czasem: kocham cię tak długo aż nie popełnisz dużego wykroczenia. Nie narzuca też jej siłą, gdyż jej podstawą jest wolność.

4 Niedziela Wielkanocy/C, 08.05.2022

J 10,27-30: Jezus powiedział: Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je. Idą one za Mną, a Ja daję im życie wieczne. Nie zginą na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, który Mi je dał, jest większy od wszystkich. I nikt nie może ich wyrwać z ręki mego Ojca. Ja i Ojciec jedno jesteśmy.

Życie w rodzinie czy wspólnocie może z upływem czasu przerodzić się w rutynę i przyzwyczajenie. Ludzi trzymają razem strach przed samotnością, zależność od wspólnych pieniędzy, czasami dzieci lub wygoda i niechęć do zmiany. Żyją obok siebie, ale nie dla siebie. Może się to zmienić, jeśli zaczną siebie nawzajem słuchać. Ale słuchanie drugiego jest możliwe tylko wtedy, gdy słucham Tego, który mnie zna – zna tak, jak pasterz zna swoje owce, przejęty troską o nie. Czując czyjąś troskę, poznaję swoje potrzeby, a wtedy potrafię je rozpoznać także w drugim. Bycie razem zmienia się. Staje się drogą, na której towarzyszymy sobie, wsłuchując się w głos Tego, który nas prowadzi bezpiecznie, i z którego ręki nic nas nie wyrwie. W prawdziwym słuchaniu nie ma strachu o siebie.

3 Niedziela Wielkanocy/C, 01.05.2022

J 21,1-13: Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: «Idę łowić ryby». Odpowiedzieli mu: «Idziemy i my z tobą». Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie ułowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: «Dzieci, macie coś do jedzenia?» Odpowiedzieli Mu: «Nie». On rzekł do nich: «Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie». Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się wpław do jeziora. Pozostali uczniowie przypłynęli łódką, ciągnąc za sobą sieć z rybami. Od brzegu bowiem nie było daleko – tylko około dwustu łokci. A kiedy zeszli na ląd, ujrzeli rozłożone ognisko, a na nim ułożoną rybę oraz chleb. Rzekł do nich Jezus: «Przynieście jeszcze ryb, które teraz złowiliście». Poszedł Szymon Piotr i wyciągnął na brzeg sieć pełną wielkich ryb w liczbie stu pięćdziesięciu trzech. A pomimo tak wielkiej ilości sieć nie rozerwała się. Rzekł do nich Jezus: «Chodźcie, posilcie się!» Żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: «Kto Ty jesteś?», bo wiedzieli, że to jest Pan. A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę.  

Uczniowie wraz Jezusem przyszli do Jerozolimy na święta Paschy, w czasie których miały miejsce dramatyczne wydarzenia, związane z Jego śmiercią i równie mocne doświadczenie Jego zmartwychwstania. Można przypuszczać, że powinny one zmienić całkowicie ich życie. Z pewnością nie mogli o niczym innym myśleć i rozmawiać tam, w Jerozolimie, ale święta się skończyły i trzeba było wracać do domu w Galilei i codziennych zajęć. Rybacy musieli wrócić do łowienia ryb. Czy to, co przeżyli w Jerozolimie, może mieć coś wspólnego z ich pracą i codziennym życiem? Nie przekonają się, dopóki nie zaczną łowić. Próbowali całą noc, ale nic nie ułowili. A bez połowu nie będzie co jeść. Nigdy wcześniej nie słyszeli takiego pytania: dzieci, czy nie macie czegoś do jedzenia? Zazwyczaj, po nieudanym połowie czuli się zrezygnowani i zniechęceni, a czasem wkurzeni. Tak pyta ktoś głodny, a przecież to oni są głodni, nie tylko chleba i ryby, bardziej uwagi i troski. On pyta zamiast nich, bo oni sami nie mają odwagi się do tego przyznać. Wtedy słyszą: ‘spróbujcie jeszcze raz, a znajdziecie’. I rzeczywiście, wyciągnęli mnóstwo ryb. Tam, w Jerozolimie przyszedł do nich, gdy byli pełni strachu, tu nad Morzem Tyberiadzkim, objawia się im w momencie niepowodzenia w pracy. Ledwie wyciągnęli sieć pełną ryb, ale nie czują zmęczenia. Ktoś Inny zaprasza ich do posiłku, w którym posilają się tym, co złowili, będąc posłuszni Jego słowom. Codziennie będą wypływali na połów i spożywali posiłki. Pytanie tylko, czy będą świadomi, że Jego obecność i słowo zawsze im towarzyszy?

2 Niedziela Wielkanocy/C, 24.04.2022

J 20,19-20: Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, choć drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

W pierwszy dzień tygodnia po śmierci Jezusa wydarzyło się bardzo wiele. Najpierw z samego rana o świcie Maria Magdalena udała się do grobu i gdy zobaczyła odsunięty kamień, pobiegła do Piotra i umiłowanego ucznia. Kiedy Piotr wszedł do grobu i zobaczył leżące płótna i chustę, tylko się zdziwił. Umiłowany uczeń uwierzył, ale jego wiara niczego w nim nie zmieniła. Obaj wrócili do siebie, czyli do stanu odrętwienia i beznadziei, w którym byli po śmierci Jezusa. Maria Magdalena, gdy zorientowała się, że w grobie nie ma ciała Jezusa, cały czas płakała. Dwa razy usłyszała pytanie: Dlaczego płaczesz? I dwa razy odpowiadała, że ktoś zabrał Jego ciało, a ona nie wie, gdzie, a chciałaby je jeszcze namaścić. Nie wiedziała, że jednym z pytających był sam Jezus. Kiedy wypowiedział jej imię, rozpoznała Go, a On polecił jej udać się do uczniów i opowiedzieć o tym spotkaniu. Poszła do wszystkich i starała się im przekazać, co Jezus jej powiedział. Nie osiągnęła niewiele, ale musiała być wystarczająco przekonująca, że wymogła na nich, aby się zebrali razem. Oczywiście, żaden jej nie uwierzył, a ten, który uwierzył, bał się odezwać, myśląc, że pozostali go wyśmieją. Nie uwierzyli, dlatego tam, gdzie się zgromadzili drzwi były zamknięte ze strachu przed Żydami, którzy również ich mogli aresztować i skazać na śmierć, jak Jezusa. Nie widać żadnego pomieszczenia, twarzy zebranych osób, tylko zamknięte drzwi. Tak działa strach. Nie czuli go w sobie i udawali przed sobą, że wszystko jest w porządku, ale zamknęli drzwi, żeby nikt nie mógł wejść i odebrać im poczucie bezpieczeństwa. Ale On wszedł mimo drzwi zamkniętych. Nie otworzył ich, lecz stanął pośrodku i pozdrowił ich życzeniem pokoju. I zaraz pokazał im ręce i bok. Mieli jeszcze w oczach obraz Jego przebitych rąk i boku, gdy umierał na krzyżu, i chcieli go całkowicie wymazać i zapomnieć, a teraz znowu mają go przed sobą w osobie, która żyje i mówi do nich. Czy to nie jest przezwyciężenie śmierci i lęku przed nią? Czy zmartwychwstanie nie jest przejściem przez zamknięte strachem drzwi i spojrzeniem w przyszłość, noszącą ślady przeszłości, przed którą się dotąd uciekało?

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego/C, 17.04.2022

Łk 24,1-12: 1W pierwszym dniu tygodnia, wczesnym rankiem, przyszły do grobu, niosąc wonności, które przygotowały. 2I zastały kamień odsunięty od grobu. 3Gdy tam weszły, nie znalazły ciała Pana Jezusa 4i poczuły się bezradne. Wtedy obok nich stanęli dwaj mężczyźni w błyszczących szatach. 5Ogarnął je strach i schyliły głowy ku ziemi, a oni powiedzieli do nich: Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? 6Nie ma Go tu! Zmartwychwstał! Przypomnijcie sobie, co wam powiedział, gdy był jeszcze w Galilei: 7Syn Człowieczy musi być wydany w ręce grzeszników, ukrzyżowany, a trzeciego dnia zmartwychwstanie.8Wtedy przypomniały sobie Jego słowa. 9Wróciły od grobu i oznajmiły to wszystko Jedenastu oraz pozostałym. 10Były to: Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba. Również inne razem z nimi opowiadały to apostołom. 11Lecz te słowa wydały się im tak niedorzeczne, że nie uwierzyli. 12 Piotr jednak wstał i pobiegł do grobu. Nachylając się, zobaczył jedynie płótna. Zdumiony tym, co się stało, wrócił do siebie.

Piotr powiadomiony przez kobiety o pustym grobie, biegnie sprawdzić, czy rzeczywiście tak jest, jak one mówią. Znajduje grób pusty i tylko tyle. Pozostaje więc z faktem pustego grobu, wracając do siebie. W Jego życiu nic się nie zmienia: pusty grób nie zawiera dla niego żadnego przesłania, które mogłoby stać się punktem zwrotnym w jego historii. Piotr nie wierzy, gdyż nie szuka dalej. Patrzy nic niewidzącymi oczami na pusty grób i niczego nie rozumie. Jezus zmartwychwstał, poszedł dalej poza śmierć, w nową przyszłość, a Piotr pozostał martwy. Może nie do końca, bo zdumiało go to, się stało. Spotykają nas różne wydarzenia, które nie pasują do naszego myślenia i przyzwyczajeń, tworzących nasz własny świat. Jakim trzeba być zamkniętym, żeby nawet nie zdziwić się, że pojawiło się coś nowego.

Wielki Piątek, Liturgia Męki Pańskiej, 15.04.2022

1Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał ubiczować. 2A żołnierze spletli koronę z cierni i włożyli na Jego głowę. Narzucili Mu purpurowy płaszcz, 3podchodzili do Niego i mówili: Bądź pozdrowiony, królu Żydów. Bili Go też po twarzy. 4Piłat zaś znowu wyszedł na zewnątrz i oznajmił im: Oto wyprowadzam Go do was, abyście wiedzieli, że nie znajduję w Nim żadnej winy. 5I Jezus wyszedł na zewnątrz w cierniowej koronie i purpurowym płaszczu. Wtedy Piłat powiedział do nich: Oto człowiek. 6Gdy wyżsi kapłani i słudzy zobaczyli Go, zaczęli krzyczeć: Ukrzyżuj!

Wyżsi kapłani i słudzy oskarżali Jezusa, że uważa siebie za króla Żydów. Ale Piłat podczas przesłuchania nie znalazł żadnych dowodów, potwierdzających to oskarżenie, bał się jednak im przeciwstawić, gdyż kapłani mieli wielkie wpływy wśród ludu i mogli doprowadzić do zamieszek. Kiedy zażądali uwolnienia Barabasza, zabójcy, a nie Jezusa, chciał zmienić ich zdanie przez wzbudzenie w nich litości do Jezusa. Dlatego kazał Go ubiczować, a żołnierze zakładając Mu wieniec z ciernia na głowę i purpurowy płaszcz, zrobili z Niego karykaturę króla, bo jak ktoś taki mógłby w ogóle pretendować do bycia królem. Wyprowadził Go do nich i przedstawił: oto człowiek. Ale oni zawołali: ukrzyżuj. Nie okazali współczucia na widok zmasakrowanego okrucieństwem żołnierzy. Piłatowi też nie pomogło jego rzymskie poczucie sprawiedliwości, gdyż na ich żądanie wydał wyrok skazujący. Ci, którzy mają władzę, polityczną lub religijną i ci, którzy pożądają władzy i pragną wielkości, są niezdolni do współczucia, a ono jest miarą prawdziwego człowieczeństwa.

Niedziela Męki Pańskiej/C, 10.04.2022

Iz 50,6: Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem.

Ps 22,17-18: 17Bo sfora psów mnie osaczyła, obległa mnie zgraja złoczyńców. Przebili moje ręce i nogi,18policzyć mogę wszystkie kości moje. Oni zaś patrzą na mnie pogardliwie.

Flp 2,7-8: A z zewnętrznego wyglądu uznany za człowieka,8uniżył siebie samego, stając się posłusznym aż do śmierci, i to śmierci na krzyżu.

Łk 23,32-38: 32Prowadzono też innych, dwóch złoczyńców, którzy razem z Nim mieli być straceni. 33Kiedy przyszli na miejsce zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, a drugiego po lewej Jego stronie. 34Jezus mówił: Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią. Oni zaś rzucili losy o Jego ubranie i podzielili się nim. 35A lud stał i patrzył. Przełożeni zaś drwili sobie z Niego: Innych wybawiał, niech uratuje samego siebie, jeśli On jest tym wybranym, Chrystusem Boga. 36Także żołnierze szydzili z Niego. Podchodzili, podawali Mu ocet 37i mówili: Jeśli jesteś królem Żydów, wybaw samego siebie. 38Był też nad Nim napis: To jest król Żydów.

Źle nam się słucha dzisiejszych fragmentów Pisma o zmaltretowanym przez ludzi Człowieku, w czasie, gdy toczy się wojna. Na wojnie trzeba walczyć, stawać w obronie kobiet, dzieci i starszych, których łatwo zranić i zabić, bo są bezbronne. Dzisiaj możemy widzieć przerażające obrazy ofiar wojny. Patrzą nasze oczy, tylko patrzą. Po chwili odwracamy głowy i nie chcemy patrzeć, bo widok zbyt straszny. W oko wchodzi wszystko, co widzimy, i pozostawia niechciany ślad w pamięci, odbierając spokój i beztroską radość. Kiedy Jezus umierał na krzyżu, lud też stał i patrzył. Patrzył na sponiewieranego okrucieństwem żołnierzy człowieka i słuchał wypowiadanych przeciw niemu szyderstw i oskarżeń. Ile oko może pomieścić bólu i cierpienia? Nie patrz, czytaj. Czytaj tak długo aż poczujesz własny ból, gdy to ty byłeś poniżony i odarty z godności. A wtedy wyznaj: Prawdziwie, ten C/człowiek był sprawiedliwy. Wyznaj i nie szydź.

5 Niedziela Wielkiego Postu/C, 03.04.2022

Jezus udał się na Górę Oliwną, ale o brzasku zjawił się znów w świątyni. Cały lud schodził się do Niego, a On, usiadłszy, nauczał ich. Wówczas uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę, którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie, a postawiwszy ją pośrodku, powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, tę kobietę dopiero co pochwycono na cudzołóstwie. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co powiesz?» Mówili to, wystawiając Go na próbę, aby mieli o co Go oskarżyć. Lecz Jezus, schyliwszy się, pisał palcem po ziemi. A kiedy w dalszym ciągu Go pytali, podniósł się i rzekł do nich: «Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem». I powtórnie schyliwszy się, pisał na ziemi. Kiedy to usłyszeli, jeden po drugim zaczęli odchodzić, poczynając od starszych, aż do ostatnich. Pozostał tylko Jezus i kobieta stojąca na środku. Wówczas Jezus, podniósłszy się, rzekł do niej: «Kobieto, gdzież oni są? Nikt cię nie potępił?» A ona odrzekła: «Nikt, Panie!» Rzekł do niej Jezus: «I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz».

Jezus pochylając się i pisząc palcem na ziemi, odwraca uwagę od kobiety, postawionej w centrum przez jej oskarżycieli. Tym gestem nie tylko odwraca uwagę od niej, ale kieruje ją na siebie. Na Nim teraz skupia się spojrzenie wszystkich. Czy przyłączy się do ich oskarżeń, czy też podważy prawo Mojżesza. Ale Jezus nie daje się wciągnąć w zastawioną na Niego pułapkę. Wzywa, aby ten, kto chce przyjąć rolę świadka grzechu kobiety i pierwszy ma rzucić na nią kamień, zastanowił się, czy jest całkowicie bez grzechu w sprawach dotyczących cudzołóstwa, czy nigdy nie pożądał żadnej kobiety?

4 Niedziela Wielkiego Postu/C, 27.03.2022

Łk 15,11-20: Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: „Ojcze, daj mi część własności, która na mnie przypada”. Podzielił więc majątek między nich. Niedługo potem młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam roztrwonił swoją własność, żyjąc rozrzutnie. A gdy wszystko wydał, nastał ciężki głód w owej krainie i on sam zaczął cierpieć niedostatek. Poszedł i przystał na służbę do jednego z obywateli owej krainy, a ten posłał go na swoje pola, żeby pasł świnie. Pragnął on napełnić swój żołądek strąkami, którymi żywiły się świnie, lecz nikt mu ich nie dawał. Wtedy zastanowił się i rzekł: Iluż to najemników mojego ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu przymieram głodem. Podniosę się i pójdę do mego ojca, i powiem mu: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie; już nie jestem godzien nazywać się twoim synem: uczyń mnie choćby jednym z twoich najemników. Wstał więc i poszedł do swego ojca.

Powołaniem człowieka jest samodzielność. Każdy, od swoich narodzin chce być w zakresie swoich możliwości niezależny i wolny, czyli pragnie decydować o sobie. Młodszy syn chciał podjąć ryzyko samodzielnego życia poza domem ojca, ale poprosił o połowę majątku, którą otrzymałby w spadku dopiero po jego śmierci. A to oznaczało z jego strony definitywne zerwanie relacji z ojcem. Na samodzielność nie był jeszcze gotowy, ale ojciec się zgodził. Dopóki miał spadek po ojcu, samodzielność była wspaniałym doświadczeniem. Jednak pieniądze się skończyły, nastał kryzys, nie było pracy, jedyna oferta to wypasanie świń – dla Żyda hańbiące zajęcie. Przy głodowych porcjach jedzenia zazdrościł świniom, iż mogą się najeść do syta. Wtedy przypomniał sobie, jak jest w domu ojca. Najemnicy są lepiej traktowani niż on przy wypasie świń. Pragnienie bycia lepiej traktowanym jest początkiem nowego życia.

3 Niedziela Wielkiego Postu/C, 20.03.2022

Łk 13,1-9: W tym czasie przyszli jacyś ludzie i donieśli Jezusowi o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: «Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, iż to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie». I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał zasadzony w swojej winnicy figowiec; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: „Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym figowcu, a nie znajduję. Wytnij go, po co jeszcze ziemię wyjaławia?” Lecz on mu odpowiedział: „Panie, jeszcze na ten rok go pozostaw, aż okopię go i obłożę nawozem; i może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz go wyciąć”».

Jezus przywołuje dwa współczesne sobie wydarzenia, które spowodowały śmierć wielu osób. Ale nie przyłącza się do opinii większości, pochłoniętej szukaniem różnych przyczyn tych nieszczęść (podobnie jak my dzisiaj analizujemy agresję Rosji na Ukrainę). Dyskutowanie o tym, co spotyka innych nie może przesłonić naszych własnych problemów, których nie rozwiążemy, skupiając się wyłącznie na tym, co robią inni. Stąd Jego wezwanie: Jeśli się nie nawrócicie, tak samo zginiecie. Zajmując się tym, co przydarza się innym, nie poprawimy jakości naszego życia, a czas na poprawę nieuchronnie ucieka. Oby każdy z nas dostał jeszcze jedną szansę (jeden rok), aby się zmienić.

2 Niedziela Wielkiego Postu/C, 13.03.2022

Jezus wziął z sobą Piotra, Jana i Jakuba i wyszedł na górę, aby się modlić. Gdy się modlił, wygląd Jego twarzy się odmienił, a Jego odzienie stało się lśniąco białe. A oto dwóch mężów rozmawiało z Nim. Byli to Mojżesz i Eliasz. Ukazali się oni w chwale i mówili o Jego odejściu, którego miał dopełnić w Jeruzalem. Tymczasem Piotr i towarzysze snem byli zmorzeni. Gdy się ocknęli, ujrzeli Jego chwałę i obydwu mężów, stojących przy Nim. Gdy oni się z Nim rozstawali, Piotr rzekł do Jezusa: «Mistrzu, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co mówi. Gdy jeszcze to mówił, pojawił się obłok i osłonił ich; zlękli się, gdy weszli w obłok. A z obłoku odezwał się głos: «To jest Syn mój, Wybrany, Jego słuchajcie!» W chwili, gdy odezwał się ten głos, okazało się, że Jezus jest sam. A oni zachowali milczenie i w owym czasie nikomu nic nie opowiedzieli o tym, co zobaczyli.

Jezus wiedział, że grozi Mu śmierć w Jerozolimie, mówił też, że kto chce iść za Nim, niech się zaprze samego siebie i podejmie razem z Nim cierpienie. W obliczu zagrożenia szukał w modlitwie schronienia w Bogu. Ale Piotr i uczniowie, czują się bezpieczni na górze i nie chcą wracać do problemów codziennego życia. Dla nich religia jest ucieczką od świata i niepewnej przyszłości. Jezus natomiast rozmawia z Mojżeszem (Prawo) i Eliaszem (Prorocy) o swoim odejściu, a umocniony przez Boga, wraca na drogę, na której będzie razem z tymi, którzy się boją, cierpią i przeżywają trudności. Nie potrzebujemy religii jako miejsca ucieczki od świata, potrzebujemy Boga i światła Jego słowa, aby być dla siebie nawzajem oparciem i pomocą.

1 Niedziela Wielkiego Postu/C, 06.03.2022

Pełen Ducha Świętego, powrócił Jezus znad Jordanu, a wiedziony był przez Ducha na pustyni czterdzieści dni i był kuszony przez diabła. Nic przez owe dni nie jadł, a po ich upływie poczuł głód. Rzekł Mu wtedy diabeł: «Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz temu kamieniowi, żeby stał się chlebem». Odpowiedział mu Jezus: «Napisane jest: „Nie samym chlebem żyje człowiek”». Wówczas powiódł Go diabeł w górę, pokazał Mu w jednej chwili wszystkie królestwa świata i rzekł do Niego: «Tobie dam potęgę i wspaniałość tego wszystkiego, bo mnie są poddane i mogę je dać, komu zechcę. Jeśli więc upadniesz i oddasz mi pokłon, wszystko będzie Twoje». Lecz Jezus mu odrzekł: «Napisane jest: „Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz”». Zawiódł Go też do Jerozolimy, postawił na szczycie narożnika świątyni i rzekł do Niego: «Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się stąd w dół. Jest bowiem napisane: „Aniołom swoim da rozkaz co do ciebie, żeby cię strzegli, i na rękach nosić cię będą, byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień”». Lecz Jezus mu odparł: «Powiedziano: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego”». Gdy diabeł dopełnił całego kuszenia, odstąpił od Niego do czasu.

Skąd wzięły się pokusy, które dopadły Jezusa i dlaczego doświadczył ich na pustyni? Ktoś odczuwa chęć do zrobienia czegoś, o czym wie, że jest złe i wtedy mówi: ‘diabeł mnie kusi’. Ale scena kuszenia Jezusa nie wygląda tak prosto. Egzorcyści ostrzegają: ‘nie prowadzić dialogu z diabłem’, a Jezus właśnie z nim rozmawia. Jak rozpoznać, że w tym, kto troszczy się o głodnego i cytuje Pismo św., ukrywa się sam diabeł. Oczywiście, można zachowywać się jak małe dzieci, które przerzucają winę jedno na drugiego: to on zrobił, nie ja. Tak samo można zwolnić się od odpowiedzialności za popełnione zło, przypisując je działaniu diabła. Posługując się takim językiem, nie tylko zachowujemy się dziecinnie, ale także roztaczamy wokół siebie aurę nadzwyczajności, bo diabeł jest kimś niezwykłym, mroczną siłą, budzącą grozę i pociągającą, szczególnie wtedy, gdy wokół siebie mamy widzów. W scenie kuszenia Jezusa diabeł jest na wskroś racjonalnym rozmówcą: wskazuje na jego rzeczywiste potrzeby i podsuwa mające je zaspokoić rozwiązania. A dotyczą one Jego wyjątkowej relacji z Bogiem. Diabeł podpowiada, że jako Syn Boży Jezus może robić to, co wykracza poza ludzkie ograniczenia i uczynić Go w oczach innych kimś wielkim. Jednak Jezus odmawia, chce być wierny swemu człowieczeństwu oddanemu tylko Bogu, a nie dążeniu do wielkości.

8 Niedziela Zwykła /C, 27.02.2022

Jezus opowiedział uczniom przypowieść: Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? Uczeń nie przewyższa nauczyciela. Lecz każdy, dopiero w pełni wykształcony, będzie jak jego nauczyciel. Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie dostrzegasz belki we własnym oku? Jak możesz mówić swemu bratu: Bracie, pozwól, że usunę drzazgę, która jest w twoim oku, podczas gdy sam belki w swoim oku nie widzisz? Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka brata swego.

Przed agresją Rosji przeciw Ukrainie odbyło się wiele rozmów, mających na celu powstrzymanie wojny, choć teraz wiadomo, że decyzja o jej rozpoczęciu została podjęta wcześniej. Dlaczego politycy nie potrafili w nich rozpoznać udawania i manipulacji, i dlaczego po fakcie nie potrafią przyznać, że zostali oszukani przez drugą stronę? Czyżby tak mocno wierzyli w siłę swoich argumentów, że nie dostrzegli fałszu u swoich rozmówców, którzy udawali szczere chęci. Badanie czyjejś wypowiedzi pod kątem jej szczerości zaczyna się od zbadania własnej mowy i szukania w tym, co mówimy ukrytych zamiarów. Wtedy będziemy bardziej ostrożni wobec oszukańczych słów tych, którzy chcą nas wyprowadzić w pole i nas wykorzystać. Jeśli jednak sami siebie oszukujemy, nie zobaczymy prawdy w tym, co mówią do nas inni, zgodnie z pytaniem, które Jezus zadaje w ewangelii: Czy może ślepy prowadzić ślepego? Czy nie wpadną w dół obydwaj? Ale jak zbadać oszukiwanie samych siebie? Belka we własnym oku jest dla nas niewidoczna, a jednocześnie potrafimy dostrzeż drzazgę w oku swego brata. Jak to możliwe? Tylko wtedy, gdy uważamy się za kogoś lepszego. Wysokie mniemanie o sobie zaślepia. Ono powoduje, że skupiamy się na śledzeniu najdrobniejszych uchybień w zachowaniu innych, przez co przestajemy widzieć własne błędy.

7 Niedziela Zwykła /C, 20.02.2022

Powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli zabiera ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Dawaj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie. 

Jezus zwraca się do tych, którzy słuchają, a dokładniej do tych, którzy są zdolni słuchać, w których chęć zemsty, uczucie nienawiści i pragnienie odpłaty za wyrządzone krzywdy, nie zagłuszą Jego słów. Kim więc są ci, którzy Go słuchają? To ci, którzy nikogo nie traktują jako ostatecznego wroga. Nie pozwalają, aby opanował ich strach, który każe w nim widzieć absolutne zło – wcielonego diabła. To, ci, którzy nad każdym, nawet największym wrogiem, dostrzegają Tego, który ma władzę nad wszystkim. To moment, w którym lęk maleje, a wtedy okazuje się, że wróg jest także człowiekiem, mającym jakąś własną historię i że z niej wypływają jego działania, które ranią i zadają krzywdę. Jednak kochać nieprzyjaciół i dobrze czynić tym, którzy nas nienawidzą, czy to nie za dużo? Większość wrogów jest daleko, ale niektórzy są blisko. Oni właśnie są problemem. W takcie kłótni, krzyku, czujemy, że ktoś nas atakuje i staje się dla nas zagrożeniem, któremu z całą mocą trzeba się przeciwstawić. Jest wtedy dla nas tylko wrogiem, nikim innym, nie jest dzieckiem, rodzicem, bratem czy siostrą, lecz wrogiem. Można ich odrzucić i przestać ich znać, ale pojawią się inni. Trzeba więc  nauczyć się przezwyciężać wrogość. Kochać oznacza nie bać się i być z nimi bez szukania szukania odwetu.
6 Niedziela Zwykła /C, 13.02.2022

Jezus podniósł oczy na swoich uczniów i mówił: Błogosławieni jesteście, ubodzy, albowiem do was należy królestwo Boże. Błogosławieni, którzy teraz głodujecie, albowiem będziecie nasyceni. Błogosławieni, którzy teraz płaczecie, albowiem śmiać się będziecie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie was znienawidzą i gdy was wyłączą spośród siebie, gdy zelżą was i z powodu Syna Człowieczego odrzucą z pogardą wasze imię jako niecne: cieszcie się i radujcie w owym dniu, bo wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili prorokom. Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą. Biada wam, którzy teraz jesteście syci, albowiem głód cierpieć będziecie. Biada wam, którzy się teraz śmiejecie, albowiem smucić się i płakać będziecie. Biada wam, gdy wszyscy ludzie chwalić was będą. Tak samo bowiem przodkowie ich czynili fałszywym prorokom.

Dlaczego Jezus nazywa szczęśliwymi ludzi ubogich, głodnych, smutnych i odrzuconych? Czego można się dowiedzieć o sobie, gdy jest się biednym, głodnym, w smutku lub w pogardzie? Jaką rolę pełni to Jezusowe ‘błogosławieni’ w odniesieniu do tych różnych sytuacji? Przydarzają się od czasu do czasu każdemu. Nawet bogaty i zaradny, wychwalany przez wszystkich, czuje się czasami biedny i wzgardzony. Kiedy? Nie można długo cieszyć się bogactwem i sukcesem, wyższą pozycją lub pochwałą – radość i satysfakcja trwają krótko, bo są tylko moje: nikt inny nie ma w nich udziału, sam na nie ciężko zapracowałem. Czy tę satysfakcję można przedłużyć? Owszem, kiedy zaczynam myśleć o sobie ‘jestem bogatym’, staram się zaspokajać każdą swoją zachciankę, nie dopuszczam do siebie żadnego smutku i robię wszystko, aby inni mnie lubili. Ale to dzieje się tylko na zewnątrz, wśród ludzi, którzy mnie podziwiają. Kiedy zostaję sam, osiągnięcia, sukcesy i pochwały nie działają, nie dają żadnej satysfakcji. Nie zastąpią obecności kogoś bliskiego, rozmowy z przyjacielem. Jezusowe ‘biada’ stanowi ostrzeżenie: życie jest czymś więcej niż tylko pogonią za sukcesem.

5 Niedziela Zwykła /C, 06.02.2022

Pewnego razu – gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów! A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na współtowarzyszy w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.

Mało kto lubi zmiany, zwłaszcza takie, które wprowadzają coś nowego. Szymon jak co dzień płucze swoje sieci po wcześniejszym połowie. Wtedy zjawia się Jezus, który prosi go, aby użyczył mu swojej łodzi. Dla Szymona jest ona narzędziem pracy, a Jezus wykorzystuje ją do nauczania zgromadzonych na brzegu tłumów. Zaraz potem, nie wychodząc z niej, każe mu i jego wspólnikom wypłynąć na głębię i zarzucić sieci na połów. Szymon staje przed wyborem: zachować kontrolę nad swoją pracą czy posłuchać Jezusa. Wtedy jednak uzależni swoją pracę od Jego słowa – nie będzie już miał całkowitej władzy nad nią. A jeśli od efektów pracy zależy jego życie, to i ono stanie się zależne od Jego słowa. Co go skłoniło do posłuchania Jezusa? Niepowodzenie w pracy, do którego się przyznał przed Nim, choć zawsze trudno uznać swoją porażkę, nie oskarżając nikogo, ani wspólników, ani pogody, ani też Boga, że mu nie sprzyja i nie błogosławi. Posłuchał Jezusa wbrew swej wiedzy o sposobach łowienia ryb, które łatwiej wchodzą w sieci nocą niż w upalne południe, gdy schodzą głębiej. Jezus jednak też wykazał się wiedzą na ten temat, gdyż nie kazał mu łowić niedaleko brzegu, lecz wypłynąć właśnie na głębię. Może czasami dobrze stracić kontrolę nad swoją pracą i życiem i oddać ją komuś Innemu.

4 Niedziela Zwykła /C, 30.01.2022

Starajcie się o większe dary, a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą. Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wiarę miał tak wielką, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał – byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże. Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Na początku hymnu o miłości, św. Paweł wymienia szereg niezwykłych umiejętności i czynów. Wszystkie przynoszą jakieś dobro i są pożyteczne dla innych. Można jednak je czynić nie mając miłości. Matka może poświęcać się dla swoich dzieci i czynić to bez miłości. Ojciec haruje dla swej rodziny – też bez miłości. Bez miłości można również rozdać swój majątek, a nawet ofiarować siebie samego. Miłość nie jest czymś odrębnym, niezależnym, lecz jest zdolnością, która przenika wszystkie dobre czyny i umiejętności, a którym bez niej czegoś brakuje. Po czym to rozpoznać? Kiedy w dobrych czynach szuka się własnej korzyści lub uznania. Dobre czyny mogą też być powodem wywyższania się nad innych. Wreszcie dobrym czynom może towarzyszyć uczucie pretensji, rozczarowania i zawodu. Paradoksalnie, w miłości czyni się dobro, ale tego dobra się nie widzi, miłość patrzy tylko na tego, kogo kocha.

3 Niedziela Zwykła /C, 23.01.2022

Powrócił Jezus mocą Ducha do Galilei, a wieść o Nim rozeszła się po całej okolicy. On zaś nauczał w ich synagogach, wysławiany przez wszystkich. Przyszedł również do Nazaretu, gdzie się wychował. W dzień szabatu udał się swoim zwyczajem do synagogi i powstał, aby czytać. Podano Mu księgę proroka Izajasza. Rozwinąwszy księgę, znalazł miejsce, gdzie było napisane: Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski Pana. Zwinąwszy księgę, oddał słudze i usiadł; a oczy wszystkich w synagodze były w Niego utkwione. Począł więc mówić do nich: Dziś spełniły się te słowa Pisma, które słyszeliście.

Jezus był chętnym i uważnym czytelnikiem Biblii. Nie tylko szukał w niej wskazówek, jak postępować, ale też miał nadzieję znaleźć w niej jakieś słowo, które określi Go, kim jest. Nikt nie może siebie całkowicie na nowo wymyśleć. Stajemy się tym, co czytamy i co z naszego czytania odnosimy do siebie, uwzględniając naszą przeszłość i miejsce, skąd wyszliśmy. Każdy ma swój Nazaret, do którego wraca i wobec którego musi się określić: czy chce pozostać tylko tym, kim został ukształtowany przez wychowanie, czy też chce coś w sobie zmienić.

2 Niedziela Zwykła /C, 16.01.2022

J 2,1-11: W Kanie Galilejskiej odbywało się wesele i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: Nie mają wina. Jezus Jej odpowiedział: Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja? Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie. Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Jezus rzekł do sług: Napełnijcie stągwie wodą. I napełnili je aż po brzegi. Potem powiedział do nich: Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu. Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory. Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie.

Maryja odgrywa pierwszoplanową rolę na początku tego krótkiego opowiadania (1b-5), Jezus jest główną postacią w środku (6-8), a starosta weselny wysuwa się na pierwszy plan na końcu (9-10). Całość obramowuje klamra, w której pojawiają się uczniowie. Występują oni nie tyle jako niemi obserwatorzy, ile jako świadkowie tego, co się wydarzyło w Kanie. Każda z postaci ma do odegrania istotną rolę, niezastępowalną przez innych. Ani Maryja, ani Jezus, tym bardziej słudzy i starosta, nie mówiąc o uczniach, nie dominują nad całością. Ale chyba obecność Jezusa powoduje, że ci, którzy spełniają jakieś funkcje na weselu, od Maryi przez sługi, po starostę są dopuszczeni do głosu i to On każdej osobie stwarza przestrzeń do działania. Także uczniowie mają do odegrania własną rolę. Mogłoby się wydawać, że bycie świadkiem nie wymaga żadnego zaangażowania, ale musieli oni patrzeć na wszystko, co się działo z tak otwartymi oczami, że ujrzeli w tym znak, który sprawił, że uwierzyli w Niego. Znaleźli się może tam przypadkowo, lecz przypadek stał się wydarzeniem, które wpłynęło na nich i nadało nowy kierunek ich życiu.

Niedziela Chrztu Pańskiego/C, 09.01.2022

Łk 3,15-16.21-22: Gdy lud oczekiwał z napięciem i wszyscy snuli domysły w sercach co do Jana, czy nie jest Mesjaszem, on tak przemówił do wszystkich: Ja was chrzczę wodą; lecz idzie mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u sandałów. On będzie was chrzcił Duchem Świętym i ogniem. Kiedy więc cały lud przystępował do chrztu, Jezus także przyjął chrzest. A gdy się modlił, otworzyło się niebo i Duch Święty zstąpił nad Niego, w postaci cielesnej niby gołębica, a z nieba odezwał się głos: Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie.

Chrzest to moment zwrotny, niezależnie od tego, kiedy jest doświadczany, wcześniej czy później, oby tylko nastąpił w czyimś życiu. Odnosi się do przeszłości i oznacza odwrócenie się od tego, co musimy robić, bo zawsze tak było i wszyscy tak robią, choć czujemy, że powinniśmy inaczej. Zwraca się też ku przyszłości, ku temu, co nowe i mocniejsze, choć może budzić obawę przed nieznanym. Jezus przeżył w swoim chrzcie to, czego inni nie doświadczyli: skierowany do Niego bezpośrednio, prosto z otwartego nieba, głos Boga, który uznał w Nim swego umiłowanego Syna. Czy także i my tego potrzebujemy – przeświadczenia, że niezależnie od tego, co my sami o sobie myślimy, co inni o nas myślą, jest Ktoś, dla Kogo jesteśmy kimś jedynym, odrębnym i niepowielającym żadnego schematu, czy to rodziców czy kogokolwiek innego?

 

2 Niedziela po Narodzeniu Pańskim/C, 02.01.2022

J 1,9-14: Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał. Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Boga, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili. A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy.

Nasze ludzkie słowa informują, opisują, wyrażają, osądzają, pocieszają, ale też kłamią, ukrywają, zniekształcają, prowokują, ranią. Stają się narzędziem naszego zmagania się ze sobą, z innymi ludźmi i ze światem, gdyż przez nie zawsze chcemy coś osiągnąć. Istnieje jednak Słowo, które było na początku, kiedy nas jeszcze nie było, przez które wszystko się stało. Dzięki Niemu rozpoznajemy nasze kłamstwa, podłość, manipulacje. W Nim też zdobywamy się na szczerość i współczucie. Ludzkie słowa zalewają świat. Nigdy w historii nie było ich tak dużo. Kto odważy się szukać Słowa, w którym jest prawdziwe życie?

Uroczystość Pamiątki Narodzin Jezusa, 25.12.2021

W owym czasie wyszło rozporządzenie cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Podążali więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna. Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Powiła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie.

Spis ludności zarządzony przez rzymskiego cesarza Augusta oznacza, że życie uwarunkowane jest przez rządzących. Dekret z Rzymu ma charakter przymusu: wszyscy, bez wyjątku, są zobowiązani mu się poddać, nawet kobiety w ostatnim tygodniu ciąży. Dla Józefa był to przymus, nakładający na niego konieczność odbycia długiej podróży do miejsca swego pochodzenia. Musi zrobić coś, co nakazuje rzymski cesarz. Ale zabierając ze sobą Maryję, która była mu poślubiona, może dodać do zewnętrznego przymusu podróżowania, chęć i gotowość zatroszczenia się o nią. Obowiązki wynikające z zewnętrznych okoliczności działają jak przymus, czuć ich ciężar, a czasami odechciewa się żyć. Jednak nawet podczas wykonywania najbardziej uciążliwych zajęć można z chęcią i bez przymusu okazać troskę ludziom, którzy znajdują się w potrzebie. Józef musiał przestać złościć się na wszystkich, którzy rządzą i innych do czegoś zmuszają, i spojrzeć na idącą obok Maryję. Patrząc, zaczynało docierać do niego to, że ona i mające narodzić się z niej dziecko zostali powierzeni jego opiece. Przez kogo? Przez przypadek czy przez Tego, którego nazywa się Bogiem? Człowiek może myśli, że jest dobry, ale gdy chodzi o konkretne działanie w sytuacjach skrajnych, nie potrafi przezwyciężyć obojętności. Ktoś musi dotkną jego uczuć i uruchomić wyobraźnię współczucia, nie na krótką chwilę, lecz na długą drogę, a nawet na całe życie.

4 Niedziela Adwentu/C, 19.12.2021

Łk 1,39-45: W tym czasie Maryja wybrała się i poszła z pośpiechem w góry do pewnego miasta w ziemi Judy. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dzieciątko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę. Wydała ona głośny okrzyk i powiedziała: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana.

Dlaczego anioł zapowiadając, że Maryja pocznie i urodzi syna, dodał jeszcze, że także Elżbieta, będąca w podeszłym wieku i bezpłodna, jest już w szóstym miesiącu ciąży, zapewniając, iż dla Boga nie ma nic niemożliwego? Wiedział, że choć Maryja przyjęła jego słowa i poddała się Bogu, to zaraz potem zaczną targać nią wątpliwości i będzie myśleć, że w przypadku jej osoby to niemożliwe. Udała się więc do Elżbiety, aby znaleźć potwierdzenie słów, które usłyszała. Uczyła się podstawowej prawdy, że słowo, przyjęte z wiarą, może nadawać kierunek i kształt życiu. Ostatnie dni przed świętami to czas gorączkowych przygotowań. Wszystkie one zmierzają do spotkania z najbliższymi w radości, którą przeżywała Elżbieta podczas odwiedzin Maryi.

3 Niedziela Adwentu/C, 12.12.2021

Łk 3,10-14: Gdy Jan nauczał nad Jordanem, pytały go tłumy: Cóż mamy czynić? On im odpowiadał: Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni. Przyszli także celnicy, żeby przyjąć chrzest, i rzekli do niego: Nauczycielu, co mamy czynić? On im powiedział: Nie pobierajcie nic więcej ponad to, co wam wyznaczono. Pytali go też i żołnierze: A my co mamy czynić? On im odpowiedział: Na nikim pieniędzy nie wymuszajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestawajcie na waszym żołdzie.

Głosząc potrzebę nawrócenia, Jan skłania ludzi, aby zadali proste pytanie: ‘Co mamy czynić?’. Rzadko je stawiamy, bo z reguły wszystko mamy poukładane i wiemy, co robić. Postępujemy zgodnie z codzienną rutyną i nie zastanawiamy się nad tym, że coś może być nie tak. Odpowiedź Jana zaskakuje. Bez pardonu wchodzi w to, o czym tylko my chcemy decydować. Poleca zrobić przegląd ubrań i połowę oddać tym, którzy nie mają. Podobnie z jedzeniem. Ale to trudne, bo tych, co nie mają, zwykle nie dostrzegamy, trzeba się dopiero dobrze rozejrzeć i zmienić priorytety: potrzeby drugiego postawić na pierwszym planie. Jan wkracza także w życie zawodowe: postępuj zawsze zgodnie z zasadami i nie szukaj własnej korzyści kosztem innych, wykorzystując swoją władzę lub pozycję. Myślimy, że Bóg oczekuje od nas modlitwy i pójścia od czasu do czasu do kościoła w niedzielę, tymczasem według Jana Bóg interesuje się bardziej naszym codziennym postępowaniem niż naszą pobożnością. Przychodzi bowiem w swoim słowie, aby nas odnowić i zmienić nasze postawy wobec samych siebie i naszych bliźnich.

2 Niedziela Adwentu/C, 05.12.2021

Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza cezara. Gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i Trachonitydy, Lizaniasz tetrarchą Abileny; za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia dla odpuszczenia grzechów, jak jest napisane w księdze mów proroka Izajasza: Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego! Każda dolina zostanie wypełniona, każda góra i pagórek zrównane, drogi kręte staną się prostymi, a wyboiste drogami gładkimi! I wszyscy ludzie ujrzą zbawienie Boże.

Czy nawrócenie, do którego wzywa Jan, jest w ogóle komukolwiek potrzebne? Owszem, gdyż w swoim życiu zachowujemy się trochę jak rzymski cesarz: wszystko i wszystkich staramy się sobie podporządkować. Jan ogołocił się ze swojej władzy i nawrócił się do Boga, przyjmując Jego słowo. Nawrócenie służy słuchaniu tego, co ktoś mówi i chce przekazać jakąś prawdę. Bez nawrócenia, w którym osobę drugiego przyjmuje się z całą powagą, bezwarunkowe słuchanie jest niemożliwe. Ono toruje drogę do zbawienia, które urzeczywistnia się we wzajemnej więzi.

1 Niedziela Adwentu/C, 28.11.2021

Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec huku morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego, nadchodzącego w obłoku z mocą i wielką chwałą. A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie spadł na was znienacka jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie, abyście mogli uniknąć tego wszystkiego, co ma nastąpić, i stanąć przed Synem Człowieczym.

Co poprzedza nowy początek? Katastrofa. Pogodzić się i przyjąć, że życie się zużywa, starzeje i potrzebuje zmian. A one nieuchronnie nadchodzą: Będą znaki na słońcu, księżycu, gwiazdach. To o rodzinie, ojcu (słońce), matce (księżyc), rodzeństwie (gwiazdy). Rodzina przestaje mieć absolutny autorytet polegający na tym, że owszem ma się do nich pretensje i żal, ale nie wolno o nich źle mówić. Co rusz, ktoś zaczyna krytyczne ją oceniać: pochodzę z domu z problemem alkoholowym, rodzice stosowali przemoc, zaniedbywali nas, nadużywali swojej władzy, a z rodzeństwem się nie układało. Wychowaliśmy się w kulturze, w której głównym narzędziem było straszenie karą. Do tego jeszcze: Moce niebios zostaną wstrząśnięte. Padają autorytety religijne i społeczne, nadzorujące systemy wartości, które mają dać poczucie bezpieczeństwa poprzez wzbudzanie nostalgii za dawnym porządkiem, gdyż zawsze było wiadomo, kto, kim jest i co ma robić. Można bronić tego starego świata, wywołując strach przed nadchodzącymi zmianami, lecz tylko wtedy, gdy nie ma się nadziei i nie widzi się Syna Człowieczego nadchodzącego z mocą i chwałą Boga. On jest Panem historii i przychodzi z przyszłości. Jego przyjście wzywa, aby porzucić kondycję ‘spasionych kotów’, ociężałych konsumpcją – coraz więcej i więcej – i stanąć w nagiej prawdzie: tylko ja i Ten, który odzierając z fałszywych autorytetów i wartości, nadaje prawdziwy kierunek życiu.

 

34 Niedziela Zwykła/B, 21.11.2021 Uroczystość Jezusa Chrystusa, Króla Wszechświata

J 18,33-37: Piłat powiedział do Jezusa: Czy Ty jesteś Królem żydowskim? Jezus odpowiedział: Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o Mnie? Piłat odparł: Czy ja jestem Żydem? Naród Twój i arcykapłani wydali mi Ciebie. Co uczyniłeś? Odpowiedział Jezus: Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd. Piłat zatem powiedział do Niego: A więc jesteś królem? Odpowiedział Jezus: Ty mówisz, że jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha mojego głosu.

Być królem znaczy rządzić, wydawać rozkazy, kierować. Kto tego nie pragnie? On jeden nie chciał. Zamiast być królem przyszedł, aby dać świadectwo prawdzie. Odrzucił siłę do rządzenia, aby objawić zdolność do kochania, bo Bóg bardziej niż władcą jest miłością. 

33 Niedziela Zwykła/B, 14.11.2021

Mk 13,24-29: Jezus powiedział do swoich uczniów: W owe dni, po wielkim ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zgromadzi swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi po kraniec nieba. A od figowca uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabrzmiewa sokami i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie te wydarzenia, wiedzcie, że to blisko jest, u drzwi.

Wszystkie trudne doświadczenia życia mają charakter kryzysu. To sytuacja, w której ktoś czuje się jak w pułapce, bez wyjścia, wpada w panikę i nie wie, co ze sobą zrobić. Przeżywa coś w rodzaju końca świata, w którym traci to, do czego przywykł, myśląc, że ów stan bezpieczeństwa i pomyślności będzie trwał zawsze. I oto pojawia się jakieś niespodziewane wydarzenie, które wszystko zmienia i powoduje chaos myśli i uczuć, całkowitą dezorientację. Ludzkie myślenie przyzwyczajone do utartych szlaków źle znosi kryzysy, które wszystko wywracają do góry nogami. Jego pierwszym odruchem jest zaprzeczać i nie przyjmować do wiadomości, że stary porządek się skończył i już nie wróci. Trzeba zacząć godzić się ze stratą i w sobie, w swojej historii odnaleźć wiarę w Tego, który przeżył nawet utratę swego życia, jednak powstał z martwych, i dlatego każdego może przeprowadzić przez czas ucisku.

32 Niedziela Zwykła/B, 07.11.2021

Prorok Eliasz poszedł do Sarepty. Kiedy wchodził do bramy tego miasta, pewna wdowa zbierała tam sobie drwa. Zawołał ją i powiedział: «Daj mi, proszę, trochę wody w naczyniu, abym się napił». Ona zaś zaraz poszła, aby jej nabrać, ale zawołał za nią i rzekł: «Weź, proszę, dla mnie i kromkę chleba!» Na to odrzekła: «Na życie Pana, Boga twego! Już nie mam pieczywa – tylko garść mąki w dzbanie i trochę oliwy w baryłce. Właśnie zbieram kilka kawałków drewna i kiedy przyjdę, przyrządzę sobie i memu synowi strawę. Zjemy to, a potem pomrzemy». Eliasz zaś jej powiedział: «Nie bój się! Idź, zrób, jak rzekłaś; tylko najpierw zrób z tego mały podpłomyk dla mnie i przynieś mi! A sobie i swemu synowi zrobisz potem. Bo tak mówi Pan, Bóg Izraela: Dzban mąki nie wyczerpie się i baryłka oliwy nie opróżni się aż do dnia, w którym Pan spuści deszcz na ziemię».Poszła więc i zrobiła, jak Eliasz powiedział, a potem zjadł on i ona oraz jej syn, i tak było co dzień. Dzban mąki nie wyczerpał się i baryłka oliwy nie opróżniła się, zgodnie z obietnicą, którą Pan wypowiedział przez Eliasza.
Można podejrzewać Eliasza, że jest człowiekiem samolubnym, kiedy prosi ubogą wdowę o to, żeby jemu pierwszemu przygotwać kawałek chleba, a potem jeść będzie ona i jej dziecko. Prorok modyfikuje słowa wdowy, zmieniając jedynie porządek czasowy czynności: najpierw kawałek chleba dla niego, a potem posilą się ona i jej syn. Co ta zmiana oznacza? Przekształca strukturę czasu codziennego życia, wprowadzając słowo Boga w kolejność czynności, które prowadzą do śmierci. Wypełniamy na co dzień wiele obowiązków, które choć podtrzymują nasze życie fizyczne, niosą w efekcie wyczerpanie i beznadzieję. A wystarczy wprowadzić pomiędzy nimi słowo Boga, które mówi: zatroszcz się najpierw o kogoś innego, a poczujesz siłę i radość. Słowo to zawiesza nasze przekonania, że musimy sami organizować sobie życie, aby być szczęśliwymi. Wyzwala ono od obsesyjnego kontrolowania wszystkiego i otwiera na obecność kogoś, z którym przychodzi nowy świat.

31 Niedziela Zwykła/B, 31.10.2021

Jeden z uczonych w Piśmie podszedł do Jezusa i zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz jest jedynym Panem. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych. Rzekł Mu uczony w Piśmie: Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznie powiedziałeś, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego znaczy daleko więcej niż wszystkie całopalenia i ofiary. Jezus, widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego. I nikt już nie odważył się Go więcej pytać.

Jezus rozmawia z Saduceuszami, którzy uważają, że śmierć kończy życie człowieka i nie ma żadnego zmartwychwstania. Odpowiadając im, wyraża przekonanie, że Bóg nie może być Bogiem umarłych, lecz żywych. Wtedy właśnie odzywa się jeden z uczonych w Piśmie, pytając Go, które z przykazań jest pierwsze ze wszystkich. O to, co najważniejsze można więc pytać dopiero z perspektywy śmierci. Wszystko można osiągnąć, wykorzystując własne zdolności i sprzyjające okoliczności, z jednym wyjątkiem – nie można przezwyciężyć śmierci. Ta zaś oznacza stratę. Można odzyskać utracone pieniądze, władzę lub dobre imię, nie można odzyskać osób, które odeszły. To dziwne, że nie potrafimy się pogodzić z utratą rzeczy lub możliwości, a godzimy się z nieobecnością osób, szybko o nich zapominając. Do Boga żywych mamy dostęp przez miłość: kochając, nie możemy zapomnieć, ale pamięć to nie marmurowe nagrobki, to ciągle żywa świadomość tego, co razem przeżyliśmy i czego się od siebie nauczyliśmy. Jezus mówi o przykazaniu miłości z perspektywy swojej już bliskiej śmierci, wierząc, że w miłości kryje się moc zmartwychwstania i życia dla wszystkich i ze wszystkimi. Dlatego w miłości trzeba oddać siebie całego: najpierw Bogu, a następnie – bliźniemu.

30 Niedziela Zwykła/B, 24.10.2021

Mk 10,46-52: Gdy Jezus wraz z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. A słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Jezus przystanął i rzekł: «Zawołajcie go». I przywołali niewidomego, mówiąc mu: «Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię». On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się na nogi i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: «Co chcesz, abym ci uczynił?» Powiedział Mu niewidomy: «Rabbuni, żebym przejrzał». Jezus mu rzekł: «Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.

Jeśli Jezus wychodził z Jerycha otoczony uczniami i dużym tłumem ludzi, mógł nie zauważyć niewidomego żebraka siedzącego przy drodze. On jednak usłyszał, że to jest właśnie Jezus z Nazaretu, gdyż tak o Nim mówiono w tłumie. Ale Bartymeusz zwraca się do Jezusa: Synu Dawida, zmiłuj się nade mną. Od Jezusa z Nazaretu, jak od każdego innego pielgrzyma idącego do Jerozolimy, mógł oczekiwać tylko jałmużny, ale od Syna Dawida oczekuje miłosierdzia, obejmującego całe jego życia, sprowadzone tutaj do upokarzającego żebrania o wsparcie, akceptację lub potwierdzenia siebie. Tłum widzi w nim wyłącznie żebraka, ale on sam bardziej niż żebrakiem, czuje się ślepym, zdezorientowanym i zagubionym, niewiedzącym, co robić. Dlatego przywołany przez Jezusa, prosi: Rabbuni (Nauczycielu), abym przejrzał. W tej prośbie stał się uczniem, który wierzy, że słowo Jezusa wskaże mu drogę do nowego życia. I odtąd będzie mógł iść za tym słowem, wiedząc, że On poprowadzi go we właściwym kierunku.

29 Niedziela Zwykła/B, 17.10.2021

Mk 10,42-45: Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich. Bo i Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie jako okup za wielu.

Hbr 4,15: Nie takiego bowiem mamy arcykapłana, który by nie mógł współczuć naszym słabościom, lecz poddanego próbie pod każdym względem podobnie jak my – z wyjątkiem grzechu.

O władzy myślimy, że jest powołana do rządzenia, które często sprowadzamy do utrzymania porządku: spokój i bezpieczeństwo za wszelką cenę. Chyba tego chce większość ludzi. Jezus jednak ma inny pogląd na rządzenie. W pierwszym rzędzie dostrzega skutki działania władzy. Odczuwają je zwłaszcza ci, którzy od nas zależą. Odsłania On jej naturę: władcy narodów uciskają je, a ci, którzy zajmują wysokie stanowiska, wykorzystują je, aby innym dać odczuć swoją władzę. Według Niego, w każdej władzy jest jakiś element przemocy. W odniesieniu do siebie podkreśla, że nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć. A więc ten, kto rządzi, oczekuje, że inni będą mu służyć, że będą spełniać jego pragnienia i plany, a czasami nawet zdobyć jeszcze większą władzę. List do Hebrajczyków przypisuje Jezusowi władzę arcykapłana, ale nie rządzi On jak arcykapłan ze świątyni jerozolimskiej, który skaże go na śmierć. Przeciwnie jest arcykapłanem, który w odniesieniu do ludzi kieruje się współczuciem, znając ludzkie słabości i cierpienia.

28 Niedziela Zwykła/B, 10.10.2021

Mk 10,21-22.29-30: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną». Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci lub pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym 

Dawanie czegoś komuś w potrzebie, chętnie i bez wymawiania mu później, staje się skarbem w niebie, którego nie posiadamy. Skarby ziemskie, domy, pola, a nawet naszych bliskich, posiadamy, przypisując sobie władzę do dysponowania nimi. Mając tak wiele, czujemy się jednak samotni, bo wiążemy się z tym, co mamy. A bliskość możliwa jest tylko wtedy, gdy wszystko przyjmujemy jako dar, pośród trudów i zmagań codziennego życia.

27 Niedziela Zwykła/B, 03.10.2021

Mk 10,2-9: Faryzeusze przystąpili do Jezusa, a chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając, zapytał ich: Co wam przykazał Mojżesz? Oni rzekli: Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić. Wówczas Jezus rzekł do nich: Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwojgiem, lecz jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, tego niech człowiek nie rozdziela.

Prawo Mojżesza dopuszczało rozwody, mając na względzie ludzkie słabości. Czy Jezus, zalecając, aby człowiek nie rozdzielał tego, co Bóg złączył, nie brał pod uwagę różnicy charakterów, przeżytych doświadczeń i zmieniających się okoliczności życia? O tym wszystkim wiedział doskonale. Ale chęć oddalenia współmałżonka interpretuje jako zatwardziałość serca. Czym ona jest? Moment stworzenia to powołanie do istnienia mężczyzny i kobiety, a to oznacza, że jedno nie jest bez drugiego. Kiedy mężczyzna w swoim myśleniu o sobie nie liczy się z obecnością żony, notorycznie ją pomija, lekceważy, nie docenia, pomniejsza, uważa za gorszą, to jego serce staje twarde i takie pozostanie w kolejnych związkach. W zatwardziałości serca więc zawiera się niezdolność do nawrócenia. Jeśli jednak ktoś, zgodnie z Jego wskazówką, przywoła to, co było na początku, to stwórcza moc Boga potrafi poruszyć jego serce i zwrócić je ku tej, którą On postawił przed nim jako nieodłączną towarzyszkę życia. Ale wpierw musi zacząć opuszczać swego ojca i matkę, aby tworzyć relację z nią, bez bagażu dobrych i złych doświadczeń, które otrzymał od nich jako ich dziecko. 

26 Niedziela Zwykła/B, 26.09.2021

Mk 9,38-40: Apostoł Jan rzekł do Jezusa: Nauczycielu, widzieliśmy kogoś, kto nie chodzi z nami, jak w Twoje imię wyrzucał złe duchy, i zaczęliśmy mu zabraniać, bo nie chodzi z nami. Lecz Jezus odrzekł: Przestańcie zabraniać mu, bo nikt, kto uczyni cud w imię moje, nie będzie mógł zaraz źle mówić o Mnie. Kto bowiem nie jest przeciwko nam, ten jest z nami.

Jan, jeden z czterech powołanych przez Jezusa na początku, dokonuje rozróżnienia między tymi, którzy idą za Nim i są przez to Jego uczniami oraz tymi, którzy nie należą do ich wspólnoty, a jednak pomagają innym wyzwolić się od złych rzeczy. Według uczniów, nikt poza nimi nie powinien tego robić. Ale Jezus ma inne zdanie. Ten, kto czyni dobro, choć nie należy do Jego wspólnoty, nie może mówić źle o Nim. Jan w swoim myśleniu chce ograniczyć działanie Boga tylko do kręgu tych, którzy są uczniami. Jezus jednak przekonuje, że także poza ich wspólnotą Bóg może działać przez ludzi, którzy, choć nie znają Go osobiście, ale powołują się na Niego. Kogo więc możemy zaliczyć do naszych przyjaciół? Czy tylko tych, z którymi jesteśmy blisko i często się z nimi spotykamy, czy również tych, których nie znamy, ale wiemy, że potrafią czynić dobro?

23 Niedziela Zwykła/B, 05.09.2021

Na czym polega Boża odpłata? Pragniemy, aby wrogowie i nieprzyjaciele ponieśli zasłużoną karę. Bóg jednak zamiast karać złych, czasami woli przyjść z pomocą pokrzywdzonemu, umocnić go i dać mu pewność siebie.

Iz 35,4-7: Powiedzcie małodusznym: Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by was zbawić. Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zmieni się w pojezierze, spragniony kraj w krynice wód.

22 Niedziela Zwykła/B, 29.08.2021

Faryzeusze, których Jezus nazywa obłudnikami, troszczą się o to, aby dokładnie myć wszystkie naczynia, które służą do przygotowywania posiłków. Należy je umyć nie tylko od zewnętrznej strony, ale także od środka, a nawet od wewnątrz, dokładniej. Człowiek też jest takim naczyniem. Dlaczego więc nie dbają o to, aby każdy z nich starał się oczyszczać siebie, nie tylko z zewnątrz, lecz również swoje wnętrze, w którym nieustannie rodzą się złe myśli, przechodzące w uczucia i czyny?

Mk 7,5-8.14-15.21-23: Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami? Odpowiedział im: Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi. Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji. Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli: nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym.

21 Niedziela Zwykła/B, 22.08.2021

Wzajemne poddanie się sobie w uznaniu autorytetu Jezusa jako Kogoś ponad, jest pierwszą zasadą budowania relacji małżeńskiej oraz w każdej wspólnocie, gdyż nie pozwala wynosić się jednemu nad drugiego i rywalizować o wyższą pozycję. W poddaniu chodzi bowiem o wzajemne zaufanie: chcesz mojego dobra, które widzisz inaczej niż ja, ale ja jednak zdaję się na ciebie. Zaleceniu, aby żony były poddane mężom, gdyż mąż jest głową żony, jak Chrystus – Kościoła, On Zbawca ciała, następuje zmiana definicji głowy. Głowa nie rządzi, lecz zbawia ciało: ratuje w trudnych doświadczeniach i przychodzi z pomocą. Z kolei, mężowie mają kochać swoje żony jak własne ciało, do którego przecież żaden mężczyzna nie żywi nienawiści, lecz dba o nie i je pielęgnuje. Oboje więc, mężczyzna i kobieta należą do Ciała, którym jest wspólnota kościoła. Poddając się słowu Chrystusa, usłyszanemu w czasie niedzielnej Eucharystii, mogą doznawać nieustannego oczyszczenia, zmierzającego do coraz pełniejszej jedności. Cóż, ta nauka jest chyba za trudna, któż jej może słuchać? Tylko ten, kto był kiedyś w jakiejś niewoli i Bóg go z niej wyprowadził.

Ef 5,21-31: Bądźcie sobie wzajemnie poddani w bojaźni Chrystusa. Żony niech będą poddane swym mężom, jak Panu, bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus – Głową Kościoła: On – Zbawca Ciała. Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom – we wszystkim. Mężowie, miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, oczyściwszy obmyciem wodą, któremu towarzyszy słowo, aby samemu sobie przedstawić Kościół jako chwalebny, niemający skazy czy zmarszczki, czy czegoś podobnego, lecz aby był święty i nieskalany. Mężowie powinni miłować swoje żony, tak jak własne ciało. Kto miłuje swoją żonę, siebie samego miłuje. Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz każdy je żywi i pielęgnuje, jak i Chrystus – Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała. Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem.

J 6,60-64.66: Wielu spośród Jego uczniów, którzy to usłyszeli, powiedziało: Trudne jest to słowo. Któż go może słuchać?» Jezus jednak, świadom tego, że uczniowie Jego na to szemrali, rzekł do nich: «To was gorszy? A gdy ujrzycie Syna Człowieczego wstępującego tam, gdzie był przedtem? To Duch daje życie; ciało na nic się nie zda. Słowa, które Ja wam powiedziałem, są duchem i są życiem. Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą (…). Od tego czasu wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło.

Joz 24,16-17: Dalecy jesteśmy od tego, abyśmy mieli opuścić Pana, a służyć cudzym bogom. Czyż to nie Pan, Bóg nasz, wyprowadził nas i przodków naszych z ziemi egipskiej, z domu niewoli? Czyż nie On przed oczyma naszymi uczynił wielkie znaki i ochraniał nas przez całą drogę, którą szliśmy, i wśród wszystkich ludów, pomiędzy którymi przechodziliśmy?

20 Niedziela Zwykła/B, 15.08.2021 Wniebowzięcie Maryi, Matki Jezusa

Z Ps 45,11: Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha, zapomnij o swym ludzie, o domu swego ojca. Kto tak mówi do kobiety? Bóg! Dwa razy powtarza wezwanie do słuchania, gdyż właśnie słowo Boga jest zwierciadłem, w którym może zobaczyć swoje piękno, a nie w selfie. Wzywa ją, aby zapomniała o swym ludzie, tysiącach swoich fanów, od których spodziewa się polubień za swój wygląd. Każe jej raczej spojrzeć na swoją historię, a w niej zapomnieć o domu swego ojca, gdyż to Bóg ją wybrał i w tym wyborze daje jej możliwość kroczenia własną drogą, niezależną od męskich spojrzeń, ocen i akceptacji.

Ap 11,19; 12,1-2: Świątynia Boga w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem wielki znak ukazał się na niebie: Kobieta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. A jest brzemienna. I woła, cierpiąc bóle i męki rodzenia.

1 Kor 15,20-26: Chrystus zmartwychwstał jako pierwociny spośród tych, co umarli. Ponieważ bowiem przez człowieka przyszła śmierć, przez Człowieka też dokona się zmartwychwstanie. I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni, lecz każdy według własnej kolejności: Chrystus jako pierwszy, potem ci, co należą do Chrystusa, w czasie Jego przyjścia. Wreszcie nastąpi koniec, gdy przekaże królowanie Bogu i Ojcu i gdy pokona wszelką Zwierzchność, Władzę i Moc. Trzeba bowiem, ażeby królował, aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy. Jako ostatni wróg zostanie pokonana śmierć.

Łk 1,42-48: Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony jest owoc Twojego łona. A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie? Oto bowiem, skoro głos Twego pozdrowienia zabrzmiał w moich uszach, poruszyło się z radości dzieciątko w moim łonie. Błogosławiona jest, która uwierzyła, że spełnią się słowa powiedziane Jej od Pana. Wtedy Maryja rzekła: Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, Zbawicielu moim. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy. Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia.

19 Niedziela Zwykła/B, 08.08.2021

Prorok Eliasz, który wielokrotnie doświadczył Boga w swoim życiu, pragnie umrzeć. Z jakiego powodu? Myślał, że pokazując działanie Boga, zostanie przez wszystkich przyjęty i uznany, a jest odrzucony i musi uciekać. Bóg nie stara się go powstrzymać, lecz dając mu pożywienie, wspiera go w jego samotnej wędrówce przez pustynię. Wiara i pobożność Eliasza muszą się sprawdzić w pokonywaniu trudności i pokornym przyjmowaniu przeciwności losu.

1 Krl 19,4-8: Eliasz poszedł na pustynię na odległość jednego dnia drogi. Przyszedłszy, usiadł pod jednym z janowców i pragnąc umrzeć, powiedział: Wielki już czas, o Panie! Zabierz moje życie, bo nie jestem lepszy od moich przodków. Po czym położył się pod jednym z janowców i zasnął. A oto anioł, trącając go, powiedział mu: Wstań, jedz! Eliasz spojrzał, a oto przy jego głowie podpłomyk i dzban z wodą. Zjadł więc i wypił, i znów się położył. Ponownie anioł Pański wrócił i trącając go, powiedział: Wstań, jedz, bo przed tobą długa droga. Powstawszy zatem, zjadł i wypił. Następnie umocniony tym pożywieniem szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb.

J 6,43-47: Jezus rzekł im w odpowiedzi: Nie szemrajcie między sobą! Nikt nie może przyjść do Mnie, jeżeli go nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał; Ja zaś wskrzeszę go w dniu ostatecznym. Napisane jest u Proroków: Oni wszyscy będą uczniami Boga. Każdy, kto od Ojca usłyszał i przyjął naukę, przyjdzie do Mnie. Nie znaczy to, aby ktokolwiek widział Ojca; jedynie Ten, który jest od Boga, widział Ojca. Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, ma życie wieczne.

Ef 4,31-32: Niech zniknie spośród was wszelka gorycz, uniesienie, gniew, wrzaskliwość, znieważanie – wraz z wszelką złością. Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni. Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg wam przebaczył w Chrystusie.

18 Niedziela Zwykła/B, 01.08.2021

Co ma wspólnego jedzenie z przeszłością? Izraelici wspominają, że w Egipcie mieli garnki pełne mięsa i jedli chleb do syta. Ale przecież byli wtedy niewolnikami, udręczonymi ciężką pracą. Zajadali więc stres i traumę niewolniczego życia. Teraz są wolni, nie mają nad sobą faraona, dlaczego tęsknią do tamtego jedzenia? Bo nie widzą związku między zajadaniem się na śmierć a stresem. Na stres potrzebny jest Ten, kto może z niego wyzwolić mocą swego słowa i obecności. Obecność zaś przyjmuje się w wierze. Może więc zamiast szukać gorączkowo, co by tu zjeść, zapytać się, co mi dolega i czego naprawdę potrzebuję, a wówczas zjawi się Ten, kto mi pokaże drogę do nowego człowieka.

Wj 16,2-4: Na pustyni całe zgromadzenie Izraelitów zaczęło szemrać przeciw Mojżeszowi i przeciw Aaronowi. Izraelici mówili im: Obyśmy pomarli z ręki Pana w ziemi egipskiej, gdzie zasiadaliśmy przed garnkami mięsa i jadaliśmy chleb do syta! Wyprowadziliście nas na tę pustynię, aby głodem zamorzyć całą tę rzeszę. Pan powiedział wówczas do Mojżesza: Oto ześlę wam chleb z nieba, jak deszcz. I będzie wychodził lud, i każdego dnia będzie zbierał według potrzeby dziennej. Chcę ich także doświadczyć, czy pójdą za moimi rozkazami czy też nie.

Ef 4,22-24: Trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec się w człowieka nowego, stworzonego na obraz Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości.

J 6,26-29: W odpowiedzi rzekł im Jezus: Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do syta. Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na życie wieczne, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec. Oni zaś rzekli do Niego: Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boga? Jezus, odpowiadając, rzekł do nich: Na tym polega dzieło Boga, abyście wierzyli w Tego, którego On posłał. 

17 Niedziela Zwykła/B, 25.07.2021

Wiele wydarzeń, których jesteśmy świadkami dzieje się zupełnie przypadkowo. Przypadkowa jest również obecność ludzi. A jeśli pojawienie się kogoś to przypadek, nikt nie czuje się powołany, aby dla niego coś dobrego zrobić. Chyba, że jest kimś bliskim, ale i wtedy nie zawsze jesteśmy gotowi mu pomóc. Prorok Elizeusz i Jezus traktowali spotykanych ludzi jako swoją rodzinę, za którą czuli się odpowiedzialni. Przynależność do wspólnoty powoduje, że jedni starają się pomagać drugim. Ale trzeba poczuć się do niej powołanym: przestać być obojętnym i biernym obserwatorem, dla którego wszystko jest zawsze przypadkowe i niezobowiązujące. Tłumy nie spodziewały się, że ktoś domyśli się, że mogą być głodni. Jezus wykazał się wyobraźnią miłosierdzia i zaangażował się, aby zaspokoić ich potrzeby.

2 Krl 4,42-44: Pewien człowiek przyszedł z Baal-Szalisza, przynosząc mężowi Bożemu, Elizeuszowi, chleb z pierwocin, dwadzieścia chlebów jęczmiennych i świeże zboże w worku. On zaś rozkazał: Podaj ludziom i niech jedzą! Lecz sługa jego odrzekł: Jakże to rozdzielę między stu ludzi? A on odpowiedział: Podaj ludziom i niech jedzą, bo tak mówi Pan: Nasycą się i pozostawią resztki. Położył więc to przed nimi, a ci jedli i pozostawili resztki – według słowa Pańskiego.

J 6,3-12: Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli? A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić. Odpowiedział Mu Filip: Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać. Jeden z Jego uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu? Jezus zaś rzekł: Każcie ludziom usiąść. A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło.

Ef 4,1-3: Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, do jakiego zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój.

16 Niedziela Zwykła/B, 18.07.2021

Dwóch pasterzy wypasa owce w górach, ale nie prowadzą ich, idąc przodem. Stoją z tyłu, każdy z dużym kijem. Poganiają je, a one ze strachu przed uderzeniem i krzykiem rozbiegają się na wszystkie strony. Tak było wtedy i jest dzisiaj: poganiasz ty, poganiam ja. Nikt nie może być życzliwym towarzyszem wędrówki (dobrym pasterzem), kto wcześniej nie był zagubioną owcą, pozwalając się odnaleźć i prowadzić Temu, kto poznał biedę rozproszenia i stał się zdolny do okazania współczucia. A uczynił to, przezwyciężając w sobie wrogość między tymi, którzy są daleko i tymi, którzy są blisko. Nie szukaj wrogości na zewnątrz, znajdź ją w sobie i oddaj Temu, który jest pokojem.

Jr 23,1-4: Biada pasterzom, którzy prowadzą do zguby i rozpraszają owce z mojego pastwiska. Dlatego tak mówi Pan, Bóg Izraela, o pasterzach, którzy mają paść mój naród: Wy rozproszyliście moje owce, rozpędziliście i nie zajęliście się nimi. Oto Ja się zajmę nieprawością waszych uczynków. Ja sam zbiorę Resztę mych owiec ze wszystkich krajów, do których je wypędziłem. Sprowadzę je na ich pastwisko, aby były płodne i liczne. Ustanowię zaś nad nimi pasterzy, by je paśli; i nie będą się już więcej lękać ani trwożyć, ani nie trzeba będzie szukać którejkolwiek.

Mk 6,30-34: Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na pustkowie, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce niemające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach.

Ef 2,13-16: W Chrystusie Jezusie wy, którzy niegdyś byliście daleko, staliście się bliscy przez krew Chrystusa. On bowiem jest naszym pokojem. On, który obie części ludzkości uczynił jednością, bo zburzył rozdzielający je mur – wrogość. W swym ciele pozbawił On mocy Prawo przykazań, wyrażone w zarządzeniach, aby z dwóch rodzajów ludzi stworzyć w sobie jednego nowego człowieka, wprowadzając pokój, i w ten sposób jednych, jak i drugich znów pojednać z Bogiem, w jednym Ciele przez krzyż, w sobie zadawszy śmierć wrogości.

15 Niedziela Zwykła/B, 11.07.2021

Prawdziwy prorok nie jest na niczyim utrzymaniu. Nie jest jak kapłan z Betel, który głosi tylko to, czego oczekuje od niego król, zapewniający mu finansowe korzyści. Także Jezus rozsyła swoich uczniów z nakazem, aby nie zabezpieczali się na drogę, prosząc o wsparcie dla ‘biednego misjonarza’. Ten, kto wzywa do nawrócenia i chce na tym zarabiać, jest fałszywym prorokiem: nie słuchaj go. Dobra Nowina o zbawieniu jest słowem prawdy, które przychodzi od Boga jako dar.

Am 7,12-15: Amazjasz, kapłan w Betel, rzekł do Amosa: Widzący, idź sobie, uciekaj do ziemi Judy! I tam jedz chleb, i tam prorokuj! A w Betel więcej nie prorokuj, bo jest ono królewską świątynią i królewską budowlą. I odpowiedział Amos Amazjaszowi: Nie jestem ja prorokiem ani nie jestem synem proroków, gdyż jestem pasterzem i tym, który nacina sykomory. Od trzody bowiem wziął mnie Pan i rzekł do mnie Pan: Idź, prorokuj do narodu mego, izraelskiego!

Mk 6,7-9: Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien!

Ef 1,13-14: W Nim także i wy, usłyszawszy słowo prawdy, Dobrą Nowinę o waszym zbawieniu, w Nim również – uwierzywszy, zostaliście naznaczeni pieczęcią, Duchem Świętym, który był obiecany. On jest zadatkiem naszego dziedzictwa w oczekiwaniu na odkupienie, które nas uczyni własnością Boga, ku chwale Jego majestatu.

14 Niedziela Zwykła/B, 04.07.2021

Jezus nie wrócił do swej ojczyzny jako mały chłopiec z Nazaretu, lecz jako dorosły mężczyzna z Kafarnaum. Bezczelność twarzy i twardość serca: niechęć do rozpoznania i uznania zmian, które dokonują się w drugim. Dlatego nawróć się, uświadamiając sobie swoje słabości, wcześniejsze i dzisiejsze.

Mk 6,1-3:Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry? I powątpiewali o Nim.

Ez 2,3-5:Synu człowieczy, posyłam cię do synów Izraela, do ludu buntowników, którzy Mi się sprzeciwili. Oni i przodkowie ich występowali przeciwko Mnie aż do dnia dzisiejszego. To ludzie o bezczelnych twarzach i zatwardziałych sercach; posyłam cię do nich, abyś im powiedział: Tak mówi Pan Bóg. A oni, czy będą słuchać, czy też zaprzestaną – są bowiem ludem opornym – przecież będą wiedzieli, że prorok jest wśród nich.

2 Kor 12,7: Aby nie wynosił mnie ogrom objawień, dany mi został oścień dla ciała, wysłannik Szatana, aby mnie policzkował – żebym się nie unosił pychą.

13 Niedziela Zwykła/B, 27.06.2021 Uczciwość jest nieśmiertelna: wobec Boga, wobec siebie/swego ciała/ wobec innych

Mdr 1,13-15: Śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się z zagłady żyjących. Stworzył bowiem wszystko po to, aby było i stworzenia tego świata są zdrowie: nie ma w nich śmiercionośnego jadu ani władania Otchłani na tej ziemi. Bo sprawiedliwość jest nieśmiertelna.

2 Kor 8,7.9: Podobnie jak obfitujecie we wszystko, w wiarę, w mowę, w wiedzę, we wszelką gorliwość, w miłość naszą do was, tak też obyście i w tę łaskę obfitowali. Znacie przecież łaskę Pana naszego, Jezusa Chrystusa, który będąc bogatym, dla was stał się ubogim, aby was ubóstwem swoim ubogacić.

Mk 5,30-34: A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: Kto dotknął mojego płaszcza? Odpowiedzieli Mu uczniowie: Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto Mnie dotknął. On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta podeszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, padła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź wolna od swej dolegliwości.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 23.06.2021, Mk 9,11-13

 11I pytali Go: Dlaczego nauczyciele Pisma twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? 12Odpowiedział im: Owszem, Eliasz przyjdzie pierwszy i wszystko naprawi. A jak jest napisane o Synu Człowieczym, że wiele wycierpi i zostanie wzgardzony? 13Lecz mówię wam: Eliasz przyszedł i postąpili z nim jak chcieli, tak jak zostało o nim napisane.

Skąd pytanie uczniów, dotyczące Eliasza? Bo słyszeli o nim od uczonych w Piśmie, którzy wyczytali w pismach prorockich, że każde ważne wydarzenie musi być poprzedzone jakimiś znakami i przygotowane. Jezus przez wszystko, co czynił stał się w sposobie odnoszenia się do Boga i traktowania ludzi, postacią wyjątkową. I takim by pozostał, gdyby nie zapowiedź o Jego cierpieniu, które pomniejsza, upokarza i odziera z wyjątkowości. Nikt nie podziwia człowieka, który cierpi. Cierpienie się ukrywa jako coś wstydliwego. Dlatego Jezus, odpowiadając uczniom, zapewnia, że On też zna Pismo, ale o wiele głębiej niż nauczyciele Prawa, który je interpretują dla innych, lecz nie dla siebie. Dla Niego ważne wydarzenie to takie, które ma charakter kryzysu, pokazującego, że nie można trwać dalej w tym, co domaga się naprawy, ale że konieczna jest radykalna zmiana. A żadnego kryzysu nie przechodzi się bezboleśnie. Tego, kto chce coś zmienić często dotyka nie tylko cierpienie, ale też i pogarda. Przeżył je zarówno tamten Eliasz ze Starego Testamentu, jak i ten, który Go poprzedził i zapowiedział przez swoją śmierć z ręki Heroda. To dużo wymownych znaków, potwierdzających, że nic nowego nie może się w życiu pojawić bez przyjęcia cierpienia i skonfrontowania się z odrzuceniem ze strony innych.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 22.06.2021, Mk 9,9-10

9Kiedy schodzili z góry, nakazał im, aby nikomu nie opowiadali o tym, co widzieli, dopóki Syn Człowieczy nie powstanie z martwych.10Zachowali to słowo dla siebie samych, zastanawiając się, co znaczy powstać z martwych.

Piotrowi i uczniom było dobrze na górze, gdy ukazał im się Eliasz z Mojżeszem rozmawiający z Jezusem. Chcieliby się zatrzymać na dłużej, ale razem z Nim muszą zejść na dół, gdzie czekają na nich problemy codziennego życia. Jezus wie, jak niebezpieczny jest ten rodzaj religijnych doznań: dobrze nam tu, z dala od trudnej i stresującej codzienności, która nas przytłacza. Na spotkaniach religijnych czujemy się wspaniale, bo blisko Boga. Czyżby? A nie raczej dlatego, że pozwalają one zapomnieć o szarym, beznadziejnym i ‘dołującym’ życiu w nieudanym małżeństwie, rodzinnych konfliktach i przejmującej samotności? Jezus nie chce, aby uczniowie związali się z tym, co widzieli uczuciem nostalgii: och, jak tam wtedy było nam dobrze. Na drodze, po której On kroczy nie ma miejsca na nostalgię za tym, co było. Dlatego zakazuje im o tym opowiadać aż do momentu, w którym Syn Człowieczy powstanie z martwych. Otrzeźwieli, słysząc o Synu Człowieczym, tym samym, który musi cierpieć. Przypomniał im o tym, o czym na górze chcieli zapomnieć. Oni jednak bardziej uchwycili się słowa, w którym zapowiadał powstanie z martwych, niż tego o Jego cierpieniu. Nie bardzo rozumieją, co ono znaczy. Upatrują w nim jakąś iskierkę optymizmu, że na pewno wszystko dobrze się ułoży: bez cierpienia, bez odrzucenia, a jeśli one przyjdą, to może uda się to przeżyć bezboleśnie. Oszukują siebie, lecz jeszcze o tym nie wiedzą: ‘musi cierpieć’ nie dociera do nich, myślą, że można je jakoś ominąć.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 21.06.2021, Mk 9,7-8

7I pojawił się obłok, który ich zasłonił, a z obłoku nadszedł głos: Ten jest moim Synem umiłowanym. Jego słuchajcie! 8Nagle, patrząc dookoła nikogo nie dostrzegli, lecz tylko samego Jezusa z nimi.

Nikt nie koryguje błędnego myślenia Piotra, pojawia się jedynie obłok, który zakrywa wszystkie postaci. Kiedy nie ma możliwości widzieć czegokolwiek dochodzi do nich głos z obłoku. Teraz wiedzą, po co zjawił się obłok: żeby mogli usłyszeć głos, muszą przestać widzieć i szukać przyjemności w patrzeniu. W religijności Greków pierwszeństwo ma widzenie, w ich obrzędach dużo dzieje się dla oka, którym towarzyszą magiczne formuły i zaklęcia, a słowo nic nie znaczy. Wszystko w ich religii zostało podporządkowane upodobaniu sobie widzenia. Dla wiary biblijnej na pierwszym miejscu jest słuchanie, gdyż Bóg jest ukryty, niewidoczny i objawia się przez to, co mówi. I właśnie wtedy, kiedy uczniowie niczego nie widzą, słyszą Jego głos: Ten jest moim Synem umiłowanym, Jego słuchajcie. Muszą przejść od patrzenia na Jego czyny pełne mocy, wzbudzające podziw tłumów, do słuchania Jego słów. Jeśli tego nie zrobią, zatrzymają się w połowie drogi. On pójdzie dalej, a oni będą ciągle przywoływać to, co widzieli, oddalając się od Niego w przeszłość, którą mogą nazwać tradycją, ale to będzie martwa tradycja. Przez chwilę nie byli pewni, o kim ten głos mówi, o Mojżeszu czy Eliaszu, ale nagle obłok zniknął a z nim także oni. Pozostał z nimi tylko Jezus. A więc to o Nim mówił: Jego słuchajcie. Wszystko, czego odtąd będzie ich nauczał ma pieczęć i autorytet samego Boga, gdyż jest On Jego Synem umiłowanym i przez swoją naukę będzie ich włączał w tę swoją jedyną z Nim więź.

12 Niedziela Zwykła/B, 20.06.2021 W burzach życia czujemy się bezsilni i oczekujemy działania, a przychodzi słowo, które uwalnia od lęku i nadaje mu nowy kierunek: dla innych

Mk 4,37-40: A nagle zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała wodą. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On, powstawszy, zgromił wicher i rzekł do morza: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże brak wam wiary!

Hi 38,1.8-11:Z wichru Pan zwrócił się do Hioba i rzekł: Kto bramą zamknął morze, gdy wyszło z łona wzburzone, gdy chmury mu dałem za ubranie, za pieluszki – ciemność pierwotną? Złamałem jego wielkość mym prawem, wprawiłem wrzeciądze i bramę. I rzekłem: Aż dotąd, nie dalej! Tu zapora dla twoich fal nadętych.

2 Kor 5,14-15.17: Miłość Chrystusa przynagla nas, przekonanych do tego, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy umarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus po to, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 19.06.2021, Mk 9,5-6

5Odpowiadając Piotr mówi Jezusowi: Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy. Postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza, jeden dla Eliasza. 6Nie wiedział bowiem, co odpowiedzieć, gdyż byli przerażeni.

Piotr jednak inaczej rozumie wydarzenie, którego jest świadkiem, rozumie po swojemu, zgodnie z tradycją, w której został wychowany. Chyba nawet nie jest świadomy, jak głęboko wpływa ona na jego postrzeganie Jezusa i jego samego. Zachowuje się trochę jak dziecko, które to, co przekazali mu rodzice, przyjmuje jako oczywiste i niepodważalne prawdy, i nie chce ich zweryfikować, mimo, że jako dorosły widzi fakty, które je podważają. Jego myślenie całe oplecione jest pajęczyną niezweryfikowanych twierdzeń, przyjętych w dzieciństwie (Pewnie miał też swój elementarz, w którym czytał o dziecku z Afryki, że to ‘murzynek bambo’, nie wiedząc, że w tym zdrobniałym i słodkim określeniu, kryją się zalążki późniejszych, dorosłych już poglądów pomniejszających ludzi o innym kolorze skóry). Zwraca się do Jezusa, używając żydowskiego tytułu ‘Rabbi’, którym później Judasz przywita się z Nim w Ogrodzie Oliwnym. Rabbi to nauczyciel, który czerpie swój autorytet z tego, że jest wierny tradycji. I Piotr właśnie tak Go widzi, choć niedawno wyznał, że Jezus jest Mesjaszem, a więc Tym, kto niesie ze sobą nową przyszłość. Ma wyraźnie mętlik w głowie. Nie wie, co oznacza, że to Eliasz z Mojżeszem rozmawiają z Jezusem. Powtarza więc to, czego nauczył się w synagodze, że na pierwszym miejscu jako najważniejszy jest Mojżesz, potem Eliasz, reprezentujący proroków i ostatni, dołączony do nich Jezus jako ktoś równy im. Dlatego każdemu chce postawić jeden namiot. Wydawało mu się, że stawiając Jezusa na równi z nimi, podkreśla Jego ważność. Tymczasem zaliczył Go do postaci przeszłości. Wciśnięty w tradycję Jezus nie niesie w swej osobie żadnej nowości. Właśnie ta nowość przeraża Piotra. Nie wyobraża sobie życia, w którym zostanie wyrwany z tego, co zawsze było, i zmuszony do tego, żeby po kolei zacząć rewidować wszystkie swoje poglądy, z którymi czuł się bezpiecznie. Mówiąc do Jezusa, dobrze nam tu być, pomyślał, że to sam Bóg każe mu wrócić do  tradycji, w której nie trzeba myśleć, z niczym się konfrontować, niczego zmieniać.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 18.06.2021, Mk 9,4

4I ukazał im się Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem.

Czy Eliasz i Mojżesz, dwie wyróżniające się postaci Starego Testamentu, są potrzebni, żeby poznać i zrozumieć, kim jest Jezus? I dlaczego ukazali się w takiej kolejności, skoro Pismo najpierw opowiada o Mojżeszu, a potem dopiero o Eliaszu? To dwaj świadkowie, którzy znali Jezusa wcześniej, zanim Go spotkali Piotr i pozostali uczniowie. Jak to możliwe? Jezus jeszcze się nie narodził a oni już Go znali? Swoim życiem przygotowywali Jego przyjście, zwłaszcza Eliasz, który nie dokończył misji, zleconej mu przez Boga, wskazując na Tego, który ją dopełni. Mojżesz też umarł, nie wprowadzając Izraelitów do ziemi obiecanej. Żaden dobry czyn nie jest kompletny, zawiera w sobie oczekiwanie na kolejny, który uzupełni to, czego mu brakuje. Eliasz z Mojżeszem rozmawiają z Jezusem właśnie o tym, że ma On doprowadzić idących za Nim do tego celu, do którego oni nie doszli, choć go przeczuwali. Czytając proroków, których reprezentuje Eliasz, i Prawo, za którym stoi Mojżesz, oczekuje się razem z nimi na Tego, który jest zawsze przed, odsłaniając coraz pełniejszą prawdę. Niestety wielu ludzi w różnym wieku traktuje swoje życie jakby było całkowicie spełnione, jakby w nim niczego już nie brakowało, jakby przyszłość dokładała tylko nowe okoliczności, a wewnątrz wszystko zostało definitywnie ustalone. Nie potrzebują więc nikogo, K/kto je dopełni swoją O/obecnością.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 17.06.2021, Mk 9,2-3

2Po sześciu dniach Jezus zabrał z sobą Piotra, Jakuba i Jana i wprowadził ich samych osobno na wysoką górę. W ich obecności dokonała się Jego przemiana. 3Jego ubranie stało się oślepiająco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi nie potrafi wybielić.

Zapowiedź męki, reakcja Piotra, ostre upomnienie go przez Jezusa i nauka krzyża, skierowana do każdego, kto chce iść dalej za Nim to rodzaj doświadczeń, które musiały głęboko dotknąć uczniów. Nie mogli wrócić do beztroskiego nastroju sprzed. Słowa Jezusa poruszyły ich uczucia, a te nie pozwalały im przestać o nich myśleć. Do tej pory, kiedy On coś mówił, nawet gdy zwracał się bezpośrednio do nich, słuchali Go. Kiedy tylko skończył, zaraz przestawali myśleć o tym, co mówił i przechodzili do swoich spraw. A odsłaniał im ważne rzeczy o sobie, lecz oni zachowywali się tak, jakby byli ludźmi, których to nie interesuje. Tym razem jest inaczej. Przez sześć dni (umowna liczba) ciągle wracali do Jego słów, nie mogąc dociec, co one znaczą dla nich i jak wpłyną na ich dalszą drogę za Nim. Znajdowali się w podobnej sytuacji, jak Mojżesz i jego trzej towarzysze, którzy przez sześć dni zanurzeni był w obłoku spowijającym górę (Wj 24,15-16). To obłok niewiedzy: otacza cię zewsząd, nie możesz z niego wyjść, niewiele rozumiesz, lecz nie możesz przestać myśleć. W nim uruchamia się zdolność uczenia się kogoś, a nie tylko czegoś. A jest to możliwe tylko wtedy, kiedy ktoś stanie się świadkiem (Mk 5,37). Trzeba więc zmienić pozycję: z obserwatora stojącego na zewnątrz, który ma oczy, ale nie widzi, z uczestnika, który jest co prawda wewnątrz i ma uszy, ale nie słyszy, w świadka, który patrzy, słucha, zapamiętuje i myśli. Znajduje się bowiem na osobności, w wewnętrznym skupieniu i uważności, w których go nic, co na zewnątrz, nie rozprasza. Dopiero wówczas odsłania się przed nimi prawdziwa obecność, której dotąd nie znali. Wiedzieli, że Grecy nazywają człowieka zwierzęciem rozumnym, w Jezusie odkryli, że człowiek jest osobą, jedyną i nieporównywalną do niczego w świecie, która lśni niewidoczną z zewnątrz, wewnętrzną prawdą.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 16.06.2021, Mk 9,1

1I mówił im: Zapewniam was: Niektórzy ze stojących tutaj nie zasmakują śmierci aż ujrzą królestwo Boże przychodzące z mocą.

Jeszcze raz o wstydzie: mężczyźni wstydzą się obecności i zachowania kobiet przed innymi mężczyznami, kobiety wstydzą się zachowania swoich dzieci przed innymi kobietami, a dzieci wstydzą się zachowania swoich rodziców przed innymi dziećmi. Wstyd więc zatruwa wszystkie podstawowe relacje międzyludzkie. Czy w ogóle da się go jakoś przezwyciężyć? Nie u wszystkich będzie to możliwe, a jedynie u tych, którzy są obecni i uważni w momencie, w którym Jezus wygłasza naukę o swojej męce i konieczności podjęcia swego krzyża na drodze za Nim. Pokonanie wstydu wiąże się bowiem z utratą swego wizerunku: silnego mężczyzny, dobrej matki, szczęśliwego dziecka. Dlatego Jezus zapewnia, że ci, którzy są na to gotowi, nie muszą bać się śmierci i mogą trwać w oczekiwaniu aż Bóg zadziała swoją mocą i nie pozwoli im wstydzić się nikogo z powodu opinii innych.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.06.2021, Mk 8,38

38Ktokolwiek bowiem wstydzi się Mnie i moich słów przed tym pokoleniem niewiernym i grzesznym, tego i Syn Człowieczy będzie się wstydzić, kiedy przyjdzie w chwale swego Ojca ze świętymi aniołami.

Jezus ostrzega uczniów przed ludźmi przywiązanymi do różnych tradycji religijnych, a nie przed światem. Religijność manifestowana w sferze publicznej narzuca wszystkim określone zachowania i wymusza udział w swoich obrzędach. Zarówno Żydzi jak i poganie nie mogli zrozumieć, dlaczego uczniowie Jezusa nie przestrzegają zasad ich religii. Dla pierwszych nauka krzyża była źródłem zgorszenia, dla drugich – przejawem głupoty (por. 1 Kor 1,18-25). Taka reakcja religijnego otoczenia musiała wywoływać w nich uczucie wstydu: że nie są tacy jak wszyscy. Wstydząc się, mogli pomyśleć: zachowujmy się jak ludzie religijni. Do tego właśnie myślenia odwołuje się Jezus, wskazując im głębsze źródło zawstydzenia – wewnątrz nich samych. Wstyd jest wszechobecny i dotyka wszystkich wymiarów życia. Jest to uczucie, które blokuje szczerość. Wstydzą się wewnętrznej prawdy, którą odkrywa przed nimi Jezus i Jego słowo, i chcą ją zastąpić akceptacją swego środowiska. Ale dla Niego środowisko, które niszczy wyjątkowość i niepowtarzalność jednostki jest pokoleniem niewiernym i grzesznym, gdyż sprzeciwia się zamysłowi Boga. Podczas swego chrztu, usłyszał głos z nieba: Ty jesteś moim Synem umiłowanym. Tym doświadczeniem swej wyjątkowości w oczach swego Ojca chciał się z nimi podzielić: że każdy z nich jest kimś jedynym i niepowtarzalnym dla Boga. Wstydzić się Jego osoby oznacza więc wstydzić się samego siebie. Dlatego Jezus przestrzega, że na końcu, gdy On zostanie rozpoznany przez Boga jako Jego Syn, to w tym, kto się Go wstydził, Bóg nie rozpozna swego dziecka.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 14.06.2021, Mk 8,36-37

36Jaka to bowiem korzyść dla człowieka: zdobyć cały świat i stracić swoje życie? 37Co bowiem mógłby ktoś dać w zamian za swoje życie?

W pragnieniu, żeby siebie ocalić, zawiera się jeszcze inny rodzaj myślenia, wzięty z wymiany handlowej, bardzo powszechny: przehandlować siebie, żeby coś zdobyć. Ludzie robią to notorycznie: podporządkowują się innym, pozwalają na deptanie swej godności i brak szacunku, dla materialnej korzyści, stanowiska, prestiżu lub ‘świętego spokoju’. Jezus wie, że ten sposób bycia jest głęboko zakorzeniony, dlatego zadaje pytanie, na które każdy musi sam sobie odpowiedzieć: czy warto zyskać nawet cały świat i stracić swoją duszę? W pogoni za czymś, nie tylko ktoś oddala się od samego siebie, ale swoje wewnętrzne życie czyni nieważnym. Zdobycie czegoś staje się ważniejsze od tego, co ktoś czuje i przeżywa: przełyka się upokorzenia i złe traktowanie, żeby tylko coś mieć. Wtedy pojawia się kolejne pytanie, które zwykle uchodzi uwadze: czy to, co już zdobyłeś i posiadasz możesz dać komukolwiek w zamian za samego siebie? Więzi między ludźmi są między osobami i nie polegają na wymianie handlowej tym, co się zdobyło. Jeśli więc sobie odbierz wszelką wartość aż do unicestwienia, bo zawsze ważniejsze jest coś innego, to co dasz bliskiej osobie w zamian za samego siebie? Ten sam rodzaj wymiany handlowej może mieć miejsce w relacji do Boga: mogę Ci dać tylko moją nadmuchaną i rozdętą religijność, bo samego siebie już nie mam.

11 Niedziela Zwykła/B, 13.06.2021 Uwierzyć bardziej w moc słowa Bożego niż w siłę własnego działania

Mk 4,26-33:Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Śpi i wstaje, w nocy i w dzień, nasienie kiełkuje i rośnie, sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarno w kłosie. Gdy zaś plon dojrzeje, zaraz zapuszcza sierp, bo pora już na żniwo. Mówił jeszcze: Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane, wyrasta i staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 12.06.2021, Mk 8,35

35Ktokolwiek bowiem chce ocalić swoje życie, straci je, a ktokolwiek straci swoje życie ze względu na Mnie i Ewangelię, ocali je.

Jezus jeszcze raz podkreśla, że nowy etap drogi za Nim, związany jest z osobistym wyborem, wyrażającym się w słowie ‘chcieć’. To nie wybór między różnymi rzeczami lub działaniami, ale między staraniem ocalenia swego życia i gotowością do jego straty. Historia każdego naznaczona jest walką z różnymi przeciwnościami, aby utrzymać się na powierzchni. W tej walce zawiera się nauka zbawiania siebie. Niełatwo się jej oduczyć, bo każdy myśli, że tylko on własną zaradnością może samego siebie ocalić. Ale Jezus ostrzega: jest to bardziej walka o coś niż o swoje ja, które można w niej stracić. Dlatego przedstawia inną możliwość: ktokolwiek przestanie walczyć i przez to zacznie tracić siebie ze względu na Niego i Jego ewangelię, ocali swoje życie. Swoją osobę zrównuje z ewangelią. Musiał to podkreślić, gdyż spodziewał się, że znajdą się tacy, którzy będą mówić, iż wierzą w Niego, nie znając a nawet odrzucając Jego naukę. W ewangelii objawia On samego siebie, jej treścią jest Jego życie. Nie można Go traktować jak innych nauczycieli, których nauka jest oddzielona od ich osoby: nauczyciel umiera a jego nauka trwa. W przypadku Jezusa, jest ona z Nim tożsama: jeśli On umrze, Jego nauka upada, straci na ważności. Chyba, że zmartwychwstanie. A wtedy stanie się drogą (jedyną?) do prawdziwego życia.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 11.06.2021, Mk 8,34

 34Przywołał tłum i razem ze swoimi uczniami i powiedział do nich: Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyrzeknie samego siebie, niech weźmie swój krzyż i niech podąża za Mną

Po reakcji Piotra na zapowiedź Jego męki, Jezus wie, że do dalszej drogi nie może nikogo zmusić. Nie zmuszał ich, gdy ich powoływał na początku, obiecując im nowe życie w podążaniu za Nim. Wtedy nie znali siebie ani Jego i zaryzykowali. Idąc za Nim odkrywali stopniowo swoje słabości, grzeszność, strach, bezsilność, złe skłonności, niezdolność do słuchania, ślepotę. A On na każdym etapie potwierdzał swoje bycie z nimi, choć zarzucał im niezrozumienie i zatwardziałość serc. Czuli, że w tym odsłanianiu całej prawdy o nich, nie odrzuca ich, lecz przez swoją obecność daje im ciągle szansę na zmianę, stając się ich przyszłością (Mesjasz). Nie wiedzieli jednak, że niektórzy z nich noszą w sobie pokłady zranień, schowane głęboko i przykryte grubą skórą nieczucia. Nie myśleli też, że istnieje zdolność przeżywania cierpienia, gdyż każdy przed nim się broni. Kiedy więc On sam zaczął mówić otwarcie o swej męce i śmierci, nie mogli tego słuchać. Wiedział, że przyzwyczaili się do nieczucia jako normalnego sposobu życia: nawet, gdy kogoś spotka jakieś nieszczęście, trzeba być twardym i się nie rozklejać. Żeby pozwolić odsłonić w sobie zdolność do cierpienia, każdy musi stanąć przed możliwością wyboru. Dlatego Jezus zmienia warunki powołania: już nie ‘chodźcie za Mną’, jak na początku, tylko ‘kto chce iść za Mną’. I dalej ‘niech wyrzeknie się samego siebie’, tego ‘ja’, które nieustannie broni się przed cierpieniem, a które przychodzi jako nieuchronne w formie własnego krzyża. W jego przyjęciu nikt nie musi być sam, traktując go jako karę. W podążaniu za Nim każde cierpienie jest możliwe do zniesienia i przyjęcia nauki, która z niego płynie.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 10.06.2021, Mk 8,33

 33Lecz On odwrócił się i patrząc na swych uczniów, upomniał Piotra: zejdź Mi z drogi i stań za Mną, Szatanie. Bo związałeś swoje myśli nie z Bożymi sprawami, lecz z ludzkimi.

Piotr, upominał Jezusa, patrząc Mu prosto w oczy. Jezus reaguje gwałtownie: odwraca się do niego tyłem i kieruje swe spojrzenie na uczniów, którzy, gdy Piotr do Niego mówił, stali za Jego plecami. Tym zachowaniem pokazuje mu, że opuścił wspólnotę ludzi, idących za Nim i umieścił siebie przed Niego, chcąc Jemu, swemu Nauczycielowi, dyktować, kim ma być. Piotr nie spodziewał się takiej Jego reakcji, w swej naiwności chciał dobra dla Niego. Ale Jezus wie, że pobożna naiwność jest gorsza niż jawny grzech, gdyż maskuje żądzę wytyczania dróg Bogu. Uderza w Piotra słowami, których moc towarzyszyła poskramianiu złych duchów. Najpierw każe mu odejść z miejsca, na którym sam się postawił i stanąć wśród uczniów. Przypomniał mu, że nie ma on żadnej szczególnej więzi z Nim, niezależnej od wspólnoty uczniów. Jeśli wyjdzie poza, przypisując sobie pierwszeństwo i wynosząc się ponad, przestanie być uczniem i stanie się Szatanem. Jezus patrzy na uczniów, gdy mówi do Piotra ‘Szatanie’. Jest to publiczne upomnienie, które ma także im uświadomić, że każdy z nich może się wcielić w rolę Szatana. W upomnieniu, z którym Piotr zwrócił się do Niego, odczytuje On pokusę mesjańską, tę samą, jakiej doświadczał na pustyni, zaraz po swoich chrzcie w Jordanie (Mk 1,12-13). Na czym ona polega? Na myśleniu, które Jezus zarzuca Piotrowi, nazywając go Szatanem. Wyznając w Nim Mesjasza, chce, aby służył On ludzkim interesom, a nie temu, co Bóg zamierzył. Objawia się ono również w relacjach do innych, gdy ktoś rości sobie prawo do decydowania o tym, kim drugi ma być.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 09.06.2021, Mk 8,32

Wtedy Piotr wziął Go na stronę i zaczął Go upominał.

Piotr jednak nie przyjął nauki Jezusa, zawierającej się w Jego otwartym mówieniu o losie, który Go czeka. W swoim myśleniu cały czas jest przy swoim wyznaniu: Ty jesteś Mesjaszem, Tym, który utrwali królowanie Boga. Zdążył się do niego przywiązać i ciągle rozsmakowuje się zawartą w nim wizją zwycięskiej przyszłości, która otwiera się przed Jezusem. Wydaje mu się, że właśnie jego wyznanie wyznacza Mu drogę, którą powinien podążać. Biorąc Go na stronę i zaczynając Go upominać, niepostrzeżenie przypisał sobie władzę nad Nim. Czuł bowiem, że zapowiedź Jego męki przekreśla jego wyznanie. A przecież Jezus nie powiedział, że jest ono niewłaściwe, zakazał tylko o tym mówić. Nie może więc nie być tym Mesjaszem, którego ogłosił on, Piotr, ustanowiony przez Niego pierwszym spośród apostołów. Na podstawie dokonanych przez Niego uzdrowień, wyobraził sobie, że Jezus zawsze będzie spełniał czyny pełne mocy, a tragiczny los, który dla siebie przepowiada, zupełnie nie pasuje do tej wizji przyszłości. Odtąd wszyscy wierzący, wyznając swoją wiarę w Niego, będą za przykładem Piotra, starali się wyznaczać Mu rolę, jaką ma odgrywać w ich życiu. I będą to robić aż nazbyt często we własnym interesie i dla własnej korzyści.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 08.06.2021, Mk 8,31-32

Syn Człowieczy musi wiele cierpieć i być odrzuconym przez starszych, wyższych kapłanów i nauczycieli Pisma, być zabitym i po trzech dniach powstać z martwych.32Mówił to zupełnie otwarcie.

Jaka nauka kryje się w cierpieniu? Po pierwsze, bycie potrzebnym i wartościowym nie jest dane z góry, lecz w różnych okolicznościach jest ciągle podważane. Przez kogo? Przez ludzi mających wysoką pozycję i autorytet w życiu społecznym (starsi), religijnym (arcykapłani) oraz w sferze nauki i kultury (uczeni w Piśmie). To oni decydują, kto jest ważny i jakie zajmuje miejsce w systemie, nad którym mają władzę. Odrzucenie oznacza, że ktoś w tym systemie jest bezużyteczny i bezwartościowy, dlatego trzeba go z niego usunąć. Jezus jednak nie uważa, że system społeczno-religijny, na straży którego stoją starsi, kapłani i uczeni, jest identyczny ze światem stworzonym przez Boga. Jest raczej ludzkim wytworem. Jeśli ktoś poczuje się odrzucony i z tego powodu cierpi, to może się zapytać: Przez kogo jestem odrzucony? Odrzucenie przez ludzi nie oznacza odrzucenia przez Boga. Owszem, ludzie przez swoją opinię mogą nadawać komuś ważność, ale nikogo nie stwarzają. Zaistnienie w świecie ma siłę większą niż to, co inni sądzą. Co więcej, kiedy Jezus zapowiada, że zostanie zabity, zaraz dodaje, że po trzech dniach powstanie z martwych. Odrzucenie więc może prowadzić do śmierci, w Jego przypadku – realnej, ale nawet ona nie jest ostatnim słowem. Mówiąc o powstaniu z martwych, Jezus odnosi siebie do Boga. Ma głębokie przeświadczenie, że bycie w więzi z Nim nie może zakończyć się unicestwieniem spowodowanym przez śmierć. Ta otwartość mówienia o cierpieniu, odrzuceniu, śmierci i powstaniu z martwych, jest właśnie Jego nauką. Czy uczniowie będą zdolni ją przyjąć?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 07.06.2021, Mk 8,31

31Zaczął ich uczyć, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć …

Druga połowa drogi to nauczanie, skierowane prawie wyłącznie do uczniów. Będą jeszcze tylko dwa uzdrowienia, a w pierwszej połowie było ich jedenaście. Służyły one nabyciu umiejętności słuchania, teraz chodzić będzie o treść. Zderzenie z nią będzie bolesnym doświadczeniem. Po wyznaniu Piotra, że Jezus jest Mesjaszem, czyli Tym, który przyszedł ustanowić królowanie Boga, wszystkiego mogli się spodziewać, ale nie słów, zapowiadających Jego cierpienie. Nie tylko zapowiada, ale uczy, starając się ich przekonać, że tak musi być. Nie mówi ‘Ja’ muszę cierpieć, lecz Syn Człowieczy musi. Dlaczego? Wypowiadając ‘Ja’, mówiłby o tym z żalem, że ktoś zamierza odebrać Mu życie, a On nie chce go oddać. Mówiąc o sobie ‘Syn Człowieczy’, wyznaje, że Jego życie jest w rękach Innego. Jeszcze zagadkowe słowo ‘musi’. Nikt nie lubi, a niektórzy nawet nienawidzą, gdy ktoś mówi ‘musisz’, bo odczuwa się w nim jakieś ograniczenie ludzkiej wolności. Jezus też nie mówi samemu sobie ‘musisz’, bo wtedy sam zabrałby sobie wolność. Wielu ludzi często mówi do siebie ‘musisz’, zamieniając się w niewolników. Mówiąc o sobie ‘Syn Człowieczy musi’, Jezus dobrowolnie poddaje się Temu, od którego usłyszał na początku swojej drogi, gdy przyjmował chrzest od Jana: Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie upodobałem sobie. A co z cierpieniem, do którego odnosi się owo ‘musi’? Do tej pory działał, uzdrawiał, dokonywał czynów pełnych mocy. Wszyscy myśleli, że dla Niego nic nie jest niemożliwe. A teraz mówi, że musi cierpieć. W cierpieniu nie ma działania, jest doznawanie. Działając, ktoś czuje siłę i pełnię życia, które rodzą przekonanie, że istnieje i jest ważny. Cierpienie nie zawsze wiąże się z bólem fizycznym, bardziej z doświadczeniami, które podważają sens wszelkiego działania i odbierają poczucie istnienia. Jezus jednak mówi, że w cierpieniu jest jakaś nauka. Jaka?

10 Niedziela Zwykła/B, 06.06.2021 Od kłótni przez skrywanie swej słabości/nagości do wiary

Mk 3,24-25: Jeśli jakieś królestwo jest wewnętrznie skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać.

Rdz 3,9-10: Gdy Adam spożył z drzewa, Pan Bóg zawołał na niego i zapytał go: Gdzie jesteś? On odpowiedział: Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi i ukryłem się.

2 Kor 4,13-14: Mamy tego samego ducha wiary, według którego napisano: Uwierzyłem, dlatego przemówiłem», my także wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami.

2 Kor 4,13-14: Mamy tego samego ducha wiary, według którego napisano: Uwierzyłem, dlatego przemówiłem», my także wierzymy i dlatego mówimy, przekonani, że Ten, który wskrzesił Jezusa, z Jezusem przywróci życie także nam i stawi nas przed sobą razem z wami.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 05.06.2021, Mk 8,30

30Nakazał im, aby nikomu o Nim nie mówili.

Jezus nigdy nie szukał rozgłosu i wielokrotnie zakazywał mówić innym o wydarzeniach, w których dokonywał uzdrowień. Kiedy spotykał się z podziwem, nie sycił się nim, odchodził nie pozwalając, aby zamieszkał w Jego myślach i uczuciach. Po nakarmieniu tłumów natychmiast je odesłał, nie czekając na aplauz. W swoim byciu dla innych wymazywał siebie, stawiając ich w centrum. Dlatego ci, którzy Go spotykali, czuli, że swoją uwagą całkowicie skupioną na nich, wydobywa ich z niebytu. Teraz zakazuje im o Nim mówić, choć wcześniej wybrał ich, aby głosili ewangelię o królestwie Bożym. Jak mogą ją głosić, nie mówiąc o Nim? Chyba jeszcze niewiele o Nim wiedzą. Znają Go tylko jako Tego, w którym objawiła się moc uzdrawiania i okazywania pomocy. Uznając w Nim Mesjasza, Piotr potwierdził, że przez Niego działał Bóg. Ale to tylko część prawdy o Nim i o każdym z nich. Nie wiedzą kim On jest, bo nie znają całej prawdy o sobie. Te dwa sposoby poznania – Jego i samych siebie – będą odtąd nierozerwalnie ze sobą splecione. Żeby poznać samego siebie trzeba przestać o Nim mówić i zacząć Go wyłącznie słuchać. Ewangelizujący innych krzyczą o Nim, aby zagłuszyć to, co On mógłby odsłonić w nich samych. A On pozostawia ich z tym krzykiem i odchodzi tam, dokąd oni nie są w stanie za Nim podążyć. Tak kończy się chrześcijaństwo w połowie drogi: Jego już w nim nie ma.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 04.06.2021, Mk 8,29-30

Odpowiedział Mu Piotr: Ty jesteś Mesjaszem.30Wówczas nakazał im, aby nikomu o Nim nie mówili.

Jak Piotr doszedł do tego wyznania, bo przecież nie zrodziło się ono spontanicznie. Od samego początku razem z innymi uczniami zastanawiali się, kim On jest, gdyż nie chodził do żadnej szkoły nauczycieli Pisma i nie otrzymał od nich upoważnienia do nauczania. Mówili do Niego ‘Nauczycielu’, ale czuli patrząc na to, co robi i jak mówi, że musi On być kimś więcej. Nie był podobny do Jana Chrzciciela, który wzywał do nawrócenia, ostrzegając, że nie jest tym, na którego czekają. Niewiele miał cech proroka, który występował w imieniu Boga. On zachowywał się tak, jakby Bóg był w Nim. Nie musiał mówić, jak prorocy ‘Tak mówi Bóg’. Nie czuło się w Nim żadnego dystansu między Nim a Bogiem. Gdy coś czynił lub mówił, odnosiło się wrażenie, że między Nimi jest absolutna zgodność. Ale miał w sobie jeszcze coś innego, z czym uczniowie nigdy się nie spotkali: Jego niezwykły stosunek do ludzkich historii, w których doświadczenia przeszłości krępują, tłamszą i nie pozwalają żyć. Stawał przed ludźmi pozbawionymi nadziei w całkowitej bezradności wobec swego losu jako ten, który jest źródłem przyszłości. Nie chodziło o to, że dawał im nadzieję na przeżycie następnego dnia. Otwierał perspektywę radykalnie nowego życia. Wiele razy doświadczali, że mimo posiadania rodziny, wykonywanej pracy, ich życie jest puste: toczy się jak wóz wypełniony kamieniami po wyboistej drodze, ale ich na tym wozie nie ma. Nie mieli nawet takiej świadomości, że w rutynie codziennych obowiązków, całkowicie zagubili samych siebie. Myśleli, że tak już musi być i nic się nie zmieni. I oto przyszedł On i powiedział: chodźcie za Mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. Wtedy nie wiedzieli jeszcze, co to znaczy, ale było to coś nowego. Nie kazał im wypełniać religijnych przepisów i obrzędów, lecz wezwał ich na drogę, na której czuli, że z każdym kolejnym wydarzeniem odkrywają w sobie coś nowego, i idąc za Nim powoli odzyskują swoje prawdziwe ja. To wszystko Piotr zawarł w swoim wyznaniu, nazywając Go Mesjaszem. Jezus jednak zabronił im o tym mówić, bo odbyli dopiero połowę drogi.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 02.06.2021, Mk 8,29

29On ich zapytał: A według was, kim jestem?

Czy spodziewali się, że ich zapyta: ‘A według was, kim jestem?’. Co to w ogóle za pytanie? Czy w zwykłym, codziennym życiu, ktoś o to pyta? Można zapytać ‘kim Pan/i jest?’, ale nie ‘kim jestem według ciebie?’ To ostatnie pytanie mogą zadać osoby, które są sobie bliskie i przeżyły razem wystarczająco dużo czasu. Jezus zadając je swoim uczniom nie jest pod tym względem kimś wyjątkowym, bo każdy w jakimś stopniu kieruje je do swoich bliskich, może tylko z jedną modyfikacją: kim jestem dla ciebie, oczekując odpowiedzi ‘kimś najważniejszym’. Jednak Jego pytanie wykraczało poza krąg osobistej relacji z każdym z nich i dotyczyło ich wszystkich: kim jestem według was? Odnosiło się zatem do bycia uczniem na drodze za Nim. Ale nie pyta ich, czy jako uczniowie uważają Go za swego nauczyciela, gdyż nauczycieli można zmieniać. Chodziło Mu o coś więcej. Jest ono momentem przełomowym. Od odpowiedzi na nie zależy to, czy pójdą za Nim dalej. Następny etap drogi jest bowiem radykalnie inny od poprzedniego: nie znają go i nie są w stanie przewidzieć, co ich spotka. Czy są przygotowani, aby dać właściwą odpowiedź?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 01.06.2021, Mk 8,27-28

Podczas drogi pytał swoich uczniów: Co mówią ludzie? Kim według nich jestem? 28Oni Mu odpowiedzieli: Mówią, że jesteś Janem Chrzcicielem, inni – że Eliaszem, jeszcze inni – że jednym z proroków.

Zmierzając do miasta zbudowanego na cześć rzymskiego cesarza, Jezus pyta swoich uczniów o to, kim jest w opinii ludzi. Dziwne, bo wcześniej nie interesowało Go to, co inni mówią o Nim. Owszem, od samego początku dostrzegał, że jego nauka budzi zdumienie (Mk 1,27), a po uciszeniu burzy na morzu Jego uczniowie z nabożną czcią pytali jeden drugiego, jaką On jest osobą, skoro żywioły są Mu posłuszne (Mk 4,41). A teraz zwraca się do nich z pytaniem o to, co jest powszechną wiedzą na Jego temat. Powtarzają dokładnie to, co On sam zna doskonale, a co weszło do publicznej świadomości po śmierci Jana Chrzciciela, gdy Herod zaczął się dopytywać o Niego, myśląc, że jest On Janem, który powstał z martwych, choć inni widzieli w Nim Eliasza, a jeszcze inni – jednego z proroków. Jezus wie, że ludzie tak myślą o Nim, dlaczego więc pyta swoich uczniów? Chyba chce im zwrócić uwagę na to, że powszechna opinia o Nim jest częścią ich myślenia i ma wpływ na ich stosunek do Niego. Słyszeli wiele razy różne zdania o Nim. Faryzeusze posądzali Go, że łamie szabat i mocą złego ducha wyrzuca demony, a Jego najbliżsi uważali, że oszalał. Takie opinie pozostają w głowie i mogą budzić wątpliwości. Pytając o to, zmusił ich do zastanowienia się, czy na podstawie tego, w czym uczestniczyli, można Go wtłoczyć w rolę jakiegoś proroka, którego znali z przeszłości. To dość częsta praktyka ludzi, którzy innych próbują jakoś ‘zaszufladkować’, aby wiedzieć, czego się po nich spodziewać i nie dać się zaskoczyć. Ale tak robią ‘oni’, którzy nie wiedzą, że istnieje jeszcze relacja ‘ja-ty’. Czy ktoś wchłonięty przez ‘oni’ będzie zdolny nawiązać z drugim bliską więź?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 31.05.2021, Mk 8,27

27Jezus wyruszył ze swoimi uczniami w kierunku wiosek pod Cezareą Filipową.

Uzdrowienie niewidomego musiało oznaczać dla Jezusa zakończenie Jego działalności w Galilei, bo razem z uczniami wyszedł poza jej granice, udając się na terytorium pogańskie w okolice miasta Cezarea. Uczniowie musieli się dziwić, dlaczego idą aż tak daleko. Ale Jezus wiedział, co robi. Mogli spojrzeć z dystansu na to, co z Nim aż do tego momentu przeżyli i w czym uczestniczyli. Nigdy tam nie byli, Galileę znali, tamte okolice były im całkowicie nieznane. Zastanawiali się, po co z nimi tu przyszedł. Ważna jest nazwa miasta. Wiedzieli, że Filip, który sprawował rządy nad tym regionem, odbudował je i nazwał Cezareą na cześć cesarza rzymskiego. I Jezus specjalnie ich tu przyprowadził, aby uświadomili sobie, że są poddanymi cesarstwa i siły, które w nim rządzą mają na nich wpływ. A oni naiwni, myśleli, że mieszkając i wędrując po Galilei, służą wyłącznie Bogu, uznając w Nim swego jedynego Władcę. Wielu podzielało przekonanie, że w miejscu, w którym dużo mówi się o Bogu, chodzi się do synagogi i odmawia się modlitwy, wszyscy na pewno są Mu posłuszni. Żadne miejsce, choćby najbardziej święte, nie należy wyłącznie do Boga, a czasami wręcz przeciwnie, jest w nim więcej rządów świata i jego cezarów, niż w świecie.

Niedziela Trójcy Świętej/B, 30.05.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Pwt 4,39-40: Poznaj dzisiaj i rozważ w swym sercu, że Pan jest Bogiem, a na niebie wysoko i na ziemi nisko nie ma innego. Strzeż Jego praw i nakazów, które ja dziś polecam tobie wypełniać; by dobrze ci się wiodło i twym synom po tobie; byś przedłużył swe dni na ziemi, którą na zawsze daje ci Pan, Bóg twój.

Rz 8,14-17: Wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście Ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: Abba, Ojcze! Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa; skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale.

Mt 28,16-20: Jedenastu uczniów udało się do Galilei, na górę, dokąd Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 29.05.2021, Mk 8,25-26

25Ponownie położył ręce na jego oczy, a on przejrzał i uzdrowiony wszystko widział wyraźnie. 26Jezus odesłał go do jego domu, mówiąc: Tylko do wsi nie wchodź.

Jezus zrozumiał, że niewidomy potrzebuje ponownego dotknięcia oczu, co oznacza, że do uważnego patrzenia dochodzi się etapami. Najpierw nic nie widział, potem widział źle, niedokładnie. Wreszcie poczuł Jego ręce na swoich oczach i wtedy przejrzał. Kogo zobaczył? Jego osobę, stojącą blisko. To rodzaj widzenia najtrudniejszy do osiągnięcia: widzieć wyraźnie tych, którzy są blisko i objąć swym spojrzeniem wszystko, w czym objawia się ich obecność. Dlatego Jezus odsyła go do jego domu, do bliskich, zakazując mu wchodzenia do wsi i powrotu do sposobu patrzenia, które wcześniej mu się zdarzało: żona wróciła od fryzjera, gdzie zmieniła uczesanie, myśląc, że jej mąż zauważy jej nowy wygląd, a on – ślepy – w ogóle tego nie dostrzegł. Teraz może zobaczy, nie tylko zmianę w jej wyglądzie, ale także jej myślenie, motywy, uczucia. Wszystko to, co jest niedostrzegalne z daleka, gdy jednak stanie się blisko z przywróconym wzrokiem, da się zobaczyć: nawet maleńką mrówkę, idącą przez środek ścieżki, i się zatrzymać, żeby przeszła na drugą stronę.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 28.05.2021, Mk 8,22-24

Przyprowadzili do Niego niewidomego i błagali Go, aby go dotknął. 23Wziął za rękę niewidomego i wyprowadził go poza wieś. Kiedy zwilżył mu oczy śliną i położył na niego ręce, zapytał go: Czy coś widzisz? 24Wtedy podniósł wzrok i powiedział: Widzę ludzi, jednak patrzę, że jak drzewa chodzą.

Zaraz po tym, jak Jezus upomniał uczniów, mówiąc im ‘macie oczy a nie widzicie’, przyprowadzili niewidomego, błagając, aby go dotknął. Najpierw więc jest słowo, które mówi im ‘jesteście ślepi’, a potem zdarza się sytuacja, w której zjawia się przed nimi ktoś faktycznie ślepy. W jego zachowaniu mogą zobaczyć siebie, bo ślepota to stan umysłu. Ślepym jest ten, kto myśli, że widzi wszystko i nie potrafi sobie uświadomić, iż patrząc z daleka widzi się tylko ogólny zarys: drzewa, domy, postaci ludzi, a nie widzi się szczegółów: ptaków, ukrytych wśród liści, rozkładu pokoi w domu, kształtu twarzy i koloru oczu. Dlatego Jezus wyrywa niewidomego z mentalności wsi, gdzie każdy mówi, że wszystko widzi doskonale, i dotykając swoją śliną jego oczu, pyta ‘czy coś widzisz?’. Nie jest ono znakiem Jego niemocy, jakby nie potrafił go całkowicie uzdrowić z jego ślepoty. Jest raczej próbą pokazania, że widzenie jest zawsze ograniczone i każdy pozostaje w jakimś stopniu dotknięty ślepotą. A objawia się ona nie wtedy, kiedy ją sam odkrywa, lecz wówczas, gdy ktoś inny mówi: nie widzisz, jesteś ślepy, potrzebujesz pomocy. A wtedy on: Ja jestem ślepy? To ty jesteś ślepy i właśnie tobie trzeba otworzyć oczy. Pierwszym krokiem na drodze do uzdrowienia jest więc uznanie swej ślepoty i pozwolenie, żeby inni przyprowadzili do Tego, który uzdrawia. Drugim jest oderwanie się od tego, jak i co wszyscy widzą (na wsi myśli się, że istnieje tylko to, co oni widzą). I wreszcie trzeci krok to przyznanie, że widzi się niedokładnie, zwłaszcza ludzi chodzących jak drzewa, a nie jak czujące osoby.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 27.05.2021, Mk 8,22

22Wreszcie przybyli do Betsaidy.

Z dużym opóźnieniem przybyli do Betsaidy, dokąd wcześniej Jezus kazał uczniom odpłynąć (Mk 6,45). Po drodze wiele się wydarzyło, przede wszystkim spotkania z ludźmi zamieszkującymi terytorium pogańskie. Czy uczniowie czegoś się dowiedzieli z tych spotkań? Najpierw problem opóźnienia. Jezus ciągle zmieniał trasę podróży, przeprawiali się z jednego brzegu (żydowskiego) na drugi (pogański) i odwrotnie. Czemu to służyło? Nie robił tego specjalnie, po prostu, kierunek Jego wędrowania wyznaczali spotkani ludzie, a On poddawał się temu, gdyż był przekonany, że nad czasem ma władzę tylko Bóg. Zarządzanie czasem jest w życiu potrzebne, ale nie wszystko uda się wykonać zgodnie z planem co do minuty. Uczniowie musieli więc się nauczyć przyjmowania z pokorą kolejnych opóźnień, zwłaszcza tych, w których wędrowali z Jezusem w kierunku przeciwnym do wyznaczonego celu. Nie mieli wtedy jeszcze świadomości, że oddalając się od niego, paradoksalnie przybliżają się, gdyż wszystkie opóźnienia w czasie, jeśli są przyjęte a nie odrzucone w gniewie, służą wewnętrznej przemianie i dojrzewaniu.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 26.05.2021, Mk 8,18-21

18Macie oczy, a nie widzicie i uszy, a nie słyszycie? Nie pamiętacie już, 19 kiedy połamałem pięć chlebów dla pięciu tysięcy, ile wtedy zebraliście koszy pełnych ułomków? Odpowiedzieli Mu: Dwanaście. 20A gdy rozdałem siedem chlebów dla czterech tysiący, ile zebraliście koszy pełnych ułomków? Odpowiedzieli: Siedem. 21I mówił im: Jeszcze nie rozumiecie?

Jezus cytuje słowa proroka Jeremiasza, skierowane do całego ludu Izraela. Zarzuca mu, iż w ocenie swojej sytuacji życiowej w ogóle nie uwzględnia obecności Boga i możliwości Jego działania. Nazywa go ludem głupim i niemającym serca zdolnego do rozumienia (Jr 5,21-23). Uczniom wydawało się, że mogą się one odnosić tylko do tych na zewnątrz (Mk 4,10-12), a nie do nich. Nie spodziewali się, że właśnie ich, idących za Nim, tak surowo oceni i zrówna z tłumami, które niczego z Jego nauki nie pojmują. Usłyszeli takie słowa od kogoś, komu powierzyli swoje życie. Ale Jezus wie, że ich niezrozumienie jest inne niż tamtych, gdyż polega na niezdolności powiązania bycia głodnym z Jego obecnością. Zmartwienie, spowodowane głodem, który pojawia się regularnie, jest troską trwałą, jak osad na dnie naczynia. Nie wiążą go z inną osobą, bo zwykle sami próbują go zaspokoić, stąd zapobiegliwość, aby mieć zawsze pod ręką coś do jedzenia. Teraz nie mają nic i nie potrafią pomyśleć, że przecież On może ich nakarmić, skoro dwukrotnie zaspokoił głodne tłumy. Małe dziecko nie jest w stanie samemu zaspokoić swego głodu, jest zależne od matki. Oni nauczyli się, że pracując od nikogo nie muszą być zależni, bo sami mogą zabezpieczyć sobie jedzenie. Jednak nie zawsze, głód bowiem rozszerza się na inne potrzeby, a wraz z nimi rozrasta się troska jak chwast na polu, w której nie widzi się drugiego i nie słyszy się jego głosu. Życie we wzajemnej trosce zamienia się w istnienie niezależnych od siebie bytów, pochłoniętych samo-konsumpcją.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 25.05.2021, Mk 8,16-17

16Oni tymczasem dyskutowali między sobą o tym, że nie mają chleba. 17Jezus zauważył to i rzekł do nich: Dlaczego dyskutujecie o tym, że nie macie chleba? Czemu wciąż nie rozumiecie i nie pojmujecie? Wasze serca są aż tak zatwardziałe?

Jezus mówi im o niebie, a oni dyskutują o chlebie. Niebo nie jest u góry, lecz w myślach, kiedy ktoś zadaje sobie pytanie, kim naprawdę jest: czy zjadaczem chleba, czy kimś więcej. Dyskusja o chlebie musiała być ostra: kto zawinił, że nie mają chleba, gdyż jeden bochenek dla kilkunastu głodnych mężczyzn się nie liczy. Przerażająca wizja: zostali bez jedzenia. Jezus nie tłumaczy im, że choć niewiele, jednak mają co jeść, lecz uderza w ich myślenie, bo właśnie w głowie powstają najczarniejsze scenariusze przyszłości, często całkowicie oderwane od tego, co rzeczywiście się dzieje. Zarzuca im, że w swoim strachu z powodu braku chleba, pomijają nie tylko Jego osobę, lecz także samych siebie. W tym niezrozumieniu, co jest teraz, odkrywa przed nimi zatwardziałość ich serc. Jeszcze nie są głodni, a już przewidują, co się stanie, gdy będą musieli się zadowolić tylko małym okruchem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 24.05.2021, Mk 8,14-15

14Zapomnieli oni wziąć chleba i mieli ze sobą w łodzi tylko jeden bochenek. 15Wtedy im nakazał: Uważajcie. Wystrzegajcie się zakwasu faryzeuszów i zakwasu Heroda.

Uczniowie przysłuchiwali się z zainteresowaniem dyskusji Jezusa z faryzeuszami, ale myśleli, że ich ona nie dotyczy, bo przecież oni są Jego uczniami, a nie jak tamci, którzy szukają jedynie okazji, żeby Go wystawić na próbę. Byli przekonani, że pytania faryzeuszów nie mają żadnego dostępu do ich myślenia. Chyba się bardzo mylili, gdyż Jezus, kiedy wsiedli do łodzi i odkryli, że zapomnieli wziąć wystarczającej ilości chleba, mając przy sobie tylko jeden bochenek, ostrzegł ich właśnie przed tym, czego się domagali od Niego faryzeusze i co o Nim myślał Herod. Dla nich to coś nowego. Wydawało im się, że oni, idąc za Nim, nie mają z nimi nic wspólnego. Dlaczego zatem tak bardzo się przejmują, że mają tylko jeden chleb? Jezus musiał sobie odpowiedzieć na pytanie, czy pozwolić, aby to faryzeusze decydowali przez swoje oczekiwania, kim ma być, a dla nich ważniejsze jest to, czy starczy im chleba. Dramatyczne jest to zderzenie wewnętrznego problemu Jezusa, który musi określić swoją relację do Boga, ze zmartwieniem uczniów o to, czy będą mieli co jeść. Są dalej od Niego niż myśleli.

Zesłanie Ducha Świętego/B, 23.05.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 2,1-4:Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki ognia, które się rozdzielały, i na każdym z nich spoczął jeden. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić.

Ga 5,19-23: Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, bałwochwalstwo, czary, nienawiść, spory, zawiść, gniewy, pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą. Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa

J 15,26-27; 16,12-13: Jezus powiedział do swoich uczniów: Gdy przyjdzie Paraklet, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca pochodzi, On zaświadczy o Mnie. Ale wy też świadczycie, bo jesteście ze Mną od początku. Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz znieść nie możecie. Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko, cokolwiek usłyszy i oznajmi wam rzeczy przyszłe.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 22.05.2021, Mk 8,12-13

12A On westchnął głęboko w duchu i powiedział: Dlaczego to pokolenie szuka znaku? Zapewniam was: Żaden znak nie będzie dany temu pokoleniu. 13Opuścił ich, znowu wsiadł do łodzi i odpłynął na drugi brzeg.

Faryzeusze błędnie rozumieją znaki, myślą bowiem, że będą one widoczne na zewnątrz i swoją siłą zmuszą wszystkich do uznania prawa Bożego, które oni starają się przestrzegać. To błędne myślenie jest powszechne i stanowi pogląd na życie, który podzielają wszyscy. Nie potrafią odnaleźć w sobie żadnego wewnętrznego impulsu do zmiany swego postępowania. Sądzą, że mogłoby się to stać jedynie pod przymusem zewnętrznych okoliczności. Jezus czuje głęboko, że jeśli nawet jakieś wydarzenia zmuszą kogoś do zmiany, to będzie ona krótkotrwała i powierzchowna. Dlatego mówi im, że żaden znak nie będzie im dany. Jeśli ktoś tworzy ze swoich przekonań mur obronny przed innymi i nie dopuszcza do swego wnętrza nikogo, także samego siebie, to nic go nie poruszy, wszystko będzie się od niego odbijać jak od ściany. Jezus przyznaje to ze smutkiem, nie z gniewem. Opuszcza ich i przeprawia się na drugi brzeg, nie chce bowiem być tym, kto na siłę stara się kogoś zmienić.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 21.05.2021, Mk 8,11

11Wtedy wyszli faryzeusze i zaczęli z Nim dyskutować. Domagali się od Niego znaku z nieba, wystawiając Go na próbę.

Kiedy Jezus wraz z uczniami znalazł się na terytorium żydowskim, zaraz przyszli do Niego faryzeusze. Z jakim problemem? Bezwarunkowe otwarcie się na pogan bez żądania od nich, aby przyjmując obrzezanie, stali się Żydami, było dla nich nie do zaakceptowania. Byłoby to możliwe tylko na końcu czasów, gdy przyjdzie zapowiedziany Mesjasz i ustanowi królestwo Boże nad wszystkimi narodami. Dlatego żądają od Niego znaku z nieba, czyli znaku końca historii, który by potwierdził, że właśnie On jest tym Mesjaszem. Oczywiste, że wystawiali Go na próbę, gdyż na horyzoncie żadnych znaków końca nie widać i wszystko toczy się normalnie. Argumenty faryzeuszów są przekonujące, odzwierciedlają bowiem ich realistyczne i zdroworozsądkowe podejście do życia. W świecie rządzą inne siły, nie Bóg. Jedynie we wspólnocie żydowskiej działa On przez prawo, które należy przestrzegać. Poganie go nie znają i mogą zniszczyć żydowski styl życia od wewnątrz. Można ich przyjąć, ale pod warunkiem, że staną się Żydami. Czyż to nieprzekonujące? Ale to oznacza, że mogę być w bliskich relacjach z tobą, o ile staniesz się do mnie podobny i przejmiesz mój sposób postępowania: jeśli jesteś kobietą, to musisz zachowywać się jak mężczyzna, nie wpadać w histerię i nie pozwalać sobie na wybuchy emocji; jeśli jesteś dzieckiem, nie możesz wariować i robić głupich rzeczy; jeśli jesteś innej religii lub kultury, musisz przyjąć moją wiarę albo przynajmniej moje wartości. Co kryje się za taką postawą? Strach, że inność drugiego mnie pochłonie i zniszczy. Co więc faryzeusze mają w środku? Nic, mają tylko zewnętrzne prawo, które ma ich chronić przed obcymi i maskować ich wewnętrzną pustkę.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 20.05.2021, Mk 8,8-10

8Zjedli i nasycili się, a resztek, które pozostały, zebrano siedem koszy. 9Było tam około czterech tysięcy. Po odesłaniu ich, 10 natychmiast wsiadł do łodzi razem ze swoimi uczniami i przybył w okolice Dalmanuty.

Czy istnieje jakaś miara zewnętrzna, dzięki której wiadomo, że ktoś zaspokoił swój głód? Może rzeczywiście dałoby się ustalić ilość pożywienie, po zjedzeniu którego ktoś nie powinien już być głodny. Ale chyba to tak nie działa, gdyż zaspokojenie głodu nie zależy tylko od ilości jedzenia, lecz od wielu innych czynników. Kiedy Jezus ze współczucia rozdawał wszystkim chleb i ryby, oni jedli aż się nasycili i pozostawili resztki. Sytość jest wewnętrzną miarą zaspokojenia głodu, która nie mówi, że ktoś więcej już nie zmieści albo że z przejedzenia zaraz się rozchoruje. Sytość jest poczuciem pełni, które objawia się w momencie, gdy ktoś w tym, co otrzymuje, doświadcza obecności tego, kto daje. To wie każde niemowlę karmione przez matkę. Robot może podać butelkę z mlekiem, dziecko się naje, ale nie nasyci, bo wraz z pokarmem potrzebuje obecności karmicielki. Podobnie stało się z ludźmi, których Jezus karmił na pustkowiu. Sytość nie dotyczy jedzenia, lecz troskliwej, macierzyńskiej obecności. Dając im siebie w kawałkach chleba, mógł ich odesłać, bo zabrali ze sobą Jego bliskość, która będzie im towarzyszyć. To rodzaj więzi, która nie przywiązuje do siebie, lecz budzi nadzieję, że Ktoś zna ludzkie potrzeby i potrafi je zaspokoić. Odpłynięcie łodzią z uczniami w inne miejsce nie zrywa jej, przeciwnie, otwiera nowy etap drogi za Nim.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 19.05.2021, Mk 8,6-7

6I polecił tłumowi usiąść na ziemi. Wziął te siedem chlebów, odmówił modlitwę dziękczynną, połamał i dawał swoim uczniom, aby je rozdawali. I rozdali tłumowi. 7Mieli też kilka rybek. Odmówił nad nimi błogosławieństwo i polecił je rozdać.

Jezus traktuje pogan tak samo jak Żydów, zapraszając ich na ucztę. To skromny posiłek, ale najważniejsze jest dopuszczenie ich do wspólnoty stołu. Na terytorium pogańskim, gdzie wszyscy są dla siebie obcy, przyjmuje ich u siebie i staje się dla nich domem, w którym mogą się poczuć bezpieczni i zaopiekowani. Jest gościnny, nie tylko dla swoich, dla obcych też. Każe im usiąść na wyjałowionej ziemi pogańskiej, która nie daje pokarmu, On im go daje. Kiedy bierze siedem chlebów, które uczniowie mieli w zapasie (dla siebie), odmawia modlitwę dziękczynną. Dziękuje Bogu. Za co? Za chleb. Ale również za tych ludzi, którzy przez trzy dni trwali przy Nim. Wierzy bowiem, że w sferze ludzkich potrzeb, zwłaszcza w pragnieniu bycia bezwarunkowo zaakceptowanym, Bóg nie uznaje żadnych podziałów na swoich i obcych, na wierzących i pogan. Dzieląc chleb i przez uczniów rozdając go tłumowi, przekazuje im dar od Boga i Jego troskę o każdego z nich. Ale uczniowie mieli też kilka rybek, które wcześniej złowili – to ich własne zasoby. Jednak Jezus nie zostawił ich dla nich. Także nad nimi odmówił błogosławieństwo i polecił je rozdać. Nauczył ich, że podobnie jak z Żydami, również z poganami należy dzielić się wszystkim, nie robiąc między nimi żadnej różnicy.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 18.05.2021, Mk 8,4-5

4Uczniowie odpowiedzieli: Skąd tu na pustkowiu może ktoś nakarmić ich chlebem? 5Zapytał ich: Ile macie chlebów? Odpowiedzieli: Siedem.

Uczniowie zachowują się tak, jakby wcześniej nie było żadnego nakarmienia tłumów (6,35-44), ale Jezus nie czyni im żadnych wyrzutów. Głód bowiem, gdy nie ma co jeść, zawsze jest nowy: wcześniejsze najedzenie się do syta w niczym nie pomaga. Uczniom trudno to zrozumieć, bo mają zawsze jakiś zapas chleba; są zapobiegliwi i sytość jest na wyciągnięcie ręki. Od tamtego pierwszego wydarzenia w nich nie zmieniło się nic, zmieniły się tylko zewnętrzne okoliczności, w których odpowiadają Jezusowi. Wtedy kazali Mu odesłać tłumy dla zakupienia żywności w pobliskich wioskach, tu, wszędzie jest daleko, a wielu po trzech dniach bycia z Nim musiało być osłabionych. Ta sytuacja ich przerasta. Tym bardziej, że nie mają w sobie współczucia, z którym On widział ich położenie. Dla nich ci ludzie to jedynie problem, na który nie mają rozwiązania, choć jest ono w ich zasięgu. Jezus wiedział, że uczniowie mają zapas chleba, ale wyłącznie dla siebie, dla innych nie starczy. Głód, jak zresztą każda aktualna potrzeba, wymazuje pamięć. Zapomnieli, że wówczas pięcioma chlebami nakarmił pięć tysięcy. Teraz mają siedem. Za mało, aby nakarmić tłum. Ale on się nie rozproszy, nie odejdzie, bo nie ma dokąd. To trwała obecność, od której nie uciekną.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 17.05.2021, Mk 8,1-3

1W owych dniach znów pojawił się wielki tłum i nie mieli co jeść. Przywołał więc uczniów i powiedział im: 2Współczuję tym tłumom, gdyż już trzy dni pozostają ze Mną, a nie mają co jeść. 3A jeśli ich odeślę głodnymi do ich domów, zasłabną w drodze: niektórzy z nich przybyli bowiem z daleka.

Jezus pozostał na terenach zamieszkanych w większości przez pogan i właśnie oni w wielkiej liczbie zaczęli się wokół Niego gromadzić. Uczniowie bacznie Go obserwowali, bo sami nie wiedzieli, jak się zachować wobec tego pogańskiego tłumu. Uzdrowienie jednego poganina można zaakceptować, ale co zrobić z wielkim tłumem. Jezus uprzedza ich myślenie i wkracza w ich niepewność. Zanim oni zdecydują, jak się do nich odnieść, pierwszy wyraża swoje odczucia wobec nich. A są one takie same jak wobec Żydów, którzy przybyli do Niego na pustkowie, aby słuchać Jego nauki (Mk 6,34). Jak tamtym, tak również tym okazał swoje głębokie współczucie. Ten sam żal, choć inny jego motyw. Tamtym współczuł, że byli jak owce niemające pasterza, tym, że już trzy dni z Nim pozostają, a nie mają co jeść. I ta wytrwałość bycia przy Nim, aby jak głuchoniememu przywrócił im zdolność słuchania i wyrażania siebie, poruszyła Jego serce. W tym pragnieniu odzyskania siebie prawdziwego nie ma podziału na Żydów i pogan, bo jest ono najgłębszą potrzebą każdego człowieka. Ten rodzaj głodu jest uniwersalny. Jezus wie, że jeśli go nie zaspokoi, to wracając do swoich domów, zasłabną w drodze, zwłaszcza ci, którzy przyszli z daleka. Zaryzykowali prawdę swego życia i On nie może ich zawieść.

Wniebowstąpienie Pańskie/B, 16.05.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 1,6-8:Zapytywali Go zebrani: Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela? Odpowiedział im: Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi

Ef 4,1-3: Zachęcam was ja, więzień w Panu, abyście postępowali w sposób godny powołania, do jakiego zostaliście wezwani, z całą pokorą i cichością, z cierpliwością, znosząc siebie nawzajem w miłości. Usiłujcie zachować jedność Ducha dzięki więzi, jaką jest pokój.

Mk 16,19-20: Po rozmowie z nimi Pan Jezus został wzięty do nieba i zasiadł po prawicy Boga. Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.05.2021, Mk 7,35-37

 35Natychmiast otworzyły się jego uszy i zostały rozwiązane więzy jego języka, tak że mógł poprawnie mówić. 36I przykazał im, aby nic nikomu nie mówili, ale im bardziej zakazywał, tym więcej oni głosili. 37Pełni podziwu mówili: Wszystko dobrze uczynił. Sprawił, że głusi słyszą, a niemi mówią.

Uzdrowienie dokonuje się natychmiast, bo nie odnosi się do fizycznych organów ciała, lecz wyraża zmianę w stosunku do samego siebie, która zmienia także jego postawę wobec innych. Zapytany: Co ci jest? Nie odpowie: Nic, wszystko w porządku. Przestanie być kimś, kto jest tak wycofany i stłumiony, że nie ma odwagi się w ogóle odzywać. Bycie głuchym i niemym jest powszechną chorobą i dotyka tych, którzy noszą w sobie trudne doświadczenia. W głuchoniemym otwiera się droga do jego wewnętrznego świata. Słyszy w sobie to, czego dotąd nie chciał dopuścić do głosu i bez lęku przed oceną zaczyna wyrażać to, co jest w nim prawdziwe, nie udając kogoś innego. Zakaz rozgłaszania jest częścią tego uzdrowienia. Głuchoniemy i ci, którzy będą się z nim spotkać, nie mają opowiadać, że coś się w nim zmieniło, gdyż nie jest to jednorazowe wydarzenie. Zamiast głosić z podziwem, że uczynił On wspaniałe rzeczy w innych, każdy powinien wejść na drogę odkrywania siebie. Głoszenie ewangelii może być obłudne, jeśli nie dotyka wewnętrznych problemów.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 14.05.2021, Mk 7,33-34

33Odprowadził go na bok, z dala od tłumu i na osobności włożył palce w jego uszy, wziął ślinę i dotknął jego języka. 34Spojrzał w niebo, zaczął wzdychać i powiedział do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się!

Wyprowadzony przez Jezusa z dala od tłumu, głuchy i niemy, który zawsze był z tłumem i nie umiał poza nim funkcjonować, po raz pierwszy miał możliwość być tylko i wyłącznie z sobą. Na pewno miał chwile samotności, ale nawet wtedy był z tłumem w swoim myśleniu, oczekiwaniach, pretensjach, z sobą – nigdy. Dlatego Jezus wkłada palec do jego uszu i dotyka jego języka, uświadamiając mu, że słuch i zdolność mówienia to w pierwszym rzędzie organy wewnętrzne, do komunikacji z samym sobą. Strach przed samotnością popychający do bycia w powierzchownych relacjach z innymi, jak ze znajomymi w tłumie, nie uwolni od niej, ale z Nim jest to możliwe. Jezus wykonuje siedem czynności, cztery wobec niego i trzy w sobie. Wobec niego: zabiera go na osobność, wkłada palce w jego uszy, bierze ślinę i dotyka jego języka. Czy głuchoniemy wtedy coś czuje? Owszem, że jest kimś odrębnym i w swoim myśleniu i uczuciach nie może się rozpłynąć w anonimowej masie ludzi, i że uszy służą przede wszystkim do słuchania siebie (Mk 4, 9). A co ze śliną? Plunięcie w twarz wyraża wstręt do kogoś i oznacza wyłączenie go ze wspólnoty (tak została potraktowana Miriam, dotknięta trądem w Lb 12,14). Jezus nie pluje w twarz głuchoniememu, lecz swoją śliną dotyka jego języka, aby przestał myśleć/mówić o sobie źle, potępiając się. Może mieć dużo obrzydzenia do tego, kim jest w środku i dlatego nie chce słuchać głosów wewnątrz, uciekając w dźwięki przychodzące z zewnątrz. Dotknięcie śliną jego języka przemaga jego wstręt do samego siebie. A teraz trzy czynności, w których Jezus objawia głuchoniememu swoją obecność. Najpierw spojrzenie w niebo, które mówi mu, że w byciu odrębnym nie jest się wrzuconym w otchłań samotności, lecz jest się zawsze z Kimś, kto u góry czuwa. Wreszcie, głęboki, wewnętrzny jęk, w którym Jezus odczuwa to, czym brzydzi się w sobie głuchoniemy, by w końcu wypowiedzieć: Effatha, otwórz się. To, czego ktoś nie akceptuje w sobie i tym się brzydzi, nie da się wyrazić, jakby było jękiem w obcym języku (Effatha to słowo w języku aramejskim), które trzeba przełożyć na coś zrozumiałego dla samego siebie i dla innych. Właśnie w tej zdolności wyrażania tego, co niewyrażalne, bo traktowane z obrzydzeniem, odbywa się proces dochodzenia do siebie i spotkania się ze sobą w pełni.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 13.05.2021, Mk 7,32

32Wtedy przyprowadzili do Niego głuchego, mającego trudności z mówieniem i prosili Go, aby położył na niego rękę.

Tłumy żydowskie słuchały przypowieści Jezusa nad morzem, ale niewiele z tego rozumiały. Uczniowie też nie rozumieli, lecz prosili Go o wyjaśnienie (4,10) i pomimo, że je otrzymali i tak trudno było im je pojąć. A co z poganami? Słyszeli o Jezusie od uzdrowionego z Gerazy, ale są jak głuchy i niemy, którego przyprowadzili, aby położył na niego rękę, ufając, że to go uzdrowi. Dla Żydów religia polega na słuchaniu prawa i wypełnianiu go. Dla pogan religia nie ma nic wspólnego ze słuchaniem, dlatego nie próbują nawet sięgać po Pismo, a nawet, gdy to zrobią, zaraz je odkładają, bo widzą wyłącznie czarne litery. Są głusi, gdyż nie słyszą żadnego głosu, który przemawia z kart Pisma. Są też niemy, bo mają trudności z dokładnym jego odczytaniem. Dla Jezusa to żadna przeszkoda, najważniejsze, że przyszli do Niego i chcą uzdrowienia, choć nie wiedzą jeszcze, na czym ono będzie polegało. Przestali się oszukiwać. Odkryli, że jeśli ktoś słyszy tylko zewnętrzne dźwięki, a nie słyszy tego, co ma wewnątrz, to w istocie jest głuchy. Jest także niemy, gdy wypowiada potoki słów o świecie i innych osobach, a nie potrafi wyrazić tego, co przeżywa w środku i zapytany, co się z tobą dzieje, odpowiada – nic.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 12.05.2021, Mk 7,31

31Znowu wyszedł z okolic Tyru i przeszedł przez Sydon w kierunku Morza Galilejskiego, wchodząc na terytorium Dekapolu.

Jezus nigdy nie był na terenach Dekapolu (10 miast greckich), które zamieszkiwali poganie, ale tam właśnie uzdrowiony z Gerazy, głosił dobrą nowinę o tym, co Jezus dla niego uczynił, gdy wyrzucił z niego ducha nieczystego (5,20). Wybrał więc okrężną drogę właśnie tamtędy, aby się dowiedzieć, czy jego głoszenie przyniosło jakieś efekty. Poza tym, wędrowanie wzdłuż granicy między światem żydowskim i pogańskim i jej przekraczanie, było potrzebne Jego uczniom. Pewnie myśleli, że spotkanie z Syrofenicjanką to odosobniony incydent, który już się nie powtórzy, gdyż poganie nie są przygotowani, żeby w Niego uwierzyć. Może poczuli się zgorszeni, że Jezus przyjął jej argumenty, nie stawiając jej żadnych warunków i włączył ją do grona swoich uczniów. Nie zdumiało ich, że kierując się w stronę Morza Galilejskiego, powołuje pogan tak samo jak ich na początku (1,16)? Zrównanie ich z poganami musiało być dla nich bolesne: bycie Żydami nie czyni ich lepszy – w swoich ludzkich potrzebach i słabościach są równi. Musieli sobie odpowiedzieć na pytanie: Czy Jezus przyszedł wyłącznie do Żydów, czy również do pogan, których uważali za nieczystych? Stosunek do Boga może być źródłem podziałów między ludźmi, zwłaszcza gdy ktoś czuje się przez to wyróżniony i zaczyna patrzeć na innych z góry.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 11.05.2021, Mk 7,29-30

29Powiedział jej: Ze względu na to słowo, idź, demon wyszedł z twojej córki. 30Kiedy powróciła do swego domu, znalazła dziecko leżące na łóżku, a demon wyszedł.

Jezus nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Zdumiała Go jej reakcja. Powstała z klęczek i weszła z Nim w dyskusję, podając argumenty, które spowodowały, że zmienił swoje zdanie. Żaden z uczniów nie podjął z Nim takiej rozmowy, którą prowadziła ona – pogańska kobieta. Nie skupiła się na obraźliwym nazwaniu jej samej i jej córki szczeniętami, lecz na obrazie rodziny, w której wszyscy są razem i spożywają posiłek. Dla niej wystarczyły okruchy spadające z ich stołu. Lepsze okruchy w bliskiej więzi z innymi niż ucztowanie wśród ludzi, z których każdy myśli o sobie i nie przejmuje się losem drugiego (Lepszy kęs suchego chleba i beztroski spokój niż uczty z ofiarnych pokarmów połączone z kłótnią, Księga Przysłów 17,1). Jezus nie podkreśla jej wiary, bo jest ona dopiero na początku drogi do niej, ale przez swoją odpowiedź już na nią weszła. Czy coś zmieniło się w jej stosunku do swego dziecka? Przedtem chciała tylko przy Jego pomocy odzyskać kontrolę nad swoją córką, a teraz obie należą do Jego wspólnoty i nie muszą już walczyć ze sobą. Zrozumiała, że nie musi ‘ogarniać’ wszystkiego w swoim domu, lecz poddając się Jemu, robi miejsce dla swej córki, która bez presji z jej strony może poczuć się beztrosko.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 10.05.2021, Mk 7,27-28

27Mówił do niej: Pozwól najpierw najeść się dzieciom, bo nie wypada zabierać chleb dzieciom i rzucać go szczeniętom. 28Ona odpowiedziała: Panie, przecież i szczenięta zjadają pod stołem to, co nakruszą dzieci.

Wtargnięcie kobiety do domu, gdzie siedział przy stole z uczniami, Jezus odebrał jako chęć przerwania jego spotkania z rodziną, która zaprosiła ich na posiłek. Wyczuł, że zależy jej bardziej na Jego mocy uzdrawiania niż na Jego osobie. Gdy uczyni to, o co Go prosi, odejdzie do siebie i zapomni o Tym, który jej pomógł. Jezus nie uważa siebie za maszynę do robienia cudów, lecz za Tego, kto przyszedł włączyć do wspólnoty swoich uczniów tych, którzy czują się zagubieni i rozproszeni, jak owce niemające pasterza. Dlatego uświadamia jej, iż spełnienie jej prośby to zabranie dzieciom chleba zanim one się najedzą i rzucenie go szczeniętom. Czy uzna ona wskazaną przez Niego różnicę między swoim pogańskim sposobem życia, gdzie każdy dąży do tego, aby być silnym i zaradnym a żydowskim, w którym przy wszystkich niewłaściwych zachowaniach chodzi o bycie razem i tworzenie między sobą bliskich więzi? Chyba zaskoczyła Go, bo On mówił o szczeniętach, którym rzuca się chleb na zewnątrz, a ona umieściła je w domu, pod stołem, przy którym jadają dzieci i gdzie spadają okruchy z ich posiłku. Czy od początku tak myślała? Nie. Zmieniła swój stosunek do Niego, patrząc, jak ważne jest Jego bycie z uczniami i z rodziną, która udzieliła Mu swej gościny. Jako poganka zapragnęła być częścią tej wspólnoty.

6 Niedziela Wielkanocna/B, 09.05.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 10,24-26:Kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do stóp i oddał pokłon. Piotr podniósł go ze słowami: Wstań, ja też jestem człowiekiem. Wtedy Piotr przemówił: Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.

1 J 4,7-10: Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy.

J 15,12-15: To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni jego pan, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 08.05.2021, Mk 7,25-26

Nie jednak mógł pozostać w ukryciu, 25gdyż zaraz usłyszała o Nim pewna kobieta, której córka miała ducha nieczystego. Przyszła więc i upadła do jego stóp.26A kobieta ta była poganką, Syrofenicjanką z pochodzenia. Prosiła Go, aby wyrzucił demona z jej córki.

Niestety, Jezus, który przyszedł w te okolice ze swoimi uczniami, nie mógł pozostać niezauważony, ale nie wzbudził większego zainteresowania wśród mieszkających tu pogan. Może wielu o Nim słyszało, lecz nie czuli wcale potrzeby, aby Go szukać i się z Nim spotkać. Mieli bowiem własne sprawy, które ich całkowicie pochłaniały. Był jeden wyjątek. Usłyszała o Nim pewna kobieta z sąsiedztwa, która miała duże problemy z córką. Nie mogła się z nią w ogóle porozumieć. Musiała mieć ducha nieczystego, a ten nie tylko oddziela, lecz nie pozwala słuchać, odrzucając wszelkie rady i argumenty. Kiedy przyszła do Jezusa, upadła do Jego stóp. Co chciała przez ten gest wyrazić? Wiarę w Jezusa? Nie. Przekonanie o Jego nadzwyczajnej mocy? Pewnie tak. Była przecież poganką, wychowaną w kulturze greckiej i w religijności swego narodu, z którego pochodziła. Bezsilna wobec swojej córki, z którą nie potrafiła sobie poradzić, prosi właśnie Jego, aby użył swojej wyjątkowej siły i wyrzucił z niej demona, który całkowicie nią zawładną i ją od niej oddzielił. Szuka w Jezusie tego, czego jej samej brakuje – siły. Na tym polega jej pogańska religijność, którą przenosi na Niego. Straciła kontrolę nad swoją córką i oczekuje od Niego, że pomoże ją odzyskać. Kiedy ktoś ma problem z drugim, zachowuje się podobnie. Szuka sposobów, żeby skłonić, a nawet zmusić go do zmiany, włączając w to Boga, który ma być jedynie narzędziem w przywróceniu władzy nad nim. I tak religia może służyć zniewalaniu innych.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 07.05.2021, Mk 7,24

24Powstał stamtąd i odszedł w okolice Tyru. Kiedy wszedł do domu, nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział.

Jezus chyba musiał mieć dość obłudy ludzi religijnych, którzy ciągle szukają jakiś skaz na zewnątrz siebie i nie potrafią spojrzeć w głąb swego wnętrza, w złe myśli, pojawiające się przecież nieustannie w różnych sytuacjach codziennego życia. Dlaczego jednak odszedł aż w okolice Tyru, które zamieszkują w większości poganie, a nieliczne rodziny żydowskie żyją wśród nich w diasporze? Może myślał, że życie wśród pogan jest bardziej prawdziwe, niż zamknięcie się w religijnym getcie, oddzielonym od nich. Ich obecność i sposoby postępowania, różniące się od żydowskiego, mogą stanowić codzienne wyzwanie, aby uzasadnić swoją wiarę i poddać ją praktycznej weryfikacji. Zapewne z tego powodu odwiedził jedną z takich rodzin, przyjmując jej wcześniejsze zaproszenie. Nie chciał, aby ktokolwiek o tym wiedział, gdyż nie przyszedł tam, aby czynić cuda lub nauczać. Jezus nie widzi siebie jako zawodowego cudotwórcę lub religijnego nauczyciela: ‘wypasiona’ religijność, w skrupulatnym usuwaniu wszelkich zewnętrznych nieczystości, nie jest Jego celem. Wszystko, co robi, traktuje jako drogę do pełni dojrzałego człowieczeństwa. Właśnie temu służyło ukrycie w domu, gdzie w bliskich relacjach sprawdza się, jaką ktoś jest osobą.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 06.05.2021, Mk 7,22-23

21Z serca człowieka wychodzą złe myśli: 22podstęp, wyuzdanie, zawiść, bluźnierstwo, pycha, głupota. 23Całe to zło wychodzi na zewnątrz i czyni człowieka nieczystym.

Lista Jezusa obejmuje także 6 złych intencji, które rozwijane są wewnątrz. Polegają one na obmyślaniu różnych sposobów traktowania innych jako narzędzi do osiągnięcia własnych korzyści. Można nigdy nie być całkowicie szczerym w relacjach z ludźmi, pozostawiając sobie możliwość działania przeciwko nim (podstęp). Takie nieszczere postępowanie może być obecne w relacjach między mężczyznami i kobietami, w których ktoś wykorzystuje drugiego do zaspokojenia swego pożądania, a nie do budowania z nim głębszych więzi (wyuzdanie). Na odnoszenie się do innych wpływa również myślenie, że komuś powodzi się lepiej i trzeba wszystko zrobić, żeby miał gorzej (zawiść). Stąd biorą się oszczerstwa, które czyjeś dobre czyny nazywają złem (bluźnierstwo). Tak właśnie o Jezusie mówili faryzeusze w 3,22-30. W całym tym myślowym procesie pomniejszania innych, nie zawsze sobie uświadamianym, siebie samego stawia się w centrum i ponad innymi: drugi w każdej sytuacji jest poniżej (pycha). Wreszcie na końcu pojawia się głupota. Wieńczy ona listę złych czynów i wewnętrznych dyspozycji, określając styl życia. ktoś nią dotknięty nie może się zmienić, bo swoje myślenie kieruje zawsze przeciwko innym, nigdy przeciwko sobie. Głupota strzeże przed wglądem w siebie i dlatego jest niepokonalna. Jeśli nawet ktoś jest wykształcony a nigdy nie zastanawia się nad swoim postępowanie i nie potrafi się przyznać do żadnego błędu, to choruje na tę nieuleczalną przypadłość. Obraca się między ludźmi, ale nie potrafi nawiązać z nimi żadnej bliskiej więzi. 12 złych myśli (tyle, ilu apostołów), które wypełniają serce i wychodzą na zewnątrz. Niszczą one wszystkie relacje z Bogiem i bliźnimi, bo są rodzajem nieczystości, która całkowicie oddziela od innych, uniemożliwiając nawiązanie z nimi jakiejkolwiek bliskości.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 05.05.2021, Mk 7,21-22

21Z serca człowieka wychodzą złe myśli: rozpusta, kradzieże, zabójstwa, 22cudzołóstwa, chciwość, przewrotność

Zamiast obserwowania zachowań innych ludzi, Jezus wzywa swoich uczniów do uważnego przypatrywania się swoim myślom, w których ukrywają się złe intencje. Najpierw wymienia 6 złych czynów. Musieli być tym zaskoczeni, ponieważ każdy wie, że myśli to nie czyny. I właśnie na tym polega pułapka, którą każdy zastawia na samego siebie. Nikt przecież nie szuka źródeł swego złego postępowania w swoich myślach, zwykle upatruje je w zewnętrznych okolicznościach, które traktuje jako rodzaj przymusu. Mężczyzna zachowuje się niewłaściwie wobec kobiet (rozpusta), bo ubierają się wyzywająco i nie może im się oprzeć. Ktoś zabiera czyjąś własność, bo nikt nie widzi i nie skorzystać z takiej okazji, to byłby dopiero grzech. Nikt także nie chce nikogo krzywdzić (zabójstwa), ale kiedy ktoś (np. dzieci lub kobiety) zdenerwuje spokojnego człowieka, nie ma on innego wyjścia, tylko uderzyć, przywołując do porządku. Oczywiście, nikt nie chce zdradzić swego współmałżonka (cudzołóstwo), ale spotkanie przebiegało w tak miłej atmosferze i było tyle wzajemnego zrozumienia, że nie mogło inaczej się skończyć. Czyż więcej pracować (kosztem czasu dla rodziny), żeby mieć wygodniejszy dom lub lepszy samochód (chciwość) to grzech? Wiadomo, że uczciwością i szczerością nic się nie osiągnie, w kombinowaniu i manipulowaniu (przewrotność) więc nie ma nic złego. Wszystkie te zachowania mają swój początek w złych myślach. Jeśli ktoś nie zobaczy ich w swoim sercu i nie zacznie się z nich oczyszczać, przyzwyczai się do nich i będą one rządzić jego życiem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 04.05.2021, Mk 7,20

20I mówił dalej: Co wychodzi z człowieka, to właśnie czyni go nieczystym. 21Z wnętrza, z serca człowieka wychodzą złe myśli

Trzeci raz Jezus mówi uczniom, że to, co wychodzi z człowieka, czyni go nieczystym. Ile razy musi to powtarzać, żeby każdy wbił to sobie mocno do głowy? Codziennie przecież kilka razy spożywają posiłki, codziennie też mają wiele okazji do spotkań się z ludźmi, podczas których, często bezwiednie, obserwują uważnie, oceniając ich zachowanie. I zwykle, nie pamiętają, aby odwrócić od nich swe spojrzenie i popatrzeć na złe myśli, które wtedy wychodzą z ich wnętrza. Jezus nie mówi o jakichś myślach, lecz o złych, które są zawsze. Przed każdym posiłkiem, każdy myje dokładnie naczynia, na których będzie je spożywał. Czy ktoś będzie jadł z brudnego talerza, używanego wielokrotnie, bez umycia go? Nie! Dlaczego więc spotyka się z drugim, mając brudne, nieoczyszczone wnętrze? Obłudniku, starasz się jeść zdrowe jedzenie na czystych naczyniach, a wchodzisz w relacje z innymi, mając złe myśli w sercu? Zacznij je czyścić tak dokładnie, jak zmywasz talerze, codziennie, przy każdym spotkaniu. Jeśli nie będziesz tego robił codziennie złe myśli wypełniają je całkowicie.

Uroczystość NMP, Królowej Polski, 03.05.2021

Ap 12,1-2: Świątynia Boga w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego świątyni. Potem wielki znak ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu. A jest brzemienna. I woła, cierpiąc bóle i męki rodzenia.

Kol 1,12-16:Dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych w światłości. On to uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna, w którym mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów. On jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy to Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone.

J 19,25-27: Obok krzyża Jezusowego stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: «Niewiasto, oto syn Twój». Następnie rzekł do ucznia: «Oto Matka twoja». I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.

5 Niedziela Wielkanocna/B, 02.05.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 9,26-27: Kiedy Szaweł przybył do Jeruzalem, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do apostołów, i opowiedział im, jak w drodze Szaweł ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania występował w Damaszku w imię Jezusa.

1 J 3,18-19: Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. Po tym poznamy, że jesteśmy z prawdy, i uspokoimy przed Nim nasze serca. A jeśli serce oskarża nas, to przecież Bóg jest większy niż nasze serca i zna wszystko.

J 15,5: Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 01.05.2021, Mk 7,17-19

17Kiedy wszedł do domu, zostawiając za sobą tłum, Jego uczniowie pytali Go o tę przypowieść.18Odpowiedział im: I wy jesteście tak nierozumni? Nie dostrzegacie, że wszystko, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może uczynić go nieczystym, 19gdyż nie wchodzi do jego serca, ale do żołądka i wydalane jest na zewnątrz. W ten sposób uznał wszystkie pokarmy za czyste.

W tłumie ludzie patrzą na zewnątrz, rozglądając się wokół. Nie są zdolni spojrzeć w głąb swego wnętrza. Dlatego Jezus oddziela swoich uczniów od tłumu i wchodzi do domu, aby skierować ich spojrzenie na samych siebie. Niestety, także oni nie zrozumieli tego, co powiedział. Obserwowanie innych, jak się zachowują, śledzenie, co robią nie tak, jest w nich tak mocno zakorzenione, że ma ono miejsce również w odniesieniu do najbliższych (w domu). Wydaje się, jakby ich spojrzenie było uwiązane z tym, co na zewnątrz, a w ich oczach widoczna była całkowita bezmyślność: o czym On mówi? Ale Jezus się nie poddaje i wyjaśnia im, odwołując się do najbardziej podstawowego doświadczenia. Jedzenie, które przychodzi z zewnątrz, nie może uczynić człowieka gorszym, gdyż nie wchodzi do serca, gdzie odbywa się myślenie i rodzą się pragnienia, ale przechodzi do żołądka, a stamtąd, co niestrawione i zbędne, wydala się w toalecie. Wszystkie pokarmy dla Niego są więc czyste. Uczniowie nie powinni uważać pogan, jedzących mięso wieprzowe za gorszych od Żydów. Wieprzowina budziła w nich obrzydzenie, które łatwo przenosili na osoby, traktując je z pogardą. Taką cenę się płaci, jeśli ktoś pomyli żołądek z sercem, a to się bardzo często zdarza bezmyślnym ludziom.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 30.04.2021 Mk 7,14-15

14Potem znowu przywołał do siebie tłum i powiedział: Słuchajcie Mnie wszyscy i zrozumiejcie! 15Nic, co wchodzi do człowieka z zewnątrz, nie może go uczynić nieczystym, lecz co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym.

Jezus znowu przywołuje tłum, który opuścił po nakarmieniu go chlebem (6,45). Nie obserwował wtedy ludzi, jak później faryzeusze, kto z nich, przyjmując od Niego posiłek, obmywał swoje ręce czy nie. Dla Niego najważniejsze było podzielenie się z nimi tym, co miał do jedzenia i zaspokojenie ich głodu. A ten jest czymś wewnętrznym i ma pierwszeństwo wobec wszelkich zewnętrznych zachowań, które powodują podziały między ludźmi. Dotyka tu problemu, co stanowi istotę bycia człowiekiem. Co wpływa na to, jaką jestem osobą? Czy mam zwracać uwagę (jak faryzeusze) na to, jakie rzeczy z zewnątrz mogą mieć na mnie zły wpływ i uczynić mnie nieczystym, oddzielając od Boga, czy też patrzeć, co wychodzi z mojego wnętrza, gdyż właśnie to, co mam w środku, może mnie oddzielać od innych? Jezus nie podaje definicji człowieczeństwa, którą wszyscy mieliby przyjąć i nią się kierować. Według Niego, chodzi raczej o spojrzenie. Gdzie patrzysz: na innych i ich zachowanie, czy na siebie, w głąb?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 29.04.2021 Mk 7,10-13

10Mojżesz powiedział: Okazuj szacunek swemu ojcu i matce. A także: Kto złorzeczy ojcu lub matce, podlega karze śmierci.11Wy natomiast twierdzicie: Jeśli ktoś powie ojcu lub matce: Korban, co oznacza: to, co miałem dać tobie na utrzymanie, ofiarowałem Bogu, 12to już nie pozwalacie mu nic uczynić dla ojca czy dla matki. 13Pozbawiacie znaczenia słowo Boże na rzecz waszej tradycji, której sobie przekazujecie. I wiele podobnych rzeczy czynicie.

Żeby zilustrować obłudę religijną faryzeuszów i nauczycieli Pisma, Jezus podaje konkretny przykład, w którym pokazuje ich sposób myślenia. Wsparcie dla rodziców wynika z przykazania Dekalogu, objawionego przez Boga Mojżeszowi. Kiedy jednak ktoś to, co miał dać rodzicom, chce złożyć na ofiarę Bogu, to jest zwolniony z obowiązku pomagania im. Dlaczego? Ponieważ złożenie ofiary Bogu jest ważniejsze niż pomoc udzielona człowiekowi: złożyłem ofiarę na świątynię, bo przecież Bóg jest najważniejszy (podkreślają kapłani wszystkich religii), a rodzice są na drugim miejscu i wspieranie ich nie da mi poczucia bycia pobożnym. Dla Jezusa pierwszeństwo ma pomoc udzielana drugiemu, wyrażona w przykazaniach dotyczących bliźnich. Jej odmowa w imię religii jest równa bluźnierstwu: kto złorzeczy ojcu lub matce, winien jest śmierci. Cechą ludzkiej tradycji religijnej jest łatwość, z jaką chce zastąpić słowo Boga, a nawet całkowicie je wyeliminować: im bardziej ostentacyjna religijność, tym mniejsza troska o dobro bliźniego.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 28.04.2021 Mk 7,8-9

8Odrzuciliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji. 9I mówił im: Potraficie unieważnić przykazanie Boga, aby utrzymać waszą tradycję.

Takiego oskarżenia ze strony Jezusa faryzeusze i uczeni w Piśmie się nie spodziewali. Dokonuje On w nim uogólnienia, które wydaje się krzywdzące. Wielu powie: nie wolno uogólniać, lecz należy każdy przypadek rozpatrywać oddzielnie. Niestety to zastrzeżenie może także służyć obłudzie, bo jedną pozytywną sytuacją chce się zamydlić oczy na to, jak działa nie tylko system religijny, ale pewien styl życia jako całość. Kiedy ktoś zachowuje obojętność na wyrządzaną komuś krzywdę, myśląc, że dobro rodziny, wspólnoty, kościoła jest ważniejsze, wtedy, nawet jego własne zasługi znikają w społecznym przyzwoleniu na zło: system służący złej sprawie anuluje wszelkie dobro, także to osobiste. Jezus umiał to rozpoznać, dlatego atakuje obłudników z całą mocą: potraficie zręcznie uchylać przykazanie Boga, aby tylko trzymać się swojej tradycji, która daje wam poczucie bycia ludźmi pobożnymi. Uświęcona od pokoleń tradycja religijna, oderwana od Bożych przykazań, żyjąca własnym życiem, staje się religijną obłudą, która pobożność zamienia w karykaturę.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 27.04.2021 Mk 7,6-7

6On odpowiedział im: Słusznie prorokował Izajasz o was, obłudnikach, jak jest napisane: Ten lud czci Mnie wargami, ale ich serce jest daleko ode Mnie.7Daremnie jednak cześć Mi oddają, nauczając, że ludzkie nakazy są obowiązującą doktryną.

Dla Jezusa, staranne obmywanie rąk i naczyń przed posiłkiem, jest podobne do tego, co powiedział prorok Izajasz, oceniając religijne zaangażowanie swoich współczesnych: Wargi wypowiadają różne modlitwy do Boga, ale serce jest dalekie od Niego. Na tym właśnie polega oszustwo religijnego języka: ktoś myśli, że jeśli będzie odmawiał słowa modlitwy, to one wzniosą go do Boga. Skutek tego jest przeciwny, gdyż oddzielają go one od samego siebie, stwarzając pozór bliskości z Nim. Są tacy, którzy mówią do innych same komplementy po to tylko, aby usłyszeć od nich, że są miłymi ludźmi – do żadnej głębszej więzi między nimi nigdy nie dochodzi. Ale prorok Izajasz kłamstwo języka religijnego widzi jeszcze gdzie indziej, u tych, którzy nauczają o Bogu. Jest ono najbardziej zjadliwe wtedy, gdy taki ktoś nakazuje innym spełniać różne praktyki religijne, przekonując ich, że pochodzą one do Boga, choć są zwyczajami wprowadzonymi przez ludzi i trudno znaleźć ich uzasadnienie w słowie Bożym. Wszystkie zachowania religijne, które odwracają człowieka od jego wnętrza, dając mu złudne poczucie bycia wierzącym, służą obłudzie, a ta uniemożliwia szczere oddanie się Bogu i nawiązanie z Nim prawdziwej relacji.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 26.04.2021 Mk 7,5-6

5Pytali Go więc faryzeusze i nauczyciele Pisma: Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują zgodnie z tradycją starszych, lecz jedzą chleb nieczystymi rękami? 6On odpowiedział im: Słusznie prorokował Izajasz o was, obłudnikach.

Gdyby uczniowie nie należeli do wspólnoty, ustanowionej przez Jezusa, to faryzeusze i uczeni w Piśmie nie zwróciliby na nich uwagi, myśląc, że są Żydami, którzy żyją jak poganie. Wyobrażali sobie, że ci, którzy się stali Jego uczniami, zaczną przestrzegać reguł, charakteryzujących ludzi religijnych, czyli w sposób widoczny będą się wyróżniać swoją pobożnością. Nie mogli zrozumieć, jak ten, kto się nawraca do Boga, może nie pokazać skutków swego nawrócenia w formie, po której można łatwo rozpoznać w nim religijną osobę. Owszem, pytają o uczniów, ale oskarżają Jezusa, że to On nie nakazuje im przestrzegać tradycji religijnej, obowiązującej od dawna. Skąd bierze się taka siła tradycji? Proponując szereg zewnętrznych zachowań, buduje mocne przekonanie, że ich wypełnianie gwarantuje bliską relację z Bogiem. Dla Jezusa jest to największe kłamstwo tradycji religijnej, gdyż wewnętrzną więź zastępuje zewnętrznym działaniem, podobnym do aktywności fizycznej. Dlatego nazywa ich obłudnikami, powołując się na proroka Izajasza, który był jednak wcześniej niż tradycja starszych. I właśnie proroków boją się oni jak ognia, bo demaskują ich obłudę.

4 Niedziela Wielkanocna/B, 25.04.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 4,8-12: Przełożeni ludu i starsi! Jeżeli przesłuchujecie nas dzisiaj w sprawie dobrodziejstwa, dzięki któremu chory człowiek odzyskał zdrowie, to wiedzcie, że w imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka ten człowiek stanął przed wami zdrowy. On jest kamieniem odrzuconym przez was budujących, tym, który stał się głowicą węgła. I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, przez które moglibyśmy być zbawieni.

1 J 3,1-2: Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani dziećmi Bożymi, i rzeczywiście nimi jesteśmy. Świat zaś dlatego nas nie zna, że nie poznał Jego. Umiłowani, obecnie jesteśmy dziećmi Bożymi, ale jeszcze się nie ujawniło, czym będziemy. Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest.

J 10,11-14: Jezus powiedział: Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Ten zaś, kto jest najemnikiem i nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; najemnik ucieka, dlatego że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach. Ja jestem dobrym pasterzem i znam owce moje, a moje Mnie znają.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 24.04.2021 Mk 7,1-4

1Zgromadzili się wokół Niego faryzeusze i kilku z nauczycieli Pisma, którzy przybyli z Jerozolimy. 2Zauważyli oni, że niektórzy z Jego uczniów jedli chleb nieczystymi rękami, to znaczy nieumytymi rękami. 3Natomiast faryzeusze i wszyscy Żydzi, jeśli nie obmyją rąk, nie jedzą, trzymając się tradycji starszych. 4Również kiedy wracają z rynku, jeśli się nie obmyją, nie jedzą. Jest jeszcze wiele innych zasad, które przejęli i zachowują: obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych.

Uczniowie mieli jeszcze przed oczyma obraz chorych, którzy szukali u Jezusa uzdrowienia ze swych dolegliwości, gdy wokół Niego zaczęli gromadzić się faryzeusze i nauczyciele Pisma, którzy przybyli z Jerozolimy, z najbardziej pobożnego miejsca na świecie. Musieli poczuć ich potępiające spojrzenie, że zabrali się do jedzenia, nie obmywając wcześniej rąk. Dopiero to ich urażone patrzenie uświadomiło im, że nie zachowali tego przepisu, kiedy na Jego polecenie rozdawali zgłodniałym tłumom żywność na pustyni. Zapomnieli w ogóle o tej tradycji starszych, której wszyscy się trzymali, że nie wolno jeść zanim nie obmyje się rąk, zwłaszcza kiedy wraca się z rynku, gdzie można spotkać różnych ludzi i przypadkowo się ich dotknąć, jak kobietę z krwotokiem. Chyba czuli się strasznie: wszyscy tego przestrzegają, tylko oni są jak te ‘czarne owce’. I jeszcze parę innych zasad, bardzo ważnych, które mówią, że zasługuje się tylko wtedy na miano pobożnego, jeśli się według nich postępuje: trzeba wszystkie naczynia służące przygotowaniu posiłku starannie obmyć. To takie zewnętrzne rytuały, które porządkują całe życie i dają poczucie, że należymy do wyjątkowo pobożnych osób. Nie wszyscy je stosują, ale my jesteśmy pod tym względem uprzywilejowani. Jeśli ktoś się rozsmakuje w takim stylu życia, będzie uwielbiał tradycję starszych i wyszukiwał w niej nowych przepisów, które oplotą jego życie jak pajęczyna i z niej się już nie wyrwie.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 23.04.2021 Mk 6,56

56Dokądkolwiek wchodził, czy to do wsi, czy do miast, czy też do osad, kładli chorych na placach targowych i prosili Go, aby mogli dotknąć choćby frędzli Jego płaszcza. A wszyscy, którzy się go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

Czy istniało kiedykolwiek takie miejsce, gdzie nigdy nie było żadnych chorych i czujących się źle? Czy jest taka wieś, miasto, mała osada, gdzie wszyscy są zdrowi i świetnie się czują (Może jedynie w katolickiej Polsce)? Czy istnieją takie rodziny, w których jest pełnia szczęścia i nikomu nic nie dolega? Patrząc z góry na krainę Genezaret, którą Jezus przechodził ze swoimi uczniami, wszędzie spotykał na publicznych placach chorych i cierpiących na różne dolegliwości, oczekujących od Niego pomocy. Dziwne! Nikt nie udawał, że wszystko u niego w porządku, nikt się nie wstydził przyznać, że ma się źle i jego życie jest do niczego. Jeszcze dziwniejsze jest to, że nikt nie zapewniał, że dużo się modli i że w ogóle w Niego wierzy, a On tak pobożnym ludziom mógłby okazać łaskę i ich uzdrowić. To tak jak z alkoholikiem: piję, ale jestem pobożny i ze względu na moją pobożność, mógłbyś zabrać ode mnie alkohol. Odpowiedź: nie jesteś pobożny, jesteś alkoholikiem, a twoja pobożność to kłamstwo. Stań w nagości swego uzależnienia tak, jak oni przychodzili do Niego w swej nagiej słabości i niedomaganiu i prosili, żeby choć frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć, podobnie jak owa kobieta cierpiąca na krwotok, która swoją wiarę związała wyłącznie ze swoją chorobą, z niczym innym. I tylko tacy mają szansę na uzdrowienie.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 22.04.2021 Mk 6,53-55

53Gdy się przeprawili, przyszli do Genezaret i tam przybili do brzegu. 54Jak tylko wyszli z łodzi, natychmiast Go rozpoznali. 55Rozbiegli się po całej okolicy i zaczęli przynosić na noszach chorych – wszędzie tam, gdzie, jak słyszeli, przebywał. 

Łódź z uczniami i Jezusem nie przybiła do brzegu w Betsaidzie, dokąd wcześniej planowali (6,45), lecz całkowicie zmieniła kurs i znaleźli się oni po przeciwnej stronie, w okolicach Genezaret. Ale takie jest przeprawianie się przez morze, nie zawsze udaje się dotrzeć do zamierzonego celu. Pokrzyżowanie planów lub opóźnienie w ich realizacji to dla wielu ludzi źródło frustracji. Jednak, o dziwo, Jezus nie zmusza uczniów, aby zawracali i mimo wszystko próbowali dostać się do Betsaidy, lecz razem z nimi wysiada na ląd. A wtedy dzieje się coś, czego w ogóle nie przewidywali: ludzie natychmiast rozpoznali w Nim tego, o którym słyszeli, że uzdrawia. Nastąpiło wśród nich wielkie poruszenie i zaczęli przynosić do Niego swoich chorych. Jaką lekcję otrzymali uczniowie, obserwując Jezusa? Wyznaczył im cel dotarcia do Betsaidy i może sam myślał, że tam od razu przybędą, ale Bóg chyba miał inny plan i Jezus go przyjął, nie forsował swojego.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 21.04.2021 Mk 6,49-52

49Kiedy więc ujrzeli Go idącego po morzu, pomyśleli, że to zjawa i krzyknęli. 50Wszyscy bowiem widzieli Go i przestraszyli się. Lecz On zaczął zaraz rozmawiać z nimi i mówił im: Odwagi! Ja jestem. Nie bójcie się! 51I wszedł do nich do łodzi. Wtedy wiatr się uciszył. A oni zdumieli się bardzo. 52Nie zrozumieli bowiem tego, co dotyczyło chlebów, lecz ich serca były zatwardziałe.

Uczniowie nie rozpoznali Jezusa idącego do nich po morzu, bo nie mają nad Nim władzy i nie mogą Go zamknąć w schematach swojego myślenia. On przychodzi do nich nie jako cudotwórca i nie jako nauczyciel – takim Go znali do tej pory, lecz jako ktoś absolutnie nieznany. Dlatego myślą o Nim, że to zjawa i przerażeni krzyczą. Źródłem strachu nie jest tu zagrożenie, lecz brak wiedzy. Ludzie też krzyczą na siebie nawzajem, bo zachowanie drugiego nie pasuje do tego, co o nim wiedzą, a dzieje się tak, gdyż chce się go sobie podporządkować. W odpowiedzi na ich krzyk, Jezus zaczyna z nimi rozmawiać, dodając im ufności: Ja jestem, nie bójcie się. Gdy ktoś na ciebie krzyczy, nie staraj się go przekrzyczeć, w śmiertelnej walce, kto jest górą. Zrób jak On wobec uczniów, przedstaw się: ja jestem, nie chcę zrobić ci krzywdy, możemy spokojnie porozmawiać. Rozmowa toruje drogę do spotkania ze sobą, jednak nie przy robieniu czegoś (wiosłowaniu pod wiatr), lecz we wzajemnej i bezpośredniej obecności (wiatr ucichł). A to rodzi zdumienie: można być ze sobą bez walki o władzę? Niemożliwe. Za chwilę, po przeczytaniu tych kliku zdań, każdy przy pierwszej nadarzającej się okazji, wróci do niej. Żądza władzy nad innymi jest nieustępliwa, czyni serce twardym, bez miłosierdzia. Uczniowie niczego nie zrozumieli z wydarzenia z chlebami: nie pojęli, że ktoś inny się o nich zatroszczył i nie wykorzystał tej sytuacji, by nad nimi zapanować.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 20.04.2021 Mk 6,47-48

47Gdy zapadł wieczór, łódź była na środku morza, a On sam pozostał na lądzie. 48Widząc, jak trudzili się przy wiosłowaniu, gdyż mieli wiatr przeciwny, około czwartej straży nocnej przyszedł do nich po morzu i chciał ich minąć.

Żeby przeprawić się na drugi brzeg uczniowie mają do dyspozycji łódź. Jako rybacy przyzwyczajeni są do pływania po morzu w nocy i wiedzą, że nawet w niesprzyjających okolicznościach uda im się tam dotrzeć. Z Jezusem jest inaczej. Został sam na lądzie. Musieli się zastanawiać, jak nie mając łodzi i nie będąc rybakiem, spotka się z nimi, gdy przybędą na umówione miejsce. Nie mogą sobie wyobrazić, że On nie potrzebuje wcale ich łodzi (kościoła), aby do nich przyjść. Ich wielokrotne przeprawy na drugą stronę, wyrobiły w nich przekonanie, że ich łódź jest Mu niezbędna i nigdzie bez nich nie może się ruszyć (pewnie tak myślą też niektórzy duchowni). Ale na środku morza stracili Go z oczu i płynąc już prawie całą noc, nie wiedzą, co się z Nim dzieje. Ten rodzaj niewiedzy jest bardzo potrzebny, zwłaszcza tym, którzy chcą o innych wszystko wiedzieć, kontrolować każdy ich krok i mieć zawsze do swojej dyspozycji. Dobrze więc, że oni Go nie widzą. Natomiast On dostrzega ich wysiłek, gdy muszą wiosłować pod wiatr, ale dopiero tuż przed świtem. Wcześniej ich nie śledził, pochłonięty rozmową z Bogiem, ufał bowiem, że On czuwa nad nimi. Można się kimś nie interesować, nie okazując mu żadnej troski i traktując go z obojętnością. Można się o kogoś troszczyć, wyrzekając się władzy nad nim i powierzając go opiece Boga. Jezus przychodzi właśnie do nich z Jego troską, która daje poczucie bezpieczeństwa a zarazem wolność.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 19.04.2021 Mk 6,45-46

45Natychmiast przymusił swoich uczniów, aby wsiedli do łodzi i przeprawili się przed Nim na drugi brzeg, do Betsaidy, podczas gdy On odsyłał tłum.46Kiedy rozstał się z nimi, odszedł na górę, aby się modlić.

Jezus nie jest kimś, kto czeka na oklaski i podziw, że dokonał czegoś niezwykłego. Zresztą, spowodowanie, że ludzie najedli się do syta to żaden cud, lecz istota codziennego życia. Tłumy i uczniowie muszą zrozumieć, iż nie potrzebują cudotwórcy, który by spełniał ich każdorazowe potrzeby i którego mogliby podziwiać. Nie potrzeba im religijnego gwiazdora, pozwalającego im oderwać się od szarej codzienności i poczuć się kimś wyjątkowym przez udział w jego przedstawieniu (gromadzącego tłumy i mającego tysiące wyświetleń na YouTube). Dlatego zmusza uczniów, aby natychmiast odpłynęli na drugi brzeg, a On sam w tym czasie odprawia zgromadzony tłum. Każdy pozostaje sam, aby się zastanowić: Jak to się stało, że byłem głodny i nie miałem, co jeść, a czuję się nasycony? Czy mój głód zaspokoił chleb, czy coś innego? Wystarczył okruch chleba, w którym ktoś okazał mi swoją troskę i zadbał o mnie. To większy cud niż rozmnożenie go, które nic by nie dało (nawet by nie pomyśleli, skąd się wzięła żywność, którą uczniowie rozdawali). Jezus po odesłaniu wszystkich też odszedł, ale na górę, aby rozmawiać z Bogiem. O czym? O tym, że tylko On mógł zmienić ludzkie serca i sprawić, iż każdy włączył się w rozpoczęty przez Niego łańcuch troszczenia się o innych (W Eucharystii otrzymujesz kawałek Chleba, aby po wyjściu/odesłaniu kontynuować Jego troskę).

3 Niedziela Wielkanocna/B, 18.04.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 3,13-15.17-19: Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba, Bóg ojców naszych wsławił Sługę swego, Jezusa, wy jednak wydaliście Go i zaparliście się Go przed Piłatem, gdy postanowił Go uwolnić. Zaparliście się Świętego i Sprawiedliwego, a wyprosiliście ułaskawienie dla zabójcy. Zabiliście Dawcę życia, ale Bóg wskrzesił Go z martwych, czego my jesteśmy świadkami. Lecz teraz wiem, bracia, że działaliście w nieświadomości, tak samo jak zwierzchnicy wasi. A Bóg w ten sposób spełnił to, co zapowiedział przez usta wszystkich proroków, że Jego Mesjasz będzie cierpiał. Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone.

1 J 2,3-5: Po tym zaś poznajemy, że Go znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: ‘Znam Go’, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała.

Łk 24,44-45: Potem rzekł do nich: «To właśnie znaczyły słowa, które mówiłem do was, gdy byłem jeszcze z wami: Musi się wypełnić wszystko, co napisane jest o Mnie w Prawie Mojżesza, u Proroków i w Psalmach». Wtedy oświecił ich umysły, aby rozumieli Pisma.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 17.04.2021 Mk 6,41-44

 41Wziął tych pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, pobłogosławił, połamał chleby i dawał je swoim uczniom, aby kładli przed nimi. Także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. 42Wszyscy zjedli i zostali nasyceni. 43I zebrali dwanaście koszy pełnych połamanych kawałków i ryb. 44Tych, którzy zjedli chleby, było pięć tysięcy mężczyzn.

Chleby i ryby, przeznaczone na posiłek dla uczniów, w rękach Jezusa stają się pokarmem, nad którym wypowiada On modlitwę błogosławieństwa, zwracając się do Boga. Obejmuje w niej nie tylko ich samych, ale również, podzielone na małe wspólnoty ludzi. Zabierając ze sobą prowiant, mieli poczucie własnej zaradności. A teraz Jezus odbiera go i nie pozwala im się posilić. Dlaczego? Bo nie mogą jeść sami, nie dzieląc się z innymi. Dla nich to niezrozumiałe. Każdy, gdy jest głodny, stara się przede wszystkim zaspokoić własny głód. Jezus nie wyobraża sobie, że On sam mógłby się najeść, a inni pozostaliby głodni. Przekazując uczniom podzielone na kawałki chleby, każe im najpierw zatroszczyć się o ludzi, a oni razem z Nim będą jedli po wszystkich. Może w trakcie zastanawiają się, czy starczy dla nich, ale po zakończeniu posiłku, okazuje się, że jedzenia był nadmiar. Jak pięć chlebów i dwie ryby mogły nasycić pięć tysięcy mężczyzn? Czy cud polega na ich rozmnożeniu? Nie! Raczej na tym, że wszyscy najedli się do sytości. Każdy go doświadczy, gdy to, co ma dla siebie, odda w całości Jemu i zacznie się tym dzielić, ufając, że po nakarmieniu innych, pozostanie dla niego więcej niż potrzebuje. Czy chodzi tylko o jedzenie? Bardziej o obecność, która kieruje się troską. Jezus uczy swoich uczniów gościnności: najpierw twoi goście, na końcu – ty; daj im odczuć, że jesteś dla nich, a bliskość z ich strony zaspokoi twoje potrzeby.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.04.2021 Mk 6,39-40

39Wtedy kazał im podzielić wszystkich, aby gromadami usiedli na zielonej trawie. 40Zasiedli więc w grupach po stu i po pięćdziesięciu.

Jako pasterz, który na miejscu pustynnym, znalazł zieloną trawę, Jezus nie widzi przed sobą tłumów, lecz osoby w małych wspólnotach, spotykające się ze sobą, aby uczestniczyć w posiłku. Tylko w grupie, liczącej po sto lub pięćdziesiąt osób, można się poczuć odrębnym i zauważonym, nie ginąc w tłumie. Kiedy Jezus każe swoim uczniom w taki właśnie sposób rozdzielić ludzi, zmienia ich stosunek do nich. Żaden człowiek nie jest problemem ani ciężarem. W byciu z ludźmi nie chodzi o to, aby coś rozwiązać, wykonać jakieś zadanie lub spełnić wobec nich jakiś obowiązek, lecz żeby się spotkać. Jak musieli się odnosić do każdego, że wszyscy zaczynali siadać w grupach, z zainteresowaniem spoglądając na siebie nawzajem? W tłumie, choć ludzie tłoczą się na siebie i są blisko fizycznie, pozostają sobie obcy. Siadając obok drugiego, rozpoczyna się proces wzajemnego poznawania. Czy uczniowie przestaną patrzeć na innych jak na ludzi z tłumu? Czy tworząc z nich małe wspólnoty sami dadzą się im poznać?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.04.2021 Mk 6,38

38Zapytał ich: Ile macie chlebów? Idźcie i zobaczcie! Oni upewnili się i powiedzieli Mu: Pięć i dwie ryby.

Uczniowie przerwali Jezusowi, gdy długo nauczał tłumy, nie tylko z troski o ludzi. Chyba sami byli głodni, bo wcześniej nie mieli czasu na posiłek (Mk 6,31). Czekali głodni cały dzień, a przecież czuli, że nie mogą zacząć jeść, skoro wokół tłum, równie głodnych ludzi. Jezus wiedział, że są głodni i że zabrali ze sobą jakiś prowiant, ale oni ukrywają swój głód, prosząc o odprawienie tłumów. Pytając ich, ile mają chlebów, wyjawia to, co chcieli ukryć: że mają jedzenie tylko dla siebie, dla innych nie wystarczy. Nie śpieszą się z odpowiedzią, dlatego ich przynagla: idźcie, zobaczcie. Musieli je kilka razy przeliczać, zastanawiając się, co On chce z nimi zrobić. Pięć bochenków i dwie ryby to posiłek, który ledwo zaspokoiłby ich głód, ale nie zgromadzonych osób. Dla Jezusa jednak nie jest to problemem. On też jest głodny, ale ma w sobie coś, czego oni nie mają: zaufanie Temu, który zna ludzkie pragnienia i potrzeby.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 14.04.2021 Mk 6,35-37

35Kiedy zrobiło się późno, podeszli do Niego Jego uczniowie i powiedzieli: To miejsce jest na odludziu i pora jest późna. 36Odpraw ich, aby odeszli do okolicznych osad i wsi i kupili sobie coś do jedzenia. 37Lecz On odpowiedział: Wy dajcie im jeść! A oni na to: Czy mamy odejść i za dwieście denarów kupić chleba, aby dać im jeść?

Ponieważ Jezus nauczał tłumy dość długo i robiło się późno, uczniowie poczuli, że muszą interweniować. Uświadomili Mu, że ze względu na odludne miejsce i późną porę będą mieli z ludźmi kłopot. Jakie jest źródło ich niepokoju? Inni w jakimś momencie mogą stać się ciężarem i zacząć sprawiać problemy. Uczniom wydaje się, że znaleźli się właśnie w takiej sytuacji. Nie dość, że sami nie umieją czasami ogarnąć własnego życia, to Jezus zwalił im jeszcze na głowę tłum ludzi. Mają na to tylko jedno rozwiązanie: odprawić ich i niech radzą sobie sami. Musieli ćwiczyć to intensywnie w swoich rodzinach, skoro tak szybko wpadli na ten pomysł. Chyba nie zdawali sobie sprawy, czego dotknęli. Rozpoznają, że mogą mieć problem z innymi, nie wiedząc, że ten sam problem może tkwić ukryty w nich samych. Ujawni się on trochę później. Ale nieświadomie odsłonili go w tym, co powiedzieli Jezusowi. Chodzi o głód jako jedną z podstawowych potrzeb człowieka, który wyraża nie tylko brak jedzenia. Może być przecież także głód słowa (zaspokojony wcześniej nauczaniem Jezusa) albo głód akceptacji, bliskości, uznania. Niestety, uczniowie rozumieją ludzkie potrzeby wyłącznie na płaszczyźnie materialnej. Kiedy Jezus zwraca się do nich z prośbą ‘wy dajcie im jeść’, myślą, że mają ich wyręczyć, zebrać od nich pieniądze i nakupić chleba dla wszystkich. To dość stereotypowe myślenie: pieniądze rozwiązują wszystkie problemy. Czyżby?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 13.04.2021 Mk 6,33-34

33Wielu zobaczyło ich odpływających i rozpoznało. Pośpieszyli tam pieszo ze wszystkich miast i wyprzedzili ich. 34Kiedy wyszedł na brzeg, zobaczył wielki tłum. Ulitował się nad nimi, ponieważ byli jak owce, niemające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach.

Ludzie nie tylko zauważyli, że uczniowie wraz z Jezusem odpływają, ale też zorientowali się, do jakiego miejsca zamierzają przybyć. Odbywa się więc równoległa wędrówka: uczniów przez morze i wielu osób, które wyruszyły ze swoich miejscowości, śpieszących pieszo po lądzie do tego samego miejsca na odludziu. Ktoś pomyśli, jaki to odpoczynek, skoro po ich przybyciu tłum już będzie tam na nich czekał. Czy będzie się to różnić od wcześniejszego sposobu życia? Owszem, bycie w ciągłym ruchu, gdy jedni przychodzą a drudzy odchodzą powoduje, że wszystkie spotkania są krótkotrwałe i powierzchowne, a kiedy jest ich wiele – męczą. A nawet, gdy ktoś spotyka się tylko z jedną osobą i jest w ruchu (myślą, która biegnie do następnego spotkania), to po załatwieniu jakieś sprawy, szybko się odchodzi. Ileż takich codziennych spotkań uczniowie mieli wcześniej, traktując siebie i innych jak przedmioty? Obserwują więc Jezusa, jak On się zachowa, gdy zobaczy tłumy czekające na Niego. On widząc tłumy, nie zamierza wobec nich wykonywać żadnego zadania. Patrzy na nie wystarczająco długo aż wzbudzi się w Nim współczucie dla nich. Zrozumiał bowiem, że znaleźli się tutaj, ponieważ czują się zagubieni i zdezorientowani, nie mając żadnego przewodnika. Odkryli, że wypełniając różne obowiązki, nie umieją postępować z innymi, stąd zagubienie, z którym czują się źle. Pośpiech, z którym przyszli do Jezusa, wyraża głód słowa. Dlatego zaczyna ich nauczać. Nie daje im wskazówek, co mają robić, raczej odsłania każdemu, kim jest i co przeżywa.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 12.04.2021 Mk 6,30-32

30Apostołowie zgromadzili się u Jezusa i opowiedzieli Mu o wszystkim, czego dokonali i czego nauczali. 31A On rzekł do nich: Idźcie sami na miejsce pustynne i trochę odpocznijcie. Wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nie mieli czasu, aby coś zjeść. 32Odpłynęli więc łodzią sami na miejsce pustynne.

Czy apostołowie posłani przez Jezusa, aby dokonywali czynów pełnych mocy i głosili Jego naukę, słyszeli, co się stało z Janem? Na pewno doszła do nich wieść o tym, że Herod po jego śmierci widział w Jezusie powstałego z martwych Jana. Może byli podbudowani tym, że nawet król zainteresował się ich działalnością. Ale Jezus nie podjął w ogóle tego tematu. Wiedział, że ludzie owładnięci żądzą władzy nie przyjmą Jego słowa, wzywającego do nawrócenia. Polecił natomiast swoim uczniom udać się na miejsce pustynne i odpocząć, odrywając się od tego wszystkiego, czym dotąd żyli. Owszem, mogli być zmęczeni, lecz chyba bardziej podekscytowani swoimi dokonaniami. Przeżywanie swoich osiągnięć może bardziej męczyć niż sama praca. Odpoczynek w miejscu pustynnym, gdzie nie ma nikogo, kto mógłby ich pochwalić, służy zapomnieniu: mają zapomnieć o tym, co zrobili i czego udało im się dokonać. Wystarczy, że pamięta o tym Bóg i On sam da wzrost. Wydawało im się, że kiedy wielu przychodziło i odchodziło, nie pozwalając im nawet na zjedzenie posiłku, a oni byli w centrum tego ruchu, to na tym właśnie miało polegać ich nowe powołanie: jak łowili ryby, tak teraz łowią ludzi. Jezus im nie tłumaczy, że nie o to chodzi, bo i tak by nie zrozumieli. Przenoszą bowiem swoją pracę rybaków na bycie z ludźmi, czyli ludzi traktują jak przedmioty. Muszą się z tego sposobu zachowań wyrwać i przerwać ten zniewalający samych siebie i innych mechanizm.

2 Niedziela Wielkanocna/B, 11.04.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Dz 4,32-35: Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na wszystkich. Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze uzyskane ze sprzedaży, i składali je u stóp apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby.

1 J 5,1-2: Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Mesjaszem, z Boga się narodził; i każdy miłujący Tego, który dał życie, miłuje również tego, kto życie od Niego otrzymał.

J 20,24-25: Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: «Widzieliśmy Pana!»

Ale on rzekł do nich: «Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i ręki mojej nie włożę w bok Jego, nie uwierzę».

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 10.04.2021 Mk 6,27-29

27Zaraz też król posłał żołnierza z rozkazem, aby przyniósł jego głowę. Ten odszedł i w więzieniu ściął mu głowę. 28Potem przyniósł jego głowę na półmisku i dał dziewczynie, a dziewczyna dała ją swojej matce. 29Kiedy jego uczniowie usłyszeli o tym, przyszli, zabrali jego zwłoki i złożyli w grobie.yy

Głowa Jana to ostatnie danie, jakie wniesiono na ucztę z okazji urodzin Heroda. Wspaniała potrawa, którą na półmisku przyniósł żołnierz i przekazał dziewczynie a ta swej matce. Tę scenę opowiedziano tak, jakby chodziło o jakiś przedmiot, dzban z wodą albo kosz owoców. Czyżby widok ociekającej jeszcze krwią głowy Jana nie zrobił na nikim żadnego wrażenia? Nastoletnia dziewczyna niosąca na półmisku uciętą głowę niewinnie zamordowanego człowieka: król i jego goście oglądali ją z daleka, zza stołu, przy którym biesiadowali, ale ona miała ją przed sobą, blisko, na wyciągnięcie ręki, podobnie jej matka, której ją podała. Żadnego wstrząsu, żadnego poruszenia, stępiałe w obojętności twarze i spojrzenia. To portrety ludzi, owładniętych żądzą posiadania władzy i wpływów ponad wszystko: nie liczy się los drugiego, jego krzywda, niesprawiedliwe traktowanie. Wszyscy obecni na uczcie Heroda mają swój udział w zamordowaniu Jana, ale pewnie każdy usprawiedliwia się sam przed sobą. Zaproszeni: że byli gośćmi i nie wypadało im wyrazić swego sprzeciwu. Król: że bronił Jana, ale został zmuszony do zabicia go przez intrygę swej żony i jej córki. Herodiada: gdyby Jan nie upominał króla, że nie wolno mu jej mieć, bo jest żoną brata, nie zrobiłaby mu krzywdy. Wreszcie jej córka, która w jej imieniu poprosiła o jego głowę i żołnierz, który dokonał jej ścięcia: oni wykonywali tylko rozkazy. Opowiedziano tylko to, co się działo między nimi i Janem, bez opisu miejsca, bez szczegółów, dotyczących sali biesiadnej, potraw, przebiegu uczty. Dlaczego? Bo to, co tam się wydarzyło, zdarza się w każdej rodzinie i w każdej społeczności, w której ludzie szukają poczucia wartości w rządzeniu innymi i w traktowaniu ich jak przedmioty, służące do osiągania własnych korzyści i celów.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 09.04.2021 Mk 6,26

26Król zasmucił się bardzo. Ze względu na przysięgę i gości nie chciał jej odmówić.

Żądanie głowy Jana zasmuciło króla. Ale czy jego smutek jest szczery? Wydaje się, że tak. Brał go przecież w obronę przed Herodiadą, która nie kryła swej chęci zabicia go. Czyli, król (mężczyzna) nie chciał zrobić krzywdy prorokowi i nawet chętnie go słuchał, tylko ta kobieta wreszcie dopięła swego, zastawiając na niego pułapkę przez swoją nastoletnią córkę. Jego smutek nie jest jednak na tyle głęboki, żeby ocalić głowę Jana. Nie może on jako król stracić swego autorytetu w oczach zaproszonych gości, nie wypełniając złożonej przysięgi. A więc władza ponad wszystko. Dla zachowania jej prestiżu musi poświęcić życie Jana. Ale on nie popełnił żadnego przestępstwa zasługującego na karę śmierci. To król przekroczył Boże przykazanie. Jeszcze raz się potwierdza, że ten, kto ma władzę, nie musi liczyć się z prawem, bo to on rządzi. Do czego jest więc mu potrzebny smutek, skoro nie chce odmówić żądaniu dziewczyny? Dzięki niemu przedstawia siebie jako człowieka głęboko religijnego, który uwielbiał słuchać proroka. Niestety, Herodiada i jej córka wykorzystały go i zmusiły do zabicia Jana. Biedny król, oszukuje siebie i innych, pokazując smutek, który w jego postępowaniu niczego nie zmienia i jest gorszy niż jawne okrucieństwo. Ten, kto ma jakąkolwiek władzę i ceni ponad wszystko swój prestiż, nie chcąc ich stracić, jest niezdolny do nawrócenia, a jego pobożność, choćby najbardziej widowiskowa i okazywana publicznie, jest udawana i oszukańcza.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 08.04.2021 Mk 6,24-25

24Ona wyszła i powiedziała do swojej matki: O co mam poprosić? Ta zaś rzekła: O głowę Jana Chrzciciela. 25Zaraz też weszła z pośpiechem do króla i poprosiła, mówiąc: Chcę, żebyś mi natychmiast dał na półmisku głowę Jana Chrzciciela!

Córka Herodiady jest całkowicie zależna od niej, będąc posłusznym narzędziem w jej rękach. Choć król zaoferował jej nawet połowę królestwa, nie wie o co prosić, musi zapytać matkę. Czy wiedziała, że każe jej poprosić o głowę Jana Chrzciciela? Spodziewała się, bo przecież jej przyszłość zależała od tego, czy matka utrzyma swoją pozycję jako żona króla. Zresztą, tańcząc przed mężczyznami i czując na sobie ich pożądliwe spojrzenia, odkryła smak kobiecej władzy nad nimi. Ona też wchodzi w etap stawania się kobietą, ale jakże inaczej niż córka Jaira, która w nowe, dorosłe życie weszła przez spotkanie z Jezusem. Od matki uczy się, że bycie kobietą polega na wykorzystaniu męskiej pożądliwości, aby osiągnąć własne cele. I trzeba przyznać, że jest dobrą uczennicą, bo śpiesząc do króla zmienia jej słowa. Chce sprawdzić, czy ma nad nim władzę i to większą niż jej matka. Dlatego w jej prośbie jest pewność siebie, która ją uniezależnia od niej i daje nad nią przewagę: chcę, abyś mi natychmiast dał na półmisku głowę Jana Chrzciciela. To już nie jest prośba, to żądanie, pewnej siebie i niezależnej kobiety. Fizycznie jest jeszcze młodą dziewczyną, ale w dodanych słowach ‘chcę’, ‘natychmiast’, ‘na półmisku’ pokazuje siłę kobiecości nieznoszącą sprzeciwu. Jeżeli sam król jej ulegnie, będzie przekonana, że żaden mężczyzna się jej nie oprze i manipulując ich pożądaniem, będzie mogła osiągnąć wszystko, co zechce. Nie ważne dla niej, że przecież domaga się śmierci Jana, liczy się tylko władza.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 07.04.2021 Mk 6,21-23

21Nadszedł odpowiedni moment, gdy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę dla dostojników, dowódców wojskowych i ważnych osób z Galilei.22Kiedy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i jego gościom. Król powiedział dziewczynie: Poproś mnie, o co chcesz, a dam ci. 23I uroczyście jej przysiągł: O co tylko mnie poprosisz, dam ci, nawet połowę mojego królestwa.

Ten, kto ma władzę, jak król, sprawuje swoje rządy jawnie, bo wszyscy muszą wiedzieć kto rządzi. Ale ten, kto nie ma władzy, a znajduje się blisko tego, kto ją ma, wykorzystuje jego osobę, aby skrycie wpływać na bieg spraw. W takiej pozycji znajdowała się Herodiada. Szukała sposobności, kiedy będzie mogła zrealizować swój plan zmuszenia Heroda do zabicia Jana. Okazja nadarzyła się w dzień urodzin króla podczas uczty, na którą zaprosił najważniejsze osobistości w Galilei. Dlaczego uznała, że to będzie najbardziej dogodna sposobność? Wiedziała, że nie może wpłynąć na Heroda jako króla, ale może wplątać go w swoje plany jako mężczyznę. Wykorzystała do tego celu swoją córkę, która wchodziła w okres rodzącej się w niej kobiecości. Jako kobieta znała doskonale męskie pragnienia i żądze. Była przekonana, że pojawienie się młodej dziewczyny w czasie uczty, na której byli sami mężczyźni, zrobi na nich duże wrażenie. Wykonywany przez nią taniec (erotyczny), rozpalił w nich pożądanie, któremu całkowicie się poddali (pożerali ją oczami). A najważniejsze dla Herodiady, że sam Herod stracił dla niej głowę. Spodobała mu się tak bardzo, że bez żadnych warunków, obiecał jej, że co tylko chce, da jej. Jak bardzo zatracił się w swej żądzy, świadczy to, że już jako król przysiągł jej uroczyście dać jej nawet połowę swego królestwa. Na jednej szali tańcząca dziewczyna, na drugiej – połowa królestwa. Autorytet króla poddał się męskiej namiętności. A więc władza i seks idą razem. Owszem, król rządzi jawnie, ale skrycie rządzi nim męskie pożądanie. Herodiada jako kobieta wiedziała, że wystawiając na pożądliwe spojrzenia mężczyzn swoją nastoletnią córkę, będzie mogła sterować ich zachowaniem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 06.04.2021 Mk 6,19-20

19Z tego powodu Herodiada nienawidziła Jana i chciała go zabić, ale nie mogła. 20Herod bowiem liczył się z Janem, wiedząc, że był on człowiekiem sprawiedliwym i świętym, i chronił go. Ilekroć go słyszał, odczuwał niepokój, a jednak słuchał go chętnie.

Kiedy Jan mówił Herodowi: ‘Nie wolno ci mieć żony twego brata’, to jego słowa najbardziej dotykały Herodiadę, gdyż czuła w nich zagrożenie dla swej pozycji. Bycie żoną króla dawało jej bowiem jakiś rodzaj władzy i prestiżu, których nie chciała stracić, upatrując w nich swoją wartość. Dlatego chciała Jana zabić, przeczuwając, że swoimi napomnieniami może skłonić go, aby ją oddalił. Nie mogła tego znieść, że nie może nic zrobić, gdyż ma on większy wpływ na niego niż ona. Widziała przecież, że Herod, choć wtrącił go do więzienia, bał się go, wiedząc, że jest on człowiekiem sprawiedliwym i oddanym Bogu. Nie tylko rozpiął nad nim parasol ochronny, ale również zapraszał go do siebie i słuchał go chętnie, pomimo tego, iż jego słowa siały w nim niepokój. Udzielał się on także Herodiadzie, która zaczęła myśleć, iż prędzej czy później Jan przekona go, aby się z nią rozstał. A do tego nie mogła dopuścić. Zasmakowała już władzy i nie mogła pozwolić, aby ktoś ją odebrał. To, co się dzieje w pałacu Heroda, ma miejsce w każdym domu: we wzajemnych relacjach jest więcej rządzenia i wywierania nacisku na drugiego, z ukrytymi motywami, niż może się komuś wydawać.

Wielka Sobota, 03.04.2021 Księga Barucha 3,9-15.32-4,4

Bądź posłuszny, Izraelu, przykazaniom życiodajnym, nakłoń ucha, by poznać mądrość. Cóż się to stało, Izraelu, że jesteś w kraju nieprzyjaciół, wynędzniały w ziemi obcej, uważany za nieczystego na równi z umarłymi, zaliczony do tych, co schodzą do Otchłani? Opuściłeś źródło mądrości. Gdybyś chodził po drodze Bożej, mieszkałbyś w pokoju na wieki. Naucz się, gdzie jest mądrość, gdzie jest siła i rozum, a poznasz równocześnie, gdzie jest długie i szczęśliwe życie, gdzie jest światłość dla oczu i pokój. Lecz któż znalazł jej miejsce lub kto wszedł do jej skarbców? Zna ją Wszechwiedzący i zbadał ją swoim rozumem. Ten, który na czas bezkresny urządził ziemię i napełnił ją stworzeniami czworonożnymi, wysłał światło, i poszło, wezwał je, a ono posłuchało Go z drżeniem. Gwiazdy radośnie świecą na swoich strażnicach. Wezwał je. Odpowiedziały: «Jesteśmy». Z radością świecą swemu Stwórcy.

On jest Bogiem naszym. I żaden inny nie może z Nim się równać. Zbadał wszystkie drogi mądrości i dał ją słudze swemu, Jakubowi, i Izraelowi, umiłowanemu swojemu. Potem ukazała się ona na ziemi i zaczęła przebywać wśród ludzi. Tą mądrością jest księga przykazań Boga i Prawo trwające na wieki. Wszyscy, którzy się go trzymają, żyć będą. Którzy je zaniedbują, pomrą. Nawróć się, Jakubie, trzymaj się go, chodź w blasku jego światła! Nie dawaj chwały swojej obcemu ani innemu narodowi twych przywilejów! Szczęśliwi jesteśmy, o Izraelu, że znane nam to, co się Bogu podoba.

Triduum Paschalne, 02.04.2021 Wielki Piątek Męki Pańskiej

Iz 52,13-15: Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i bardzo wyrośnie. Jak wielu osłupiało na Jego widok – tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd i postać Jego była niepodobna do ludzi – tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i pojmą coś niesłychanego. Któż uwierzy temu, co usłyszeliśmy? Komu się ramię Pańskie objawiło?

Hbr 5,7-9: Chrystus bowiem z głośnym wołaniem i płaczem za swych dni doczesnych zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają.

J 19,1-6:Wówczas Piłat zabrał Jezusa i kazał ubiczować. A żołnierze spletli koronę z cierni i włożyli na Jego głowę. Narzucili Mu purpurowy płaszcz, podchodzili do Niego i mówili: Bądź pozdrowiony, królu Żydów. Bili Go też po twarzy. Piłat zaś znowu wyszedł na zewnątrz i oznajmił im: Oto wyprowadzam Go do was, abyście wiedzieli, że nie znajduję w Nim żadnej winy. I Jezus wyszedł na zewnątrz w cierniowej koronie i purpurowym płaszczu. Wtedy Piłat powiedział do nich: Oto człowiek! Gdy wyżsi kapłani i słudzy zobaczyli Go, zaczęli krzyczeć: Ukrzyżuj! Ukrzyżuj! Piłat im odparł: Weźcie Go i sami ukrzyżujcie! Ponieważ ja nie znajduję w Nim żadnej winy.

Triduum Paschalne, 01.04.2021 Msza Wieczerzy Pańskiej

J 13,1.14-15: Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła godzina Jego, by przeszedł z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. A kiedy im umył nogi, przywdział szaty i znów zajął miejsce przy stole, rzekł do nich: Czy rozumiecie, co wam uczyniłem? Wy Mnie nazywacie „Nauczycielem” i „Panem”, i dobrze mówicie, bo nim jestem. Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi. Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 31.03.2021 Mk 6,17-18

17Sam bowiem Herod polecił schwytać Jana i związać go w więzieniu, z powodu Herodiady, żony swego brata Filipa, którą poślubił.18Jan bowiem mówił Herodowi: Według prawa nie wolno ci mieć żony twojego brata.

Czy dla uczniów Jezusa jest ważne, jak doszło do zabicia Jana Chrzciciela? Chyba nawet nie przypuszczają, że może Go spotkać podobny los. Nie zdziwili się wcale, że Herod kazał aresztować Jana i związanego wtrącił do więzienia. Uważali bowiem, jak większość ludzi, że ten, kto ma władzę, jest ponad prawem i wszystko mu wolno. Jeśli nawet łamie prawo, to kto co mu zrobi, skoro to on rządzi. Owszem, Jan nie popełnił żadnego przestępstwa zasługującego na karę więzienia. Ale czyż to nie jego wina? Po co się wtrącał w nie swoje sprawy. Mógł sobie spokojnie chrzcić ludzi w Jordanie, a nie zabierać się do krytykowania króla. Że Herod postąpił niezgodnie z Bożym Prawem (Kpł 20,21: Gdyby ktoś ożenił się z żoną swojego brata, popełniłby nieprzyzwoitość, gdyż współżyłby z kobietą, do której ma prawo tylko jego brat), zabierając żonę swemu bratu? A kogo to obchodzi? Jan nie tyle chrzcił, ile głosił chrzest nawrócenia, czyli poddania się wszystkich, bez wyjątku, Bożym przykazaniom. Wiedział, jak ‘dobry’ przykład króla, może wpłynąć na ludzi: jeśli królowi wolno, to mnie też. Demoralizacja całej społeczności zawsze idzie od góry, od rządzących. Ma ona podstawę w myśleniu większości, że tym, którzy mają władzę, wolno więcej. I każdy w swoim własnym zakresie, w rodzinie, w pracy, z tego ‘przywileju’ rządzących korzysta.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 30.03.2021 Mk 6,14-16

14Król Herod o tym usłyszał, bo Jego imię stało się jawne. Mówiono: Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego czyny pełne mocy działają w nim. 15Inni mówili: To jest Eliasz. Drudzy natomiast twierdzili: To prorok, jak jeden z proroków. 16Gdy to usłyszał Herod, mówił: To Jan, któremu ściąłem głowę, został wskrzeszony.

O Jezusie usłyszał nawet król Herod, bo Jego imię stało się znane. Wielu ludzi zna imię ‘Jezus’, czasami od dzieciństwa, ale czy wiedzą, kto pod tym imieniem się kryje? To takie oczywiste: ktoś wymienia czyjeś imię. Ten, kto je słyszy, mówi: O, znam go. A dokładnie, co wiesz o nim, jeśli go nigdy nie spotkałeś osobiście ani z nim nie rozmawiałeś i nie byłeś obecny przy najważniejszych wydarzeniach jego życia? Do Heroda dochodzą różne opinie na temat Jezusa, tak jak do nas o innych ludziach. Ci, którzy się o Nim wypowiadali, przypisali Mu cechy postaci z przeszłości: Jana Chrzciciela, Eliasza lub jednego z proroków. Po co to robili? Nakładając na Niego znany im stereotyp proroka, nie musieli się już zastanawiać, kim On jest: zaszufladkowany przestaje być niebezpieczny, Jego słowa i czyny nie budzą już niepokoju. Mogli więc nie myśleć o Nim i wrócić do swoich rutynowanych zajęć. A jednak Herod poczuł się poruszony tym, że w Jezusie widziano Jana Chrzciciela powstałego z martwych, dlatego że to właśnie on ściął jego głowę. Łączy więc osobę Jezusa z tym, co zrobił Janowi. Czy to jest szczere przyznanie się do popełnionej wobec niego zbrodni? I czy to zainteresowanie się Nim poprowadzi go do wiary w Niego?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 29.03.2021 Mk 6,10-13

10Mówił do nich: Gdziekolwiek wejdziecie do domu, pozostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. 11Jeśli w jakimś miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd, strząśnijcie pył z waszych nóg, na świadectwo dla nich. 12Oni wyszli i głosili, aby się nawracali. 13Wyrzucali liczne demony, namaszczali olejem licznych chorych i uzdrawiali.

Wskazówki, które Jezus daje teraz uczniom, dotyczą bezpośrednich spotkań z ludźmi. Kiedy spotykasz się z kimś, pamiętaj, że nie jesteś gospodarzem, tylko gościem. Jako gość dostosuj się więc do warunków, w jakich ktoś cię przyjmuje. Nie mebluj mu życia i nie wybrzydzaj, myśląc, że ktoś inny byłby dla ciebie bardziej gościnny. Oczywiście, można spotkać takie osoby, które odmówią przyjęcia i żadna rozmowa nie będzie z nimi możliwa, bo nie będą słuchać, zamknięci w swoich własnych przekonaniach. Jezus wzywa do pokornej akceptacji odmowy, bez obrażania się, gdyż nie można nikomu niczego narzucać i nie każdy jest gotowy na szczere i otwarte spotkanie. W jaki sposób może ono przebiegać? Dziel się tym, w czym zmieniło się twoje życie (wezwanie do nawrócenia). Okaż swoją otwartość, ale nie poddawaj się temu, gdy ktoś chce cię sobie podporządkować i miej odwagę powiedzieć ‘nie’ (wyrzucanie demonów). Nieś ulgę i pociechę (namaszczenie olejem) tym, którzy cierpią na jakiekolwiek dolegliwości i pomagaj rozwiązywać problemy i trudności, bo na tym polega uzdrawianie.

Niedziela Męki Pańskiej /B, 28.03.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Iz 50,7: Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam.

Flp 2,6-8: Chrystus Jezus, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stając się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej.

Mk 15,39: A zasłona przybytku rozdarła się na dwoje, z góry na dół. Setnik zaś, który stał naprzeciw Niego, widząc, że w ten sposób wyzionął ducha, rzekł: Istotnie, ten człowiek był Synem Bożym.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 27.03.2021 Mk 6,7-9

7Potem przywołał do siebie Dwunastu i zaczął ich rozsyłać po dwóch. Udzielał im władzy nad duchami nieczystymi. 8Nakazał im również, aby niczego nie zabierali w drogę prócz laski: ani chleba, ani torby podróżnej, ani pieniędzy. 9 Lecz włóżcie na nogi sandały i nie zakładajcie dwóch ubrań.

Dla uczniów nadszedł czas podsumowania dotychczasowej drogi za Jezusem i sprawdzenia, czego się nauczyli i czy w ich postępowaniu nastąpiła już jakaś zmiana. Pierwszy sprawdzian: Czy odnajdują się we wspólnocie, którą On ustanowił? To On wyznaczył każdemu miejsce, a w nim jego własne powołanie, które ciągle należy w sobie na nowo odkrywać i rozwijać. On też postawił obok drugiego jako tego, z którym trzeba uczyć się być razem i nawzajem się wspierać, nie szukając kogoś innego, z którym mogłoby układać się lepiej. Drugi sprawdzian: Czy mają zdolność opanowania lęku przed zagrożeniem i śmiercią, i czy zamiast mu się poddać, pogrążając się w rozpaczy lub agresji, potrafią wybrać drogę wiary, na wzór kobiety cierpiącej na krwotok i przełożonego synagogi? Trzeci sprawdzian, może najtrudniejszy: Czy umieją wchodzić w różne sytuacje życiowe i relacje z innymi bezbronni, bez zabezpieczeń i asekuracji, nie mając niczego prócz poczucia opieki i ochrony, które daje Bóg? I czy są gotowi nie ustawać w drodze (sandały), przekonani, że życie jest właśnie drogą i nie można od niego wziąć urlopu. Ale jest to droga, która jest podzielona na krótkie odcinki, jednodniowe, wyznaczone na miarę możliwości i zdolności każdego, nie trzeba więc brać dwóch ubrań, żeby jednym z nich przykryć się w czasie zimnej nocy.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 26.03.2021 Mk 6,4-6

4A Jezus mówił im: Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu prorok spotyka się z taką wzgardą. 5I nie mógł tam dokonać żadnego pełnego mocy czynu, tylko kilku chorych uzdrowił, kładąc na nich ręce. 6I dziwił się z powodu ich niewiary. Potem obchodził okoliczne wsie, nauczając.

Zgromadzeni w Jego rodzinnej synagodze obrazili się na Jezusa. Stanął bowiem przed nimi nie jako cieśla, czyjś syn lub brat, lecz jako prorok, który miał odwagę im powiedzieć, że także oni, jego współrodacy i rodzina, potrzebują się zmienić. Dlaczego więc prorok jest wzgardzony w swoim domu? Przyjmują go jako swojego i traktują jego słowa jako odnoszące się do innych, a nie do swoich. Żyją we własnym, zamkniętym świecie, przyjęli Jego odwiedziny, zdumiewali się Jego mądrością, ale uważali, że to, co mówi, ich nie dotyczy. Dlatego nie mógł nic dla zrobić, choć kilku chorych uzdrowił. Jego rodzinna synagoga stała się przykładowym miejscem niewiary. I Jezus już nigdy nie będzie nauczał w żadnej synagodze, ta była ostatnia, którą odwiedził. Ludzie chodzą do synagogi, bo chcą być religijni, a nie po to, aby się nawracać. Nie potrzebują żadnego proroka, który swoim słowem odsłoni im ich choroby, lęki, niepowodzenia. Wystarczy im ten, kto im odprawi ich ulubione nabożeństwo, po którym poczują się lepiej. Przecież o to właśnie chodzi w ich życiu: nie myśleć o tym, co ja sam robię źle, sprowadzając na siebie problemy i konflikty z innymi, a On wbrew mnie z tego błogiego stanu chce mnie wyrwać. Dobrze, że sobie poszedł, niech uczy innych, a nas zostawi w spokoju. Jezus odszedł i nigdy nie wrócił. Ci, którzy chcieli się zmienić, musieli opuścić swoje rodzinne miasto i udać się do Niego.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 25.03.2021 Mk 6,1-3

1Odszedł stamtąd i przyszedł do swego rodzinnego miasta, a Jego uczniowie szli za Nim. 2Kiedy nadszedł szabat zaczął nauczać w synagodze. Wielu słuchających było zdumionych. Mówili: Skąd u tego takie rzeczy? Co to za mądrość została Mu dana? I takie czyny pełne mocy dokonują się przez Jego ręce!3Czy nie jest On cieślą, synem Maryi, a bratem Jakuba, Jozesa, Judy i Szymona? Czy Jego siostry nie są tu, wśród nas? I obrazili się na Niego.

Jezus zaraz po uzdrowieniu kobiety cierpiącej na krwotok i obdarowaniu nowym życiem córkę Jaira, przyszedł do Nazaretu, swojej małej ojczyzny. Przyszedł z własnej inicjatywy, a nie na żądanie swojej rodziny, która zaniepokojona tym, co robił, chciała Go zabrać do domu. Towarzyszyli Mu też uczniowie, dla których musiały to być równie ważne odwiedziny. Kiedy jednak wszedł w szabat do synagogi i zaczął nauczać, wielu słuchając Go, odkryło ze zdziwieniem, że takiego Go nie znają. Dlatego nie wymieniają Jego imienia. Zdumiewając się Jego mądrością i czynami pełnymi mocy, określają Go tak, jakby był obcy: skąd u tego takie rzeczy? Faktycznie, przyszedł On do nich właśnie jako obcy, głosząc zupełnie co innego niż byli przyzwyczajeni. Spodziewali się kogoś swojego, którego pamiętają, wykonującego zawód cieśli, syna Maryi, mającego czterech braci i siostry. Odwiedzając swoje rodzinne miasto, powinien być z niego dumny i okazać swoim rodakom wdzięczność za wychowanie religijne otrzymane w synagodze. A On głosi im bliskość królestwa Bożego i wzywa do nawrócenia i wiary w Jego ewangelię. Zgorszyli się tym, co mówił i obrazili się na Niego: nie należy do nas, jest kimś obcym, nie chcemy mieć z Nim nic wspólnego.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 24.03.2021 Mk 5,41-43

41Wziął dziecko za rękę i mówi jej: ‘Talitha kum’, to znaczy: Dziewczyno, mówię tobie, wstań! 42Dziewczyna natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I zdziwili się ogromnie. 43Przykazał im jednak stanowczo, aby nikt nie dowiedział się tego. Powiedział też, aby dali jej jeść.

Rodzice wprowadzili Jezusa tam, gdzie było ich dziecko. Dla nich nie jest ono gotowe do samodzielnego życia. Właśnie takie dziecko bierze On za rękę, ale mówi do niej, bo to ona, mówi po aramejsku: ‘Talitha kum’, a po grecku oznacza to ‘Dziewczyno, mówię tobie, wstań’. Dziecko umarło, a ze śmierci powstaje dziewczyna, która mając dwanaście lat przekracza właśnie próg dorosłości. Pomiędzy dzieckiem a rodząca się właśnie kobietą nie ma ciągłości. Kto nie zna aramejskiego, nie rozumie, należy mu przełożyć na grecki. Kto przyzwyczaił się do traktowania swojej córki jako dziecka, nie umie postępować z nią inaczej. Trzeba mu tłumaczyć i wyjaśniać, że w dziewczynie, która wstała i chodzi, nie ma już dziecka, umarło. Na początku, Jair prosił Jezusa, mówiąc ‘moja córeczka’ umiera. Jej życie należało do niego, bo jako przełożony synagogi miał władzę, która rozciągała się także na jego rodzinę. W słowie ‘córeczka’ można dopatrywać się czułości, ale zaimek ‘moja’ wyraża jakiś rodzaj posiadania. Kiedy w drodze za Jezusem został odarty ze swej władzy, poczuł się już tylko zrozpaczonym ojcem dziecka. Nie mógł go nazwać swoim, bo umarło. Ale dla Jezusa nie umarło, było tylko w głębokim śnie, w którym jako jeszcze dziecko oddzieliło się od innych. Jezus pierwszy zwrócił się już nie do ‘dziecka’, lecz do ‘niej’, nazywając ją tym, kim się właśnie stała: rodzącą się młodą kobietą, która należy do siebie, do nikogo innego. Wszystkich obecnych ogarnęło zdumienie, jakby ujrzeli kogoś obcego, którego dotąd nie znali, lecz Jezus nie chciał, aby ktoś się o tym dowiedział, bo każdy musi to sam przeżyć w swoich bliskich relacjach. Zaleca, aby tego innego zaprosić na ucztę i szanować go jako gościa, a nie jako swoją własność.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 23.03.2021 Mk 5,38-40

38Gdy przyszli do domu przełożonego synagogi, ujrzał zamieszanie i płaczki głośno lamentujące. 39Wszedł, mówiąc im: Dlaczego robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi. 40Lecz oni wyśmiewali się z Niego. On zaś wyrzucił wszystkich, zabrał ojca dziecka i matkę oraz tych, którzy byli z Nim, i wszedł tam, gdzie było dziecko.

Wewnętrzna niepewność, którą przeżywał przełożony synagogi na wieść o śmierci swej córki, jeszcze się pogłębiła, gdy przyszli do jego domu. Krzyki zawodowych płaczek potwierdzają to, czego się najbardziej obawiał, że jego córka umarła i nic nie da się zrobić. Ale tę scenę pierwszy widzi Jezus. W Jego spojrzeniu nie ma rezygnacji, lecz jakiś rodzaj niezgłębionej ufności i spokoju, w połączeniu ze zdziwieniem: dlaczego ludzie tak szybko się poddają, dlaczego nie czekali aż On przyjdzie? Kiedy mówi im, że dziecko nie umarło, tylko śpi, wynajęci żałobnicy, zaczynają z Niego szydzić, przecież wiedzą lepiej, odprawiają żałobę, bo dziecko odeszło. Nikt w domu nie pomógł przełożonemu synagogi trwać w wierze, obecność płaczek pokazuje, że wszyscy domownicy opłakują śmierć dziecka. Ich zachowanie odbiera mu ostatnią nadzieję i wystawia jego wiarę w słowo Jezusa na największą próbę: wierzyć wbrew temu, co widzi i słyszy od innych. Po wyrzuceniu przez Niego wszystkich, kto pozostał w domu? Nie ma już przełożonego synagogi, lecz zrozpaczony ojciec z ledwo tlącą się nadzieją, nie ma też żony przełożonego synagogi, lecz zbolała matka, patrząca na śmierć dziecka. Jezus wchodząc tam, gdzie ono było, zabrał też tych, którzy z Nim przyszli. Nie są nazwani uczniami, bycie uczniem jest tu wymazane. Nie mają się czego uczyć, obserwując przebieg zdarzeń i zachowując wobec nich ‘zdrowy’ dystans. Zabrał ich ze sobą, aby to, co przeżywają rodzice dziecka i On sam, uprzedzając swoją własną śmierć, dotknęło ich najgłębszej istoty, aby poczuli się zranieni, jak oni w swym człowieczeństwie.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 22.03.2021 Mk 5,37

37I nie pozwolił nikomu iść ze sobą, z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakuba.

Kiedy przełożony synagogi dowiedział się, że jego córka umarła, nie usłyszał od Jezusa zapewnienia, że ona żyje, lecz wezwanie: nie bój się, tylko wierz. Ludzie z tłumu nie zrozumieli tych słów, gdyż ze zmarłym dzieckiem nie mieli żadnej osobistej relacji. Podążali, szukając sensacji, że może zdarzy się coś nadzwyczajnego. Ale Jezus nie pozwolił nikomu iść ze sobą. Nie idzie, aby zaspokoić ich ciekawość. Nie wziął ze sobą też wszystkich swoich uczniów, a jedynie tych, których powołał na samym początku. Mają być świadkami, a nie obserwatorami tego, co się stanie. Świadkami czego? Samotnej drogi wiary, którą rozpoczyna przełożony synagogi, która będzie także ich udziałem. Wszystko dotąd w jego życiu działo się na oczach ludzi, bo był osobą publiczną, ważną i szanowaną. Z tego wizerunku czerpał całą swoją wartość. Może spodziewał się, że Jezus mówiąc mu ‘tylko wierz’, dokona cudu widocznego dla wszystkich i ten sposób wzrośnie jeszcze jego prestiż. Lecz nic takiego się nie stanie. Na drodze wiary nie dzieje się nic do oglądania czy podziwiania, kroczy się po niej samotnie, poza spojrzeniem innych, w nieprzeniknionej otchłani obaw, zwątpień i niepewności, będąc prowadzonym wyłącznie przez jedno jedyne słowo ‘tylko wierz’.

5 Niedziela W. Postu/B, 21.03.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Jr 31,33: Lecz takie będzie przymierze, jakie zawrę z domem Izraela po tych dniach, mówi Pan: Umieszczę swe prawo w głębi ich jestestwa i wypiszę na ich sercach. Będę im Bogiem, oni zaś będą Mi ludem.

Hbr 5,7-9: Chrystus z głośnym wołaniem i płaczem, za swych dni doczesnych, zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości. I chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał. A gdy wszystko wykonał, stał się sprawcą zbawienia wiecznego dla wszystkich, którzy Go słuchają.

J 12,24-26: Jeśli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie samo jedno, ale jeśli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. Kto zaś chciałby Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 20.03.2021 Mk 5,35-36

35Kiedy jeszcze mówił, przyszli z domu przełożonego synagogi, oznajmiając: Twoja córka umarła. Czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela? 36Lecz Jezus, słysząc przekazaną wiadomość mówi do przełożonego synagogi: Nie bój się, tylko wierz!

Jezus jest w trakcie rozmowy z kobietą, która po dotknięciu Jego płaszcza wcale nie chciała Go zatrzymywać w Jego drodze do domu przełożonego synagogi, ale On chciał usłyszeć jej historię, aby ona sama i ci, którzy ją słyszeli poznali, czym jest wiara. Dopiero bowiem szczere wyznanie, w którym ktoś odzyskuje swoją traumatyczną przeszłość, dopełnia uzdrowienia. Już chciała odejść z radością, że jest zdrowa, gdy razem z Jezusem słyszy wiadomość z domu przełożonego synagogi, że jego córka umarła. Słowo ‘córka’ musiało ją zelektryzować. Przecież, przed chwilą Jezus zwrócił się tak do niej, zmierzającej wcześniej w swojej chorobie ku śmierci. A teraz czyjaś córka umarła. Czym jest jej uzdrowienie, jeśli ona znajduje się w śmierci? Solidarność kobiet. I na dodatek, to pytanie skierowane do zrozpaczonego ojca: Po co jeszcze trudzisz Nauczyciela? W pierwszym odruchu myśli, że to jej wina, bo przez nią i dla niej zatrzymał się On w pół drogi. Ale wtedy słyszy słowa, które On kieruje do przełożonego synagogi: Nie bój się, tylko wierz. Jej historia się nie zakończyła, ma dalszy ciąg w jego historii i w historii jego córki. Gdyby nie jej wyznanie, w którym odsłoniła całą swoją rozpaczliwą bezsilność a jednocześnie nadzieję, że dotknięcie płaszcza Jezusa może przynieść jej ocalenie, przełożony synagogi nie zrozumiałby tego, do czego On go wezwał: nie rozpaczaj, wierz. Bez jej wiary on nie mógłby uwierzyć. Podziękowałby Jezusowi za Jego chęć pomocy i nie chcąc trudzić Nauczyciela, odszedłby w rozpaczy pochować swoją córkę.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 19.03.2021 Mk 5,33-34

33Kobieta, ogarnięta bojaźnią i drżąca, wiedząc, co się jej stało, przyszła, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. 34On zaś jej powiedział: Córko, twoja wiara cię uratowała, odejdź w pokoju i bądź zdrowa od twojej dolegliwości.

Bojaźń i drżenie to uczucia, wynikające z doświadczenia czegoś, co dokonało się poza własnymi możliwościami. Wiedziała, że ze swoją chorobę ona sama nie może nic zrobić, również lekarze, usiłujący jej pomóc, też byli bezradni. Była silną kobietą nawet chorując, bo tyle lat walczyła o swoje zdrowie, zaradną, gdyż potrafiła znaleźć kolejnych lekarzy. Wreszcie doszła do momentu, w którym poznała coś bardzo ważnego: starała się tak bardzo a mimo to życie z niej uchodziło (krwawienie). Myślała: istniejesz, jeśli coś robisz, jeśli nie robisz, nie istniejesz. Teraz uświadomiła sobie: jeśli coś robisz, to czujesz tylko to, co osiągnęłaś, jeśli nie robisz, czujesz siebie. Bojaźń i drżenie to uczucia istnienia własnej osoby poza jakimkolwiek działaniem. Zrozumiała, że to On pozwolił jej tak się poczuć i pokazał jej, iż życie nie polega wyłącznie na działaniu. Czy dotknięcie to działanie? Nie, bo nie zapłaciła za to, żeby się Go dotknąć, nie błagała Go też usilnie w przekonaniu, że siła jej prośby skłoni Go do udzielenia jej pomocy. Dotykając Jego płaszcza po prostu zbliżyła się do Niego w bezbronnej otwartości, a wyznając Mu całą prawdę, odsłoniła siebie w całości swej ukrywanej dotąd historii także przed tłumem, który ją słuchał. I tę postawę - bezbronność i wyznanie całej prawdy - Jezus  nazywa wiarą, która ją ocaliła, bo pomimo wszystkich swoich obaw zaufała Mu bezgranicznie. Kiedy odsyła ją w pokoju, ogłaszając, że jest zdrowa, może przejść wśród tłumu bez strachu, z podniesioną głową jako ta, do której On zwrócił się ze słowem ‘Córko’. Słysząc to o sobie, wie, że nigdy jej nie opuści i zawsze z nią będzie.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 18.03.2021 Mk 5,30-32

30Jezus natychmiast rozpoznał w sobie, że moc wyszła od Niego. Odwrócił się więc w tłumie i pytał: Kto dotknął moich szat? 31Lecz uczniowie mówili do Niego: Widzisz tłum napierający na Ciebie zewsząd, a pytasz: Kto Mnie dotknął? 32On jednak spojrzał wkoło, by zobaczyć tę, która to zrobiła.

Uzdrowienie, którego chora kobieta doświadczyła przez dotknięcie płaszcza Jezusa, polegało nie tylko na tym, że odzyskała ona swoje ciało. Moc, która od Niego wyszła, a którą On rozpoznał w sobie, powędrowała do niej, przywracając jej zdolność nawiązywania na nowo więzi. Dwanaście lat nikogo nie dotykała i nikt jej nie mógł dotknąć, teraz jej ciało jest gotowe, aby znowu poczuć bliskość. Czy to koniec procesu uzdrowienia? Mogłaby przecież niezauważona wycofać się z tłumu i wrócić do domu. Dla siebie byłaby czysta, ale inni uważaliby ją ciągle za nieczystą. Jezus wiedział, że w tłumie, który tłoczył się na Niego i wielu Go dotykało, ktoś dotknął Jego szat w specjalny sposób, inaczej niż wszyscy. Jakie to dotknięcie? Szczególne, bo zawierała się w nim cała historia zmagania się z wieloletnią chorobą, z gasnącą nadzieją i coraz większą rozpaczą, że nic już nie da się zrobić. W jednym dotknięciu – cała historia. Niestety ani tłum ani Jego uczniowie nie dostrzegli nic nadzwyczajnego, gdyż dla nich cud musi być widowiskiem, spektaklem, dającym się oglądać i podziwiać. Dla Jezusa cud jest tym, co się dzieje w ukryciu, wewnątrz osoby, pokonując w niej bariery, które uniemożliwiają bycie z innymi. Dlatego szuka jej swoim spojrzeniem i ona to szukające spojrzenie musi zobaczyć w Jego oczach, aby uzdrowienie w niej się dopełniło.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 17.03.2021 Mk 5,27-29

27Kiedy usłyszała o Jezusie, podeszła w tłumie od tyłu i dotknęła Jego płaszcza. 28Myślała bowiem: Jeśli tylko dotknę Jego szat, zostanę uzdrowiona. 29Natychmiast źródło jej krwotoku ustało i poznała w swoim ciele, że jest uzdrowiona ze swej choroby.

Co usłyszała o Jezusie, że zdecydowała się przyjść do Niego, gdy już straciła nadzieję w możliwość uleczenia? Przecież wiedziała, że jako nieczysta nie może iść do Niego jawnie i prosić Go o pomoc. Hamowało ją poczucie wstydu i strach przed odrzuceniem. Ale z różnych wieści, jakie dochodziły o Nim, uderzyła ją ta, że ci, którzy mieli jakieś choroby, starali się Go dotknąć i doznawali uzdrowienia (Mk 3,10). To była jej szansa. Mogła podejść do Niego z tyłu, w ukryciu, nierozpoznana i po prostu dotknąć Jego szat. Kiedy znalazła się w tłumie tuż za Nim, zrobiła tak jak sobie wcześniej zaplanowała: dotknęła Jego płaszcza. To było przemyślane działanie: musiała przezwyciężyć wszystkie swoje obawy, związane z nieprzychylną reakcją, otaczających ludzi, a nade wszystko uwierzyć temu, co usłyszała, że wystarczy Go dotknąć i zostanie uzdrowiona. I tak się stało. Krwawienie, wynikające z bycia kobietą, które nie ustawało, wreszcie przestało. Poznała w swoim ciele, które tak długo było nieczyste, nie tylko dla innych, lecz także dla niej samej, że jest uzdrowiona. Odzyskała swoje ciało, z którym walczyła w chorobie i do którego miała tyle niechęci, może nawet nienawiści.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 16.03.2021 Mk 5,24-26

24Jezus odszedł z nim, a wielki tłum podążał za Nim, napierając na Niego ze wszystkich stron. 25Pewna kobieta zmagała się od dwunastu lat z krwotokiem. 26Dużo wycierpiała od wielu lekarzy. Wydała wszystko, co posiadała, ale nie czuła się lepiej, przeciwnie, jej stan się pogorszył.

Na prośbę ojca, błagającego o życie swego dziecka, Jezus nic nie odpowiada, lecz bez słowa, zgodnie z jego życzeniem, aby położył na nią ręce, idzie z nim. Tłum zewsząd tłoczy się na Niego, bo chce zobaczyć, jak będzie uzdrawiał córkę tak ważnego człowieka, jakim był Jair. Wszyscy przeżywają jego dramat i podążają za nim do jego domu. Kobiety, chorującej od dwunastu lat na krwotok, nikt nie zna. Jest bez imienia, bez pozycji, jakby nie istniała. Jako nieczysta nie mogła otwarcie pojawiać się publicznie. Wiedziała, że każdy, kto by się jej dotknął, sam stałby się nieczysty. Z biegiem lat nauczyła się żyć w przeświadczeniu, że ludzie boją się do niej zbliżyć, bo jest niedotykalna. Nikt się nie zainteresował jej chorobą, nikt też nie udzielił jej wsparcia, sama musiał walczyć o swoje zdrowie. Przez dwanaście lat chodziła do lekarzy i wydała na swoje leczenie wszystko, co miała, ale nie odczuła żadnej poprawy, było coraz gorzej. Doszła do punktu, w którym nie widziała już dla siebie żadnego ratunku. O jej istnieniu i chorobie nie wiedział ani Jair, pochłonięty losem swojej córeczki, ani tłum, oczekujący na jej uzdrowienie, ani nawet Jezus i Jego uczniowie. Była całkowicie osamotniona i swój pogarszający się stan odczuwała tak, jakby umierała. Czy jej historia to historia każdej kobiety, przeżywającej trudne chwile w swoim życiu, w świecie ważnych mężczyzn?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.03.2021 Mk 5,22-23

22I przyszedł jeden z przełożonych synagogi o imieniu Jair. Kiedy Go zobaczył, rzucił się do Jego stóp 23i błagał Go usilnie: Moja córeczka jest umierająca. Przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła.

Dlaczego Jair, przełożony synagogi, chciał się dostać do Jezusa, do którego faryzeusze odnosili się z wrogością, oskarżając Go o nieprzestrzeganie dnia odpoczynku (szabatu)? Musiał się przedzierać nie tylko przez tłum, tłoczący się wokół Niego, ale także przez własny obraz samego siebie. Jak to, on, którego imię znali wszyscy w mieście, mający władzę nad innymi, mężczyzna powszechnie szanowany i dumny ze swej wysokiej pozycji, ma udać się do Tego, który nie cieszy się dobrą opinią u jego kolegów, bo uzdrawiał w szabat? Jak się pokaże w synagodze, w której sprawuje urząd przełożonego? W publicznym wizerunku może być dużo przemocy wobec siebie, gdyż blokuje on dostęp do zwykłych, ludzkich uczuć i trosk. Upadając Jezusowi do nóg, wyrzeka się całego prestiżu bardzo ważnej osobistości (VIP) i staje się wyłącznie zrozpaczonym ojcem, który wyznaje przed Nim swój ból: moja córeczka umiera, a on umiera razem z nią. Boi się, że to koniec. Jego lęk jest większy niż uczniów podczas burzy na morzu i głębszy niż ten, ukryty pod warstwą agresji. Odrzucając swój publiczny wizerunek, odrzuca też opinię o Jezusie: zbolały ojciec klęka przed Tym, który może położyć na niej swe ręce i przywrócić jej życie. Wiele od Jezusa oczekuje, ale jest On dla jego dziecka i dla niego jedynym ratunkiem. Jako osoba publiczna zawsze to on był najważniejszy, teraz na oczach tłumu, który go zna jako przełożonego synagogi, ustępuje miejsca swojej umierającej córeczce, prosząc o jej uzdrowienie. W błaganiu swego ojca, przez to, co się z nią dzieje, również ona staje się ważna dla innych.

4 Niedziela W. Postu/B, 14.03.2021 Z liturgii Słowa Bożego

2 Krn 36,14-16: Wszyscy naczelnicy Judy, kapłani i lud mnożyli nieprawości, naśladując wszelkie obrzydliwości narodów pogańskich i bezczeszcząc świątynię, którą Pan poświęcił w Jerozolimie. Pan, Bóg ich ojców, bez ustanku wysyłał do nich swoich posłańców, albowiem litował się nad swym ludem i nad swym mieszkaniem. Oni jednak szydzili z Bożych wysłanników, lekceważyli ich słowa i wyśmiewali się z Jego proroków, aż wzmógł się gniew Pana na swój naród do tego stopnia, iż nie było już ratunku.

Ef 2,4-5.8-10: Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił. Jesteśmy bowiem Jego dziełem, stworzeni w Chrystusie Jezusie do dobrych czynów, które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili.

J 3,16-17.19-21: Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat sądził, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu».

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 13.03.2021 Mk 5,21

21Gdy Jezus przeprawił się w łodzi znowu na drugi brzeg, zgromadził się wokół Niego wielki tłum, a On był nad morzem.

Przeprawa Jezusa w łodzi, a więc razem z uczniami, z powrotem na żydowski brzeg, musiała dać im dużo do myślenia o tym, co się stało w krainie Gerazeńczyków. Mają jeszcze przed oczyma zdumiewającą przemianę opętanego, który z człowieka gwałtownego i w swej agresji nie do opanowania, stał się rozumną osobą. Wracając, przypominali sobie również burzę na morzu, kiedy zawładnął nimi strach i w panice myśleli, że zginą. Czy te dwie sytuacje, które przeżyli z Jezusem, czegoś ich nauczyły? Przemoc i gorączkowe ratowanie siebie niewiele pomagają, jedynie pogłębiają lęk. Mogli go zobaczyć w całej jego sile dopiero w zachowaniu Jezusa: w Jego niepojętej dla nich ufności, gdy spał podczas burzy w tyle łodzi oraz w Jego bezbronnej otwartości w spotkaniu z opętanym. Nie przeprawiali się już przez morze, lecz w żywej jeszcze pamięci, przez swoje myśli i uczucia. Mocne, graniczne doświadczenia zapadają głęboko, trwają, aby do nich wracać i o nich myśleć, odkrywając coraz to nowe rzeczy. Stając razem z Jezusem na drugim brzegu, wśród zgromadzonego wokół Niego tłumu, mogą wreszcie zadać sobie pytanie: Czy to jest ten sam brzeg, z którego wyruszyliśmy? Ten sam, ale my chyba jesteśmy inni. Co więc się stanie, gdy ktoś doświadczając śmiertelnego lęku, odrzuci przemoc i własne sposoby obrony samego siebie? Zapadnie się w rozpacz bez dna?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 12.03.2021 Mk 5,18-20

18Kiedy wsiadał do łodzi, prosił Go ten, który był opętany, aby mógł być z Nim. 19On jednak nie pozwolił mu, lecz powiedział do niego: Idź do swego domu, do swoich, i opowiadaj im, co Pan ci uczynił i jak się nad tobą zmiłował.20Odszedł więc i zaczął głosić w Dekapolu to, co Jezus mu uczynił, a wszyscy się zdumiewali.

Jezus nie przychyla się do prośby człowieka z Gerazy, który chce wsiąść z Nim do łodzi i przyłączyć się do jego uczniów. Dlaczego? Przecież byłoby to oczywiste zwieńczenie procesu uzdrowienia. Ale On uważa inaczej. Byłaby to raczej ucieczka od jego rodzinnego środowiska, w którym przemoc jest akceptowanym elementem społecznych zachowań, dając o sobie znać w sposobie odnoszenia się do innych przez obraźliwe słowa, gesty i fizyczną agresję. Wyczuwa, że ten, który był opętany, myśli, iż Jego uczniowie są wolni od przemocy. Nie zdaje on sobie sprawy, jak wiele z jego zachowań jest także ich udziałem. Musi on zawsze pamięć, że był w jej władaniu i chęć jej użycia będzie ciągle do niego wracać. Bycie Jego uczniem ma się realizować na innej drodze, w nowym spojrzeniu na swoje codzienne postępowanie. Ma iść do swoich najbliższych jako odmieniony i opowiadać o przemianie, jaka się w nim dokonała, nade wszystko o tym, że w agresji człowiek zatraca siebie, a odnajduje się na nowo w słowie, które niesie współczucie, a ono jest przeciwieństwem przemocy. Jeśli nie będzie opowiadał, zapomni, że był opętany i ona do niego powróci. Wreszcie, trwałość swego uzdrowienia zobaczy w reakcji tych, z którymi będzie się spotykał: spodziewali się od niego agresji a w zamian zaproszeni są do spokojnej rozmowy, w której mogą rozwiązać powstałe między nimi problemy.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 11.03.2021 Mk 5,14-17

14Wypasający je uciekli i opowiedzieli w mieście i w wioskach o tym, co się stało. 15 Przybyli do Jezusa i zobaczyli opętanego, siedzącego w ubraniu i przy zdrowych zmysłach, właśnie tego, mającego ‘legion’. 16Wtedy ci, którzy widzieli, co się stało z opętanym, opowiedzieli im o tym, a także o świniach. 17Zaczęli Go więc błagać, aby odszedł z ich krainy.

Odrzucenie ze wstrętem przemocy dla niektórych jest nie do przyjęcia, gdyż w ich mniemaniu czyni ich całkowicie bezbronnymi. Nie zmieniają zdania nawet wtedy, gdy widzą kogoś, kto jej nie stosuje i zachowuje się jak rozumna osoba, gotowa do rozmowy (w pozycji siedzącej), świadoma swoich granic (w ubraniu) i odpowiedzialna za swoje zachowanie (przy zdrowych zmysłach). Słysząc, co się stało z opętanym i ze świniami, wyrażającymi obrzydzenie do agresji, doświadczają uczucia bojaźni, tej samej, której doznali uczniowie po uciszeniu burzy na morzu przez Jezusa, a jednak nie zadali sobie pytania, jak oni: Kim On jest, że swoim słowem i spokojną rozmową, potrafi zmienić kogoś opętanego przemocą w rozumną osobę? Prosząc Go, aby odszedł z ich krainy, potwierdzają tylko, że przemoc ma charakter systemowy, jest częścią kultury i stylu życia, akceptowanym i usprawiedliwianym na poziomie myślenia, uczuć i zachowań.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 10.03.2021 Mk 5,13

Błagały Go duchy nieczyste: „Poślij nas w te świnie. 13I pozwolił im. Duchy nieczyste wyszły i i weszły w świnie. A trzoda licząca około dwóch tysięcy sztuk popędziła urwistym zboczem w dół do morza i utonęła w morzu.

Od przemocy nie można łatwo się uwolnić, gdyż używana w niej siła daje poczucie władzy i kontroli. Ktoś może już wiedzieć, że agresywne zachowania wyrządzają krzywdę. Robi szczere i mocne postanowienie, że nigdy się one nie powtórzą, a jednak w kolejnych konfliktowych sytuacjach znowu się do nich ucieka. Czego mu brakuje? Uczucia obrzydzenia. Dlatego przemoc musi być najpierw uzewnętrzniona oczami wyobraźni, żeby wzbudzić wstręt podobny do tego, jaki odczuwali Żydzi w stosunku do zwierząt nieczystych. W obrazie świń pędzących po zboczu góry do morza, Jezus pokazuje uczniom agresję żołnierzy z rzymskich legionów i każe im patrzeć na nią z obrzydzeniem, aby nie chcieli się do nich upodobnić i walczyć z nimi tą samą bronią, co oni (jeden z nich chwyci miecz podczas Jego aresztowania). Obrzydzenie to jedno z najsilniejszych uczuć i to ono jedynie może pokonać przemoc, a nie tłumaczenia czy racjonalne wyjaśnienia, które mogą pomóc, ale jej nie przezwyciężą.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 09.03.2021 Mk 5,10-12

10I prosił Go usilnie, aby nie odsyłał ich poza tę krainy. 11A pasła się tam na zboczu góry wielka trzoda świń. 12Błagały Go: Poślij nas w te świnie, abyśmy w nie weszli.

Jeszcze raz, człowiek z Gerazy prosi Jezusa jako jednostka, ale występuje w imieniu wielu, którzy mają nad nim władzę. Prosi Go, aby ich nie odsyłał z tych okolic, które są miejscem jego zamieszkania. W dalszym ciągu nie rozumie, że jako ofiara przemocy nosi w sobie ogromne pokłady agresji (tyle, ilu bezwzględnych żołnierzy liczy rzymski legion), której używa w radzeniu sobie z problemami, pojawiającymi się w relacjach z innymi. Jego myślenie biegnie takimi torami: bez tej drzemiącej we mnie agresji nie poradzę sobie w środowisku, w którym stosuje się przemoc jako narzędzie rozwiązywania trudnych sytuacji. Muszę być agresywny, aby nie pozwolić siebie krzywdzić. Z ofiary staje się oprawcą. Siła uwodzi i pociąga, kiedy traktuje się ją jako jedyny sposób obrony siebie, a przecież najlepszą obroną jest wyprzedzający atak: zanim ktoś zrobi ci krzywdę, pierwszy uderz. Czy istnieje jakieś podobieństwo między przemocą a trzodą świń, pasącą się na zboczu góry? Owszem, należą one do zwierząt, które były hodowane przez pogan, lecz przez Żydów uważane były za nieczyste. Wypasano je z dala od ludzkich domostw. Agresja też jest spoza bliskich więzi, bo je niszczy i poranione osoby oddziela od siebie. Dlatego już nie człowiek z Gerazy, lecz zamieszkujące go duchy nieczyste proszą Jezusa, aby posłał je w świnie. Czyżby zrozumiał, że przemoc nie jest żadnym rozwiązaniem?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 08.03.2021 Mk 5,9

9Zapytał go: Jak ci na imię? Odpowiedział: Na imię mi Legion, bo jest nas wielu.

Jezus nie stara się przekrzyczeć człowieka z Gerazy, aby nad nim zapanować, co zazwyczaj czynią ludzie, chcąc siebie nawzajem podporządkować, ukrywając swój demoniczny lęk. Próbuje z nim spokojnie porozmawiać, pytając go o jego imię. Jednak ‘Legion’ to nie imię, lecz nazwa rzymskiej jednostki wojskowej, składającej się z kilku tysięcy żołnierzy. Dlatego wyjaśnia: Jesteśmy liczni. Owszem, ludzi jest wielu, ale jak to możliwe, żeby wielu było w jednej osobie? Kiedy ktoś doświadcza jakiejkolwiek przemocy, fizycznej lub psychicznej, to kolejni sprawcy odciskają w nim takie piętno, że przestaje być sobą. W miejsce jego własnego imienia, które traci ważność, wchodzą owi inni, potężni, mający nad nim władzę. Oni będą rządzić jego zachowaniem, z nimi będzie się nieustannie konfrontował, walczył, kłócił się i wobec nich usprawiedliwiał. Jak rzymskie legiony starały się utrzymać władzę na terenach okupowanych i siłą tłumić wszelki opór i bunt, budząc strach, tak każda ofiara przemocy czuje się wewnętrznie w podobnej sytuacji (tylko niech nikt nie mówi, że w swoim życiu nigdy nie doznał żadnej przemocy: ilu sprawców, tyle głosów wewnątrz). Człowiek z Gerazy odpowiada jakby był jedną osobą (moim imieniem jest ‘legion’), ale w środku krzyczy w nim wiele głosów i z żadnym z nich nie potrafi się zidentyfikować, bo to nie jego głos, lecz głosy z zewnątrz, które nim zawładnęły. Czy wiedział o tym? Nie wiedział. Dopiero spokojne pytanie Jezusa o jego imię, pozwoliło mu odkryć, co się w nim naprawdę dzieje i dlaczego zdarzają się mu zachowania, których nie potrafi wytłumaczyć.

3 Niedziela W. Postu/B, 07.03.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Wj 20,1-2.9-10: Bóg wypowiedział wszystkie te słowa: Ja jestem Panem, twoim Bogiem, który wyprowadził cię z ziemi egipskiej, gdzie byłeś niewolnikiem. Przez sześć dni będziesz wykonywał wszystkie swoje prace, lecz siódmy dzień jest szabatem dla Pana, twego Boga. W tym dniu nie podejmiesz żadnej pracy.

1 Kor 1,22-25: Gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów, jak i spośród Greków – Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi.

J 2,19.21-22: Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo. On zaś mówił o świątyni swego ciała. Gdy zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 06.03.2021 Mk 5,6-8

6Widząc Jezusa z daleka, przybiegł i oddał Mu pokłon. 7Krzyczał donośnym głosem: Co jest wspólnego między mną a Tobą, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie!”. 8Mówił mu bowiem: „Duchu nieczysty, wyjdź z tego człowieka”.

Człowiek z Gerazy nie czeka aż Jezus zbliży się do niego, to on inicjuje całe spotkanie, chcąc, aby ono odbyło się na jego warunkach. Jakich? Zanim Jezus cokolwiek powie i pierwszy do niego podejdzie, biegiem i pokłonem do ziemi manifestuje swoje poddanie się Mu. To demoniczna forma religijności, ale równie demoniczny sposób nawiązywania kontaktów z innymi ludźmi. Ktoś uprzedza i wręcz osacza drugiego swoją wylewną uprzejmością, która jednak nie ma nic wspólnego z prawdziwą dobrocią. O co więc chodzi w tym demonicznym sposobie zachowania? O władzę. Poddanie się komuś, okazanie zainteresowania i troski są pozorne i udawane. Pod nimi wybrzmiewa przeraźliwy krzyk: nie wtrącaj się w moje życie, trzymaj się od moich spraw jak najdalej, możesz się zbliżyć do mnie na tyle, na ile ci ja pozwolę i ani jednego kroku dalej w moim kierunku. Moje życie i twoje życie to dwa odrębne światy i każdy w nim rządzi po swojemu. Zwracając się do Jezusa tytułem ‘Synu Boga Najwyższego’, zdradza chęć posiada wręcz boskiej władzy: Jezus niech sobie rządzi, gdzie chce, ale moje życie jest całkowicie w moim władaniu. Człowiek z Gerazy cierpi nie dlatego, że sam sobie zadaje ból (wiersze 4-5), lecz z tego powodu, że w słowach Jezusa i w Jego obecności czuje zagrożenie. Dlatego próbuje Go egzorcyzmować, czyli pozbawić Go władzy nad sobą. Wcześniej bowiem Jezus powiedział mu: Duchu nieczysty, wyjdź z tego człowieka. Swoim krzykiem, religijnością i grzecznością na pokaz, chciał zagłuszyć to, co zostało w nim odkryte. Jest on cały na zewnątrz i swoją zewnętrznością broni wszystkimi siłami dostępu do swego wnętrza. A jakie to wnętrze?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 05.03.2021 Mk 5,3-5

3Miał mieszkanie w grobach i nie dawał się związać nikomu, nawet za pomocą łańcucha. 4Ponieważ wiele razy wiązano go powrozami i łańcuchami, ale rozrywał łańcuchy i zrzucał z siebie powrozy, i nikt nie miał siły, aby go obezwładnić. 5Całymi nocami i dniami przebywał w grobach i w górach, krzyczał i uderzał w siebie kamieniami.

Jak zachowuje się ktoś owładnięty lękiem? Przeżywając go, nie widzi siebie ani tego, co robi. Wybucha złością i każda próba powstrzymania jej przez innych jeszcze ją potęguje. Strach rodzi agresję. To pierwotny wymiar naszej zwierzęcej natury. Nikt, kto się boi, nie przyznaje się do tego, lecz spontanicznie mobilizuje wszystkie siły do ataku. Nie można się przyznać do lęku, gdy ma się w sobie głęboką nieufność. Skąd się ona bierze? Z przeszłości. Lęki z dzieciństwa są zawsze wielkie, a stają się większe, jeśli dorośli nie traktują ich poważnie i nie dają troskliwej opieki. Bo czymże jest pierwotny lęk przed śmiercią? Niemożnością uratowania siebie, gdyż nie ma nikogo, kto przyjdzie z pomocą i ocali. Tu zakorzenia się śmiertelna nieufność prowadząca do przemocy. W odpowiedzi na wybuchy agresji inni próbują nakładać pęta, powstrzymać ją siłą. Zawsze daremnie, bo siłą nie da się pokonać czyjegoś lęku. A skutkiem jest jeszcze większa nieufność, która przechodzi w agresję wobec samego siebie. Daje ona złudne poczucie władzy: nie boję się, mam siłę, bo mogę samemu sobie zadawać rany i nikt mi w tym nie przeszkodzi. Nieufność przechodzi w chęć samounicestwienia. Czy z tego zamkniętego kręgu przemocy jest jakiejś wyjście?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 04.03.2021 Mk 5,1-2

1Przybyli na drugą stronę morza, do krainy Gerazeńczyków. 2Kiedy wychodził z łodzi, nagle wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek znajdujący się w mocy ducha nieczystego.

Uczniowie nie przypuszczali, że ich łódź przybije do takiego miejsca po drugiej stronie morza, które nie jest zamieszkane przez Żydów, lecz przez pogan. Ale muszą przyjąć, że Ktoś Inny ich tu przyprowadził. Po co? Myślą pewnie, że jako Żydzi są lepsi od nich, gdyż wierzą w jednego Boga i starają się żyć według Jego przykazań. A jednak, może w niektórych sytuacjach zachowują się jak poganie, co oznacza, że nie wcale nie mają nad nimi przewagi? Po czym to poznać? Tym, który wybiegł naprzeciw Jezusa, był człowiek, mieszkający wśród grobów, a więc tam, gdzie króluje śmierć. Każdy grób jest dowodem jej zwycięstwa nad życiem. Duch nieczysty, który nim zawładnął to lęk przed śmiercią, trudno rozpoznawalny, rozproszony i prawie niewidoczny przy wypełnianiu codziennym obowiązków. Dochodzi do głosu w sytuacjach granicznych, ekstremalnych, w których przestajemy panować nad sobą. Czy w gwałtownych ruchach tego człowieka, w jego przerażonej twarzy, nie rozpoznali tego samego lęku, jakiego niedawno doświadczyli podczas burzy na morzu? Przecież tak samo nie potrafili go opanować. No więc, w czym są lepsi od pogan? W przeżywaniu lęku przed śmiercią, wszyscy jesteśmy równi, tak samo bezsilni i poddający się panice, gdyż przypomina nam, o czym czasami zapominamy, że nie jesteśmy nieśmiertelni ani wszechmocni. Nie przyznając się do tego, że się boimy, podtrzymujemy ten fałszywy i fikcyjny obraz siebie.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 03.03.2021 Mk 4,39-41

 39On obudzony, zgromił wiatr i rzekł morzu: Milcz! Ucisz się! Ustał wiatr i zapanowała głęboka cisza. 40Wtedy powiedział im: Czemu jesteście przerażeni? Jeszcze nie macie wiary? 41Ogarnęła ich wielka bojaźń i mówili jeden do drugiego: Kim On właściwie jest, że nawet wiatr i morze są Mu posłuszne?

W swojej pierwszej reakcji po obudzeniu Jezus zwraca się najpierw do wiatru i morza. Jego słowo objawia moc, która je ucisza. A więc nie przestraszył się sztormu, potrafił nad nim zapanować. Skąd wziął taką siłę? Z ufności w bliskość Boga. W niej mógł spać nawet podczas burzy, bo czuł się bezpieczny w Jego rękach. Uczniowie patrzyli na wzburzone morze i wydawało im się, że ich całkowicie pochłonie. Nie myśleli, że słowo Jezusa, nauczającego w przypowieściach, może cokolwiek zmienić w ich położeniu. Strach ma wielkie oczy: to, co widzieli (fale zalewające łódź) było potężniejsze niż to, co słyszeli (Jego słowo). A właśnie z wewnętrznego słuchania słowa bierze się siła, zdolna stawić czoło przeciwnościom. Dlatego Jezus zwraca się do nich z pytaniem: Czemu jesteście przerażeni? Będą musieli je sobie ciągle przypominać, ilekroć wpadną w kolejne zagrożenie i stracą głowę w panice. Jednak to tylko część sprawdzianu ze słuchania. Kieruje do nich drugie pytanie: Jeszcze nie macie wiary? Mówi im, że lęki, jakich doświadczają w trudnych okolicznościach życia, mają jakiś związek z brakiem wiary, która wiąże człowieka z Kimś, kto jest ponad wszystko. Ale Jego bliska obecność dostępna jest właśnie przez słowo Jezusa, które objawia swoją siłę w wewnętrznym słuchaniu. Poczuli ją tak mocno, że zaczęli się zastanawiać między sobą, kim On jest, skoro są Mu posłuszne żywioły budzące grozę. Nie może być zwykłym nauczycielem, który tylko coś wyjaśnia. Jego słowo działa i uwalnia od lęku.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 02.03.2021 Mk 4,35-38

35Owego dnia, gdy nastał wieczór, mówi im: Przeprawmy się na drugi brzeg. 36Kiedy zostawili tłum, zabrali Go, tak jak był, w łodzi, a inne łodzie były z Nim. 37Zerwała się potężna wichura. Fale uderzyły w łódź, tak że już się napełniała. 38A On z tyłu spał, oparty na podgłówku. Budzili Go, mówiąc: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?

Jezus głosząc przypowieści o słuchaniu, nauczał z łodzi, będącej na morzu, a morze to żywioł nieprzewidywalny. Zapraszając uczniów, aby razem przeprawili się na drugi brzeg, stwarza okazję do zweryfikowania ich zdolności do słuchania. Ale nie odpytuje ich, co zapamiętali z Jego słów i czy w sposób właściwy je zrozumieli. To nie jest egzamin ustny, w formie dyskusji z nauczycielem, lecz praktyczny sprawdzian, w którym następuje zderzenie z sytuacją graniczną. Gdy już są na morzu, zrywa się tak potężny wicher, że ogromne fale zalewają prawie łódź. Są rybakami, znają morze, a mimo to wpadają w panikę. Nie potrafią sobie poradzić z łodzią w czasie sztormu i są wobec niego całkowicie bezsilni. To jest właśnie sytuacja graniczna: wiedza, którą posiedli i długoletnie doświadczenie pracy na morzu okazują się nie wystarczające. Kiedy ktoś nie wie, co robić i zaczyna czuć się coraz bardziej bezradny, pojawia się strach, równie potężny jak wicher i fale. Czy zwykłe słuchanie może tu pomóc? W zagrożeniach raczej mobilizujemy wszystkie siły, aby im się przeciwstawić. Tak postąpili uczniowie budząc Jezus i oskarżając Go o bezczynność. On śpi, a tu potrzebna jest każda para rąk, żeby uratować łódź. W Jego spokojnym śnie z tyłu łodzi upatrują obojętność na to, że wszyscy mogą zginąć. Czy obudzony, czuje On ten sam strach, co oni i włączy się do wspólnych działań przy ratowaniu łodzi?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 01.03.2021 Mk 4,30-34

30I mówił: Do czego przyrównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je przedstawimy?31Jest ono jak ziarno gorczycy. W momencie siania w ziemię, jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. 32Kiedy zostanie zasiane, wyrasta i staje się większe od innych krzewów, wypuszcza wielkie gałęzie, tak że ptaki z powietrza mogą zakładać gniazda w jego cieniu. 33W wielu takich przypowieściach przekazywał im naukę, zgodnie z tym, na ile byli zdolni słuchać. mówił do nich, stosownie do tego, co mogli pojąć.34Bez przypowieści nie mówił do nich. Na osobności natomiast wszystko wyjaśniał swoim uczniom.

Wszystko, co robimy ma zawsze małe początki. Dziecko poznaje najpierw litery, które uczy się składać w wyrazy i zdania zanim będzie mogło czytać i pisać ze zrozumieniem. Nabywane umiejętności zachęcają i motywują do dalszej nauki. Ale z bliską relacją do Boga i bliźnich jest trochę inaczej. Jest ona ze wszystkich początków najmniejsza i rozwija się wyłącznie przez słuchanie. Niełatwo zaufać, że z tak niepozornego początku może się rozwinąć coś wielkiego. Słuchanie musi być gościnne dla słowa, przychodzącego od innych, jak rozłożyste gałęzie dla ptaków, symbolizujących narody. Każdy mówi w innym języku – własnym, nawet jeśli to jest język wspólny, ojczysty. Dlatego i działanie Boga i spotkania z ludźmi są zawsze jak przypowieści. Nie rozumiemy, co się dzieje w naszym życiu, jeśli będziemy chcieli, żeby inni mówili do nas w naszym języku. Ale wtedy będziemy ich sobie podporządkowywać, traktując jak przedmioty i uniemożliwiając nawiązanie prawdziwej więzi, która daje poczucie bliskości, wolnej od wzajemnego zniewolenia. Słuchanie nie jest umiejętnością jak wszystkie inne, nie można się go nauczyć samemu ani wcześniej przećwiczyć. Uczymy się go zawsze w konfrontacji ze słowem lub obecnością drugiego i zawsze zaczynamy od czegoś małego – drobnej i prawie niewidocznej uważności.

2 Niedziela W. Postu/B, 28.02.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Rdz 22,15-18: Po czym Anioł Pański przemówił głośno z nieba do Abrahama po raz drugi: «Przysięgam na siebie, mówi Pan, że ponieważ uczyniłeś to, a nie odmówiłeś Mi syna twego jedynego, będę ci błogosławił i dam ci potomstwo tak liczne jak gwiazdy na niebie i jak ziarnka piasku na wybrzeżu morza; potomkowie twoi zdobędą warownie swych nieprzyjaciół. Wszystkie ludy ziemi będą sobie życzyć szczęścia takiego, jakie jest udziałem twego potomstwa, dlatego że usłuchałeś mego rozkazu».

Rz 8,31-34: Jeżeli Bóg z nami, któż przeciwko nam? On, który nawet własnego Syna nie oszczędził, ale Go za nas wszystkich wydał, jakże miałby także wraz z Nim wszystkiego nam nie darować? Któż może wystąpić z oskarżeniem przeciw tym, których Bóg wybrał? Czyż Bóg, który usprawiedliwia? Któż może wydać wyrok potępienia? Czy Chrystus Jezus, który poniósł za nas śmierć, co więcej – zmartwychwstał, siedzi po prawicy Boga i przyczynia się za nami?

Mk 9,7-8: I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 27.02.2021 Mk 4,26-29

26I mówił: Z królestwem Boga ma się tak, jak z człowiekiem, który wrzucił ziarno w ziemię. 27Śpi czy wstaje, nocą i dniem, ziarno kiełkuje i wzrasta, a on nie wie jak. 28Ziemia sama z siebie wydaje plon: najpierw źdźbło, potem kłos, wreszcie pełne ziarno w kłosie. 29A gdy zboże jest dojrzałe, natychmiast idzie z sierpem, bo nadeszła pora żniwa.

Człowiek religijny nie może wytrzymać żadnej bezczynności lub lenistwa w swej relacji z Bogiem. Uważa, że jeśli nie będzie nic robił, to Bóg się od niego odwróci. Podobnie można myśleć o swoich relacjach z innymi ludźmi. Ktoś uprzedza czyjeś oczekiwania, robi wszystko za niego i dla niego, nie pozwalając mu na nic. Jezus widzi relacje z Bogiem i ludźmi zupełnie inaczej. Opierają się one na mocy słowa i zdolności słuchania, z których rodzi się wzajemne zaufanie. Po zasianiu ziarna w ziemi, rolnik nic już nie robi, pracuje tylko ziemia wraz z ziarnem, które w swoim rytmie kiełkuje i wzrasta. On też ma swój rytm: w nocy śpi, a w dzień zajmuje się różnymi obowiązkami. Nie wie, co się dzieje z ziarnem, a jeśli nie wie, to nie kontroluje, bo ufa. Wystarczy, że ktoś uważnie słuchał i przyjął słowo, resztę zrobi Bóg, działający w głębiach serca. Nie trzeba Go wyręczać i sprawdzać, czy coś się już zmieniło. Bezczynność jest równie ważna jak robienie czegoś, bo jest cierpliwym i ufnym czekaniem aż nadejdzie moment zbierania owoców w postaci bliskiej i odnowionej więzi. Wyznacza ona konieczną przestrzeń dla wolności Boga i drugiego, bez której nie ma prawdziwej relacji.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 26.02.2021 Mk 4,21-25

21Mówił im też: Czy wnosi się lampę po to, aby ją postawić pod dzbanem lub pod łóżkiem? Czy nie po to, aby postawić ją na świeczniku? 22Nic bowiem co jest ukryte, co by nie miało zostać ujawnione. Niczego nie da się utrzymać w ukryciu, aby nie wyszło na jaw. 23Kto ma uszy do słuchania, niech słucha! 24I mówił im: Uważajcie na to, czego słuchacie. Jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą, a nawet wam dodadzą. 25Bo temu, kto ma, będzie dodane, a temu, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma.

W kolejnych przypowieściach Jezus opuszcza pole, na którym siewca sieje swoje ziarno, widoczne dla obserwujących z zewnątrz, z miejsca, gdzie wygłasza On swoją naukę, i przenosi się do domu. Tego, co się dzieje w środku nikt nie widzi, nawet ci, którzy w nim mieszkają. Poruszają się w ciemnościach i zachowują się wobec siebie po omacku, nie potrafiąc rozwiązać żadnego problemu, nie umiejąc dojść do przyczyny i źródła konfliktów, powodujących napięcia i wrogość. Potrzebują lampy, czyli słowa. Kiedy wnosi się ją do domu, nie stawia się jej pod dzbanem, odwróconym dnem do góry ani po łóżkiem, lecz na świeczniku. Słowo ma rozświetlać ukryte zamiary, zadawnione urazy, skrywane intencje. Jeśli słowo niesie światło, to nie słucha się go po to, aby puścić mimo uszu i je zlekceważyć, jakby nie miało nic do objawienia. Czasami banalna uwaga, rzucona mimochodem może wiele odsłonić, jeśli zacznie się nad nią myśleć, co jest znakiem wewnętrznego słuchania. Jezus powtarza: Kto ma uszy do słuchania, niech słucha. O jakie uszy Mu chodzi? No nie o te, wystające z głowy. Chodzi Mu o ucho wewnętrzne, które wpuszcza światło, przychodzące w słowie, nie tylko ze strony drugiego, lecz także twoje słowo. Palniesz coś i przez jego reakcję, wraca ono do ciebie i zaczynasz się rumienić ze wstydu i zażenowania. Chyba, że masz tylko uszy, wystające z głowy, wtedy będziesz nawet dumny, że go poniżyłeś lub ośmieszyłeś. Słuchanie więc ma swoją miarę i są różne jego stopnie. Im słuchasz uważniej, wnikliwiej, tym więcej zrozumiesz i więcej zobaczysz, co musisz w sobie zmienić i jak głęboko się nawrócić. Ten, kto nie słucha, niczego nie zrozumie i pozostanie w ciemności. I jak wielka to ciemność?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 25.02.2021 Mk 4,20

20Tymi, którzy są zasiani na glebie urodzajnej, są ci, którzy słuchają słowa i przyjmują je, a następnie wydają plon: trzydziestokrotny, sześćdziesięciokrotny, stokrotny.

Słowo i drugi człowiek dzielą ten sam los. Słowo jest obce, pragnienia i pożądania – swoje, bo własne (ziarno jest obce dla drogi, skały i cierni). Inny jest zawsze drugi, na pierwszym miejscu jest moje ja. Nigdy nie przekonam mojego ja, żeby ustąpił miejsca drugiemu. To może się dokonać tylko przez słuchanie, w którym słowo zaczynam przyjmować jako potrzebne, ważne i oczekiwane, jak dobrze uprawiona ziemia czeka na ziarno, aby wydać z niego obfity plon. Słuchanie musi być gościnne i bezwarunkowe, nie może mu towarzyszyć żadne ‘ale’, ‘bo’, ‘zaraz’. Słuchanie w relacji z innym powinno być podobne. Gościnność polega na tym, że przyjmuje się kogoś do własnego domu, nie stawiając mu żadnych warunków i zawieszając na moment własne wymagania. Wtedy słuchanie słowa innego wydaje plon, przewyższający wcześniejsze nieurodzaje. A jaki to plon? Więzi z innymi, w których wzrasta i dojrzewa nasze człowieczeństwo.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 24.02.2021 Mk 4,18-19

18Jeszcze inni są tymi, posianymi między cierniami: to ci, którzy słuchają słowa, 19ale troski światowe, ułuda bogactwa i inne pożądania wchodzą i zagłuszają w nich słowo, w skutek czego staje się bezowocne.

Początek jest obiecujący: ci, posiani między cierniami, słuchają słowa i w tym słuchaniu są wytrwali i szczerzy. Ale obok słowa, słuchanego z uwagą, do głosu dochodzi coś innego. W pierwszym rzędzie zjawiają się troski, towarzyszące życiu w świecie: praca, utrzymanie rodziny, obawy o przyszłość. Przecież to są ważne sprawy, nie można z nich zrezygnować. Ten, kto czuje się odpowiedzialny, musi się nimi zajmować. Pod tym wzniosłym myśleniem o byciu odpowiedzialnym, kryje się kontrolowanie własnego życia i życia innych. Potwierdzeniem tego mogą być kłótnie o pieniądze: dają one złudne poczucie bezpieczeństwa i jeszcze bardziej wzmacniają kontrolę. Podobną rolę odgrywają inne pożądania: wszystkie skupiają się w jednej żądzy władzy nad własnym losem i utwierdzają w myśleniu, że są czymś koniecznym, nawet, gdy zaczyna się dostrzegać ich negatywne skutki. W konsekwencji, pomimo słuchania, będą zagłuszały słowo i nie pozwolą mu wydać owoców. Ten sam proces odbywa się w relacjach z ludźmi: manipulacje i wymuszanie pożądanych zachowań, podejmowane pod płaszczykiem odpowiedzialności, są tylko nieudolnym skrywaniem chęci kontrolowania i podporządkowania sobie innych. Ostatecznie sam wszystko ogarniam, inni są mi potrzebni tylko jako posłuszne narzędzia.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 23.02.2021 Mk 4,16-17

16Oto ci zasiani na gruncie kamienistym: kiedy słyszą słowo, natychmiast z radością je przyjmują. 17Niestety nie mają w sobie korzenia, lecz trwają przy nim krótko. Wtedy bowiem, gdy pojawiają się trudności lub prześladowanie z powodu słowa, natychmiast ulegają zgorszeniu.

Najpierw jest natychmiastowa radość z usłyszanego słowa. Rozbudza ona oczekiwania, że odtąd wszystko zmieni się na lepsze. Ale radość trwa krótko, gdyż zmiana jest tylko zewnętrzna, podobna do niewielkiej ilości ziemi, przykrywającej skałę. Szybko przychodzi rozczarowanie. Wszystko miało się już dobrze układać, problemy miały zniknąć, a okazuje się, że pojawiają się większe i głębsze. Tak dzieje się w relacjach z innymi, w których słowo Jezusa odsłania coraz więcej prawdy. Początkowa radość nie pozwala przezwyciężyć rozczarowania, które się pogłębia. Powinno bowiem być lepiej, więcej pozytywnych reakcji ze strony innych, a zamiast tego brak zrozumienia i nawet wrogość. Myślenie w rozczarowaniu przeradza się w zwątpienie: Czyż o taką perspektywę życia chodziło – z ciągłymi trudnościami, które prowadzą do zmęczenia materiału? Czyż nie lepiej wrócić do tego, co było, do znanych problemów, które ma się zawsze pod jakąś kontrolą? Wreszcie marzenie, które musiało rodzić się także w głowach uczniów: żeby to wszystko zostawić i wrócić do ‘normalnego, ustabilizowanego’ życia, które wiedli zanim weszli na drogę za Jezusem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 22.02.2021 Mk 4,13-15

13Mówi im: Nie rozumiecie tej przypowieści? Jak więc dojdziecie do zrozumienia innych przypowieści?14Siewca sieje słowo. 15Tymi ‘przy drodze’, gdzie jest zasiane słowo, są ci: Jak tylko słyszą słowo, natychmiast przychodzi szatan i zabiera słowo w nich zasiane.

Uczniom, zgromadzonym wokół Jezusa i pytającym Go o znaczenie przypowieści o siewcy, wydaje się, że są w uprzywilejowanej pozycji wewnątrz. Jednak, ze swoim sposobem myślenia, pozostają ciągle na zewnątrz. Proszą Go bowiem o jej wyjaśnienie. Wyjaśnia się rzeczy, ich budowę, działanie, dostarczając odpowiednich informacji. Rzeczy używamy i nimi się posługujemy, mając nad nimi władzę. Z osobami jest inaczej. Nie można ich traktować jak przedmioty. Jeśli chcemy być z kimś blisko, trzeba starać się go zrozumieć, otwierając się na to, co do nas mówi. Rzeczy nie mówią. Dlatego przypowieść jest o siewcy, który sieje słowo. Ktoś nawykły do traktowania innych przedmiotowo, jak ci, posiani na ścieżce udeptanej przez ludzi, słyszy skierowane do niego słowo, ale zaraz mu ono zostaje zabrane, gdyż nie przywiązuje on do niego żadnej wagi. Słowa, przez której ktoś chce powiedzieć, co się z nim dzieje, uważa za bezużyteczne, bo nie służą do zrobienia czegoś, a wejściem w bliskie relacje nie jest w ogóle zainteresowany. Uczniowie muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w ich zachowaniu nie ma czegoś z tej postawy.

1 Niedziela W. Postu/B, 21.02.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Rdz 9,13-15: Bóg rzekł: Łuk mój kładę na obłoku, aby był znakiem między Mną a ziemią. Gdy więc ujrzę obłok nad ziemią i ukaże się łuk na chmurach, 15przypomnę sobie moje przymierze między Mną a wami oraz wszelką żywą istotą cielesną. Nie będzie już więcej wód potopu, niszczących wszelką istotę cielesną.

1 P 3,18: Chrystus raz za grzechy cierpiał – sprawiedliwy za niesprawiedliwych – aby was przyprowadzić do Boga. Jego ciało wprawdzie zabito, ale mocą Ducha został przywrócony do życia.

Mk 1,12-15: Zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię,gdzie przez czterdzieści dni był kuszony przez szatana. Przebywał tam wśród dzikich zwierząt, a aniołowie Mu służyli. Kiedy Jan został uwięziony, Jezus przybył do Galilei, głosząc Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił. i nadchodzi już królestwo Boże! Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 20.02.2021 Mk 4,10-12

10Kiedy był sam, ci, którzy byli wokół Niego, razem z Dwunastoma, pytali Go o przypowieści.11I mówił im: „Wam dana jest tajemnica królestwa Bożego, tamtym zaś, na zewnątrz, wszystko dzieje się w przypowieściach, 12dlatego że patrząc, widzą, ale nie dostrzegają, słuchając, słyszą, ale nie rozumieją, żeby się nie nawrócili i nie otrzymali przebaczenia”.

Jezus jest sam, bez tłumu. Są z Nim tylko ci, którzy się zgromadzili wokół Niego i Dwunastu. Tworzą oni z Nim wewnętrzny krąg, oddzielony od tych, znajdujących się na zewnątrz. Dla nich, usytuowanych zewnątrz, przypowieść jest o sianiu ziarna, a nie o słuchaniu. Przyjmują do wiadomości to, co się dzieje z ziarnem i nie zadają żadnych pytań. Usłyszeli i trzymają się z dala. Tym, którzy są z Jezusem, przypowieść nie daje spokoju, pytają: do czego się ona odnosi. To dwa podejścia do życia. Wydarzenia, które nas spotykają, są jakie są, nad czym się tu zastanawiać. Ale ci, będący z Jezusem, myślą, co On nam chce przez nie powiedzieć. Im właśnie dana jest tajemnica bliskości Boga, która otwiera na obecność innych jako zawsze ważne wydarzenie, dające dużo do myślenia. Ten, kto nie przekroczy granicy bycia zewnątrz i w jakimś momencie nie zapragnie być wewnątrz, obawiając się, że bycie w bliskich relacjach może go dotknąć, będzie patrzył, lecz niczego, co kryje się w środku, nie zobaczy, będzie też słuchał, ale niczego, co się wydarza, gdy ludzie są blisko siebie, nie zrozumie. A jeśli nie zobaczy i nie zrozumie, to nie będzie mógł się nawrócić i otrzymać przebaczenia, że tak długo był daleko, na zewnątrz, zamiast być blisko i w tej bliskości wzrastać.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 19.02.2021 Mk 4,3-9

Mówił im w swojej nauce:3Słuchajcie. Siewca wyszedł siać. 4A gdy siał, jedno ziarno padło przy drodze. Przybyły ptaki i zjadły je. 5Inne padło na grunt kamienisty, gdzie nie było dużo ziemi i natychmiast wzeszło, bo gleba nie była głęboka. 6Lecz kiedy wzeszło słońce, zostało spalone. A ponieważ nie miało korzenia, uschło. 7Inne padło między ciernie. Ciernie wyrosły i zagłuszyły je, i nie wydało plonu. 8Inne wreszcie padły na glebę urodzajną i wydały plon, dojrzewając i obfitując ponad miarę: jedno trzydziestokrotny, inne sześćdziesięciokrotny, a jeszcze inne stokrotny”.9I mówił: Kto ma uszy do słuchania, niech słucha!

Pierwszym słowem, z którym Jezus zwraca się do tłumów i uczniów, jest wezwanie ‘słuchajcie’. Główną treścią Jego nauki będzie więc słuchanie. Musiał uznać, że wyraża ono podstawowy wymiar bycia człowiekiem, od którego zależy wszystko inne w ludzkim życiu. Słuchanie jednak jest niewidoczne, a jest dramatycznie ważne. Jak ważne? Tak ważne, jak sianie ziarna, z którego będzie chleb, służący zaspokojeniu najważniejszej z ludzkich potrzeb, jakim jest głód. Śledzenie tego, co się dzieje, gdy siewca wychodzi siać, może zwrócić uwagę na zdolność słuchania, nad którą nikt się nie zastanawiał. To umiejętność, której trzeba się nauczyć, obserwując efekty pracy siewcy. Jest rozrzutny, sieje wszędzie, na wszystkie możliwe miejsca. Jeśli gdzieś nie będzie plonu, to nie jego wina. Słuchanie to nie czytanie, które można wielokrotnie powtórzyć. Ktoś mówi i idzie dalej, jak siewca. I wtedy mogą się zdarzyć trzy przypadki ułomnego słuchania i jeden, który przynosi skutki ponad miarę. W pierwszym, przy drodze, ziarno widoczne jak dźwięk, który jednak zaraz ulatuje, zjedzone przez ptaki. W drugim, mało ziemi, szybki wzrost: dźwięk usłyszany, ale bez korzenia, przy mocnym słońcu usycha. W trzecim, między cierniami to dźwięk zagłuszony (hałasem na zewnątrz albo myślami wewnątrz?). Na końcu słuchanie zatrzymuje to, co powiedziane na długo. Jak długo? Aż wyda wielokrotny plon, niewyobrażalnie duży. Czyż Jezus, w podsumowaniu swej przypowieści, nie ironizuje mówiąc: Kto ma uszy do słuchania, niech słucha. Nie każdy bowiem wie, że ma uszy, które służą do słuchania. Niektórzy sądzą, że to są tylko rejestratory dźwięków, bez możliwości przetwarzania ich w mózgu.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 18.02.2021 Mk 4,1-2

1Znowu zaczął nauczać przy morzu. Zgromadził się wokół Niego tak wielki tłum, że wszedł do łodzi i usiadł w niej na morzu, podczas gdy cały tłum był na wprost morza, na ziemi. 2Nauczał ich wiele w przypowieściach.

Dlaczego ważne jest miejsce, z którego Jezus naucza? Dlaczego ważne jest również to, gdzie znajduje się zgromadzony wokół Niego tłum i gdzie są Jego uczniowie? Jezus znowu przyszedł nad morze, gdzie powołał pierwszych uczniów (1,16; 2,13) i gdzie wcześniej nauczał tłumy (3,7). Brzeg morza stanowi granicę: po jego drugiej stronie mieszkają poganie, a na lądzie – Żydzi. Dla jednych i drugich jest ta sama nauka, nikt nie jest lepszy ani gorszy. Jezus, wchodząc do łodzi i siadając w niej na morzu, nie będzie się odnosił do żydowskich zwyczajów ani do religii pogańskiej. Celem Jego nauczania będzie to, co stanowi istotę ludzkiego życia, niezależnie od tego, w jakiej religii ktoś się wychował i jakie ma obecnie przekonania. W Jego nauczaniu dużą rolę odgrywa dystans: nie będzie nikomu swej nauki narzucał ani wymuszał jej przestrzegania; nie będzie jej głosił z pozycji wyższości ani wzbudzał strachu; będzie ją przekazywał w przypowieściach. Nie posługują się one językiem religijnym, lecz czerpią wyłącznie z języka codzienności. Całe szczęście, że Jego uczniowie i tłumy nie są ludźmi religijnymi, bo pewnie nie byliby zainteresowani nauką, w której nie będzie żadnego pobożnego bablania, tak często słyszanego w ich synagogach.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 17.02.2021 Mk 3,31-35

31Wtedy przychodzi Jego Matka i Jego bracia. Stojąc na zewnątrz, posłali do Niego, przywołując Go. 32A siedział wokół Niego tłum. Mówią Mu: Twoja Matka, Twoi bracia i Twoje siostry na zewnątrz dopytują się o Ciebie. 33Odpowiedział im: Kto jest moją matką i braćmi? 34I patrząc na tych, którzy siedzieli w kręgu wokół Niego, mówi: To moja matka i moi bracia. 35Bo kto czyni wolę Boga, ten jest moim bratem i siostrą i matką.

Matka Jezusa i Jego bracia przyszli, aby Go zabrać do domu, na łono rodziny. Dlatego stoją na zewnątrz. Nie są absolutnie zainteresowani tym, co robi, bo uważają, że więzy rodzinne są najważniejsze. Nie mają zamiaru czekać aż skończy, chcą Mu przerwać i razem z Nim wrócić do siebie. A wokół Jezusa siedzi tłum, Jego bliscy natomiast nie usiedli, lecz stoją i posyłają kogoś, aby Go przywołał. Nie próbowali nawet dostać się do Niego i bezpośrednio z Nim porozmawiać. Pozostając na zewnątrz, są od Niego daleko. Jedyny powód, dla którego chcą się z Nim zobaczyć: przecież to matka i bracia, najbliżsi, nie potrzeba więc nic uzasadniać. Jezus odpowiada pytaniem, które kieruje przede wszystkim do samego siebie, ale też do uczniów i tłumu, siedzącego wokół: Kto jest moją matką i moimi braćmi? Uświadomił sobie, że Jego bliscy są daleko (na zewnątrz) od tego, co On odkrył jako swoje powołanie, pochodzące od Boga. Blisko są ci, którzy zostawili swoje rodziny i teraz siedzą wokół Niego. Oni są jego matką i braćmi. Tym stanowczym stwierdzeniem ustanawia nowy rodzaj więzi, łączących Go z ludźmi. Nie będą one podobne do rodzinnych relacji, w których wszyscy czują się uzależnieni od wzajemnych oczekiwań, skrywanych i niewypowiadanych otwarcie. Ich wzorcem nie będzie posłuszeństwo wobec ojca, którego obraz każdy nosi w sobie, lecz gotowość czynienia woli Boga. Matka też nie będzie w centrum. We wspólnocie Jezusa, każdy dla każdego będzie bratem i siostrą, a matka musi przejeść na koniec i uczyć się, jak być Jego uczniem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 16.02.2021 Mk 3,28-30

28Zapewniam was: Ludziom będą odpuszczone wszystkie grzechy i wypowiedziane przez nich bluźnierstwa. 29Kto by jednak zbluźnił przeciwko Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia: będzie winien grzechu wiecznego. 30Mówili bowiem: Ma ducha nieczystego.

Faryzeusze nie przyjęli wyjaśnień Jezusa i nie przedstawili żadnych innych argumentów na potwierdzenie swoich oskarżeń. Trwali przy swoim przekonaniu, że Jezus ma ducha nieczystego i wszelkie dobro wykonuje jego mocą, zwodząc ludzi. Uważają, że dobro może pochodzić tylko od takich jak oni, mających podobne przekonania i poglądy. Duch przychodzący od Boga, który stworzył świat i wszystkich ludzi, nie ogranicza się w swoim działaniu do jednej grupy lub religii i wyznawanych przez nich wierzeń. Ktoś czyni dobro rozpoznawalne, przyjęte i potwierdzone przez tych, którzy go doświadczają. Mówić o nim, że jest kimś złym i że jego czyny są zwykłym oszustwem, to zamknąć się w ogóle na ukryte działanie Bożego Ducha. Ten, kto w taki sposób myśli i mówi, oddziela siebie od Boga, stawiając się na Jego miejscu, bo tylko On może wydać sprawiedliwy wyrok, kto jest dobry a kto zły. I zrobi to dopiero na końcu. Jezus przestrzega będących z Nim uczniów przed przyjmowaniem postawy faryzeuszów. Bardzo religijni ludzie, na podstawie tego, że wykonują tak wiele pobożnych uczynków, mają nieodpartą chęć wypowiadania się w imieniu Boga i wydawania ostatecznych sądów w odniesieniu do postępowania innych.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.02.2021 Mk 3,23-27

23Wtedy przywołał ich i mówił im w przypowieściach: „Jak może szatan szatana wyrzucać? 24Jeśli jakieś królestwo jest w sobie podzielone, to takie królestwo nie może przetrwać. 25 I jeżeli dom jest w sobie podzielony, to taki dom nie będzie mógł przetrwać. 26 Jeśli więc szatan powstał przeciwko sobie i jest podzielony, to nie może przetrwać, lecz koniec z nim. 27Ale nikt nie może wejść do domu kogoś silnego i zrabować jego rzeczy, jeśli najpierw go nie zwiąże. Dopiero wtedy obrabuje jego dom.

Jezus nie odpowiada wrogością na obraźliwe i niemające uzasadnienia oskarżenia uczonych w Piśmie, skierowane wobec Niego. Raczej zaprasza ich do rozmowy, która wyraża Jego przyjazne nastawienie. Nie czuje się śmiertelnie obrażony, gdyż uważa, że Jego czyny same się obronią. Dlatego też nie traktuje ich jako przeciwników i nie używa argumentów, które mogłyby ich dotknąć osobiście. Bierze poważnie ich zarzut, ale podważa go, odwołując się do zdrowego rozsądku: Jak szatan może wyrzucać szatana? Właśnie zdroworozsądkowe myślenie jest najlepszą obroną przed religijną ideologią, rzucającą oszczerstwa bez pokrycia. Opowiada im przypowieści, w których nie stosuje języka religijnego, lecz ze sfery codziennego życia. Każdy na podstawie swego doświadczenia może zweryfikować Jego argumenty. Królestwo wewnętrznie podzielone w końcu upadnie, podobnie rodzina – skłócona, nie przetrwa. Szatanowi zależy na utrzymaniu władzy, nie może więc przeciw sobie występować. Tylko ktoś silniejszy do niego, a nie działający z jego upoważnienia, może wyrwać z jego ręki ludzi, nad którymi ma on władzę. Jezus tymi przypowieściami nie atakuje uczonych w Piśmie, przeciwnie daje im możliwość krytycznego ustosunkowania się do nich i wyciągnięcia własnych wniosków. Ważniejsze jednak jest to, że tej rozmowie przysłuchiwali się Jego uczniowie, którzy cały czas są z Nim. Otrzymują w niej wskazówkę, że swoje przekonania religijne muszą sprawdzać, pytać się, czy są prawdziwe w sferze życiowych doświadczeń.

6 Niedziela Zwykła/B, 14.02.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Kpł 13,45-46: Trędowaty, dotknięty tą plagą, będzie miał rozerwane szaty, włosy nie uczesane, brodę zasłoniętą i będzie wołać: Nieczysty, nieczysty! Przez cały czas trwania tej choroby będzie nieczysty. Będzie mieszkał w odosobnieniu. Jego mieszkanie będzie poza obozem.

1 Kor 10,33: I ja staram się podobać wszystkim we wszystkim, bo nie szukam pożytku dla siebie, ale dla wielu, aby byli zbawieni.

Mk 1,40-42: Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty i upadłszy na kolana, prosił Go: Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić. A Jezus, zdjęty litością, wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł do niego: Chcę, bądź oczyszczony! Zaraz trąd go opuścił i został oczyszczony.

 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 13.02.2021 Mk 3,22

Uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili, że ma Belezebula i że przez władcę demonów wyrzuca demony. 

Znawcy Pisma przyszli wyrazić swoją opinię o Jezusie, a nie spotkać się z Nim. Nawet nie  zwracają się do Niego bezpośrednio, jedynie komentują do innych Jego zachowanie. Niektórym z nich od samego początku nie podobało się ani to, co mówił, ani co robił. Ci z Jerozolimy, w ogóle Go nie znając, oskarżyli Go, że ma w sobie Beelzebula, czyli jest pod wpływem najgorszego rodzaju religijności pogańskiej, prościej, jest po prostu heretykiem. Dlaczego tak myślą i mówią o Nim? Bo uważają, że jedyna prawdziwa pobożność możliwa jest wyłącznie w Jerozolimie, która ze swoją świątynią jest naważniejszym miejscem oddawania czci Bogu i przestrzegania Jego Prawa. Jezus działający w odległej Galilei, nie mający poparcia u żadnego z nauczycieli Pisma, jest samozwańczym uzdrowicielem i swoimi naukami zwodzi prosty lud. Podejrzewają Go o współpracę z władcą demonów, że za jego przyzwoleniem i mocą je wyrzuca. Ich nauczanie nie ma takiej mocy, o czym wszyscy mogą się przekonać, słuchając ich w szabat w synagogach (Mk 1,22). Ich  słowa nie zmieniają ludzi, a przecież chcą mieć nad nimi władzę, dlatego widzą w Jezusie kogoś, kto chce im ją odebrać. W ich religii zawsze chodzi o władzę i wpływy. Jezus przyciągający tłumy jest jej śmiertelnym zagrożeniem.
Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 12.02.2021 Mk 3,20-21

20Wtedy przyszedł do domu i znowu zbiegł się taki tłum, że nie mogli nawet zjeść posiłku. Kiedy 21Jego bliscy usłyszeli o tym, wyszli, aby Go powstrzymać. Mówiono bowiem, że odszedł od zmysłów.

Ustanowienie wspólnoty Dwunastu musiało spowodować zmianę w postawie Jezusa, w treści Jego nauczania, ale też w zachowaniu uczniów. Na tę zmianę zareagował najpierw tłum, który znowu zaczął zgromadził się wokół domu, gdzie oni przebywali. Przyciągnęła ich nowa jakość relacji Jezusa do uczniów i między nimi. Musieli mieć w sobie taką otwartość, że wszyscy chcieli być blisko, nie pozwalając im nawet na spożycie posiłku. Jednak z perspektywy własnej rodziny Jezusa i ‘opinii publicznej’, czyli głosów, jakie dochodziły do Nazaretu, o tym, co się z Nim dzieje, wyglądało to inaczej. Rodzina była najważniejsza i każdy musiał stosować się do zasad w niej obowiązujących, a przede wszystkim bronić jej honoru i nie narażać swoim zachowaniem na wstyd wobec innych. Sąsiedzi i znajomi mogli pytać: Co ten wasz Jezus wyprawia? Mówią, że postradał zmysły, czyli oszalał i nie panuje nad sobą. A powinien podporządkować się rodzinie i robić to, czego się w niej nauczył. Wyruszyli więc, aby Jezusa powstrzymać przed tym szaleństwem i kazać Mu wrócić do normalnego życia. A co z rodzinami uczniów? Od swoich też mogli usłyszeć: Z kim się wy zadajecie? Skończcie z tym szaleństwem i zacznijcie prowadzić normalne życie jak wszyscy. Rodzina Jezusa będzie walczyć, nie odda łatwo władzy nad Nim, bo jej honor i dobre imię są ważniejsze. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 11.02.2021 Mk 3,16-19

 Tak ustanowił Dwunastu: Szymonowi nadał imię Piotr; a  wybierając Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, nadał im imię Boanerges, to znaczy Synowie Gromu;  następnie wybrał Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Kananejczyka i  Judasza Iskariotę, który Go zdradził.

Liczba 12 przypomina dwunastu synów Jakuba, których imionami nazwano 12 plemion, wchodzących w skład wspólnoty Izraela. Każdy z nich miał inne cechy charakteru, różnili się między sobą i dochodziło między nimi do konfliktów. Bardzo trudno było im utrzymać jedność i braterskie więzi. Jezus wiedział, że Jego uczniowie mają różne, w niektórych przypadkach, skrajnie odmienne osobowości. Ale wierzył też, iż tylko we wspólnocie, do której ich powołuje, będą mogli wzrastać i dojrzewać w swoim człowieczeństwie. A wybór polega na tym, że każdy z nich odkrywa swoje miejsce w relacji do innych jako wyznaczone przez Niego. To wbrew temu, co zwykle robili: każdy z nich sam sobie wybierał przyjaciół i znajomych, a gdy wybuchały kłótnie z nimi zrywał i szukał następnych. Teraz, każdy musi się odnaleźć wśród tych, których On wybrał. Szymon może nie zasługiwał w opinii wielu, aby być pierwszym, ale to jego wyznaczył na to miejsce, nadając mu nowe imię, które stanie się dla niego wyzwaniem, w jakim kierunku ma się zmieniać. Jakubowi i Janowi nie zmienił imion, lecz określając ich mianem ‘Synowie Gromu’, dał im do myślenia o swoim zachowaniu. Andrzej, powołany na początku ze swoim bratem Szymonem, został od niego oddzielony i przesunięty na czwartą pozycję. Może myślał, że będzie drugi. Radzenie sobie z rozczarowaniem stanie się jego drogą nawrócenia. Wreszcie, na ostatnich dwóch miejscach znaleźli się obok siebie ludzie, którzy nigdy w zwykłych okolicznościach nie mogliby być razem. Obaj należeli do jednej grupy fanatycznych przeciwników Rzymian, ale na końcu okaże się, że jeden z nich, Judasz, zdradzi Jezusa. Jego także On wybrał, aby im wszystkim uświadomić, że nigdy nie będą idealną wspólnotą, że zostali do niej powołani, aby każdy z nich w relacjach do innych, odkrywał swoje słabości i zmagał się z nimi do końca.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 10.02.2021 Mk 3,14-15

I ustanowił Dwunastu, których nazwał apostołami, aby byli z Nim i aby posyłał ich na głoszenie nauki, i aby mieli władzę wyrzucać demony.

Uczniowie Jezusa wiedzą, co to znaczy nie należeć do nikogo i czuć się kimś zagubionym w tłumie. Owszem, mają swoje rodziny, o które się troszczą, a praca na ich utrzymanie daje im poczucie bycia potrzebnymi. A mimo to czasami rodzi się w nich przeświadczenie, że są nikomu niepotrzebni. Kiedy więc Jezus ustanawia ich wspólnotą Dwunastu, oddziela ich od tłumu, w którym byli rozproszeni i otwiera przed nimi możliwość zbudowania ze sobą nawzajem innego rodzaju więzi. Będą one nie takie, jak w rodzinie, w której zwykle dochodzi do zniewalających zależności przez kierowane do siebie wzajemne oczekiwania i pretensje z powodu ich niespełnienia. We wspólnocie Dwunastu mają być ‘apostołami’, czyli ‘posłanymi’. Wysłany niesie jakąś wiadomość od kogoś do kogoś, ale musi tę wiadomość dobrze zrozumieć, aby ją wiernie przekazać. Zrozumie, jeśli będzie blisko z Tym, który go posyła. Wskazuje On też osobę, do której wysyła. Niestety, może ona być kimś, z kim nie chcą się spotkać albo wolą unikać. Ale to On posyła i wie, w jakim celu. Do tej pory tworzyli jakieś więzi w pracy, w rodzinie, ze znajomymi, ale z reguły z perspektywy własnych potrzeb lub korzyści, z nieuchronnymi konfliktami i rozczarowaniami. Teraz może być inaczej. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 09.02.2021 Mk 3,13

Wyszedł na górę i przywołał tych, których chciał, a oni odchodząc przyszli do Niego.

Jezus zwykle odsuwał się od tłumów, udając się w miejsca pustynne, gdzie oddawał się modlitwie. Nie chciał bowiem być niewolnikiem oczekiwań ludzi, którzy widzieli w Nim wyłącznie kogoś, kto uzdrawia. Potrzebował innego spojrzenia na nich – z góry. Zobaczył, jak wielu jest tych, którzy mają się źle, są wykluczani i zniewoleni. Zrozumiał też, że sam nie podoła im pomóc. Ale ma już grono uczniów, których powołał, aby poszli za Nim. Owszem, idą za Nim, lecz rozproszeni w tłumie są niewidoczni. Wydaje im się, że to nowe życie za Nim na tym właśnie polega: nie wychylając się z tłumu, słuchać Jego nauki i patrzeć na uzdrowienia, których dokonuje. Jezus wie, że musi się to zmienić, w przeciwnym razie tłum ich na nowo pochłonie. Dlatego przywołuje spośród nich tych, których chciał. To nowy etap na drodze za Nim, inny niż pierwszy, gdy wzywał ich jako rybaków. Wtedy ich po prostu wezwał w trakcie pracy, a oni zaryzykowali, przerwali ją i poszli za Nim. Teraz czują, że ich zna i chce ich mieć przy sobie. To coś więcej. Wiedzą, że przychodząc do Niego na górę, muszą odejść z tłumu, nie tylko fizycznie, bardziej w myśleniu i uczuciach. Właśnie w Jego ‘chcę’ jest siła, która pozwala im to uczynić.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 08.02.2021 Mk 3,7-12

Jezus odszedł ze swymi uczniami w stronę morza. A szedł za Nim tłum ludzi z Galilei i Judei z Jerozolimy, Idumei, z Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu. Przychodzili do Niego, gdyż słyszeli o tym, co czynił. Ze względu na tłum, który na Niego napierał, polecił swoim uczniom, aby łódka była dla Niego zawsze przygotowana. Wielu bowiem uzdrowił i dlatego wszyscy, którzy byli chorzy, cisnęli się do Niego, aby Go dotknąć. Na Jego widok duchy nieczyste padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Synem Bożym. Lecz On stanowczo im nakazywał, aby Go nie ujawniały.

Wszystko, co Jezus do tej pory zrobił, zwłaszcza Jego uzdrowienia każdego, którego spotykał, uświadomiły ludziom, że w swoim działaniu, nie zważa On na ich przynależność religijną, narodową lub pozycję społeczną. Dlatego przychodzili do Niego niezbyt pobożni Żydzi z Galilei, bardzo pobożni z Judei i Jerozolimy, ale też osoby z okolic, zamieszkałych przez pogan. Wszyscy bowiem czuli, że mogą do Niego przyjść ze swoimi problemami i chorobami, niezależnie od tego, kim są. Jezus w swojej otwartości usunął wszelkie podziały istniejące między ludźmi i stał się dostępny dla każdego. Nie wykorzystuje jednak tego do zbudowania swojej popularności. Nade wszystko zakazuje mówić duchom nieczystym, że jest Synem Bożym, gdyż nie chce, aby uzdrowienia, których dokonuje, były traktowane jako znak i potwierdzenie Jego wyjątkowej, synowskiej relacji z Bogiem. Ta bowiem jest ukryta i może ją objawić jedynie Bóg, a nie demony. Tworzą one religijną ideologię cudów, stawiającą Jezusa w fałszywym świetle: ludzie mają przychodzić do Niego jako Syna Bożego tylko ze względu na uzdrowienia i cuda; jeśli przestanie je robić, stracą zainteresowanie Nim.

5 Niedziela Zwykła/B, 07.02.2021 Z liturgii Słowa Bożego

Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? Dni jego czyż nie są dniami najemnika? (Hi 7,1)

Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby uratować choć niektórych. (1 Kor 9,22)

Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały. (Mk 1,32-34)

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 06.02.2021 Mk 3,5-6

Spojrzał na nich wokoło z gniewem, zasmucony zarazem zatwardziałością ich serca, mówi do człowieka: Wyciągnij rękę. Wyciągnął i jego ręka stała się znowu sprawna. Faryzeusze wyszli i natychmiast razem ze zwolennikami Heroda naradzali się, w jaki sposób Go zabić.

W odpowiedzi na milczenie faryzeuszów Jezus reaguje gniewem i smutkiem. Obydwa uczucia pokazane prawie jednocześnie na Jego twarzy, potrzebne są Jego uczniom, aby i oni mogli określić swój stosunek do nich. Gniew pojawia się w Jego spojrzeniu i jest wyrazem Jego sprzeciwu wobec ich milczenia. Nie potrafią niczym uzasadnić, dlaczego uważają, że nie powinno się uzdrawiać w szabat. A jednak nie chcą się do tego przyznać. Dla uczniów to ważna lekcja, gdyż swoim gniewem Jezus demaskuje i odsłania fałsz każdego milczenia w sytuacji, kiedy trzeba zająć jednoznaczne stanowisko: wolno w szabat dobrze czynić, czy źle, życie ocalić, czy zabić? Ale widzą też na Jego twarzy smutek, bo postawił przed faryzeuszami cierpiącego człowieka, którego można przywrócić do pełnej sprawności, lecz ich serca nie dają się poruszyć, trwając nieustępliwie przy swoim. Dla nich prawo jest ponad ludzkimi potrzebami i cierpieniem. W momencie uzdrowienia między Jezusem a chorym nawiązuje się więź. Faryzeusze wiedzą, że w swojej zatwardziałości są już poza nią. Nie wejdą do wspólnoty uczniów Jezusa. Wychodzą na zewnątrz i szukają sprzymierzeńców wśród zwolenników Heroda, aby stać się Jego śmiertelnymi wrogami.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 05.02.2021 Mk 3,1-4

I znowu wszedł do synagogi. A był tam człowiek mający niesprawną rękę. Oni zaś śledzili Go, czy nie uzdrowi go w szabat, aby Go oskarżyć. On jednak mówi do człowieka mającego niesprawną rękę: Stań na środku. A do nich powiedział: Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy źle czynić, życie ocalić, czy zabić? Oni zaś milczeli.

Jezus nie przekonał faryzeuszów, że szabat ma być dla człowieka, a nie odwrotnie. Kiedy więc zjawia się w synagodze, już tam na Niego czekali z człowiekiem, mającym niesprawną rękę. Przyszli do synagogi, aby w szabat oddać cześć Bogu, a jednocześnie uważnie obserwowali Jezusa, czy uzdrowi tego człowieka, aby mieć powód do oskarżenia Go. Dla nich sam Bóg nie jest ważny, ważne są przepisy prawa. Jako system religijny określają one ich relacje z Bogiem i innymi ludźmi. Gdyby podważyli choć jeden przepis, zawaliłoby wszystko, w co wierzą i w czym czują się bezpiecznie. Większość ludzi tworzy sobie wewnętrzny świat, utkany z religijnych przekonań, od których nie są w stanie odstąpić, bo całe ich obróciłoby się w ruinę. Jezus jednak ma nadzieję, że pod wpływem tego, co zamierza zrobić, może zmienią swoją postawę. Najpierw prosi człowieka z niesprawną ręką, aby stanął na środku. Ustawia go w centralnym miejscu synagogi, tam, gdzie było odczytywane Prawo i zadaje im pytanie: czy wolno w szabat dobrze czynić, czy źle, życie ocalić, czy zabić? Nie spodziewali się takiego pytania. Może myśleli, że zacytuje im jakiś tekst Pisma, a On odwołał się po prostu do zwyczajnej ludzkiej wrażliwości na widok czyjegoś nieszczęścia. Ich milczenie wskazuje, że ich nie przekonał. Jak dalece religia oparta na przestrzeganiu prawa może zabić wszelką wrażliwość?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 04.02.2021 Mk 2,25-28

On im mówi: Nie czytaliście, co uczynił Dawid, kiedy był w potrzebie i był głodny on sam i ci, którzy z nim byli? Jak wszedł do domu Bożego za Abiatara, najwyższego kapłana i jadł poświęcone chleby, których nie wolno było spożywać nikomu, oprócz kapłanów, i dał również ty, którzy byli z nim? I mówił im: Szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Tak więc Syn Człowieczy jest Panem szabatu.

Jezus nie szuka w Prawie przepisu, usprawiedliwiającego zachowanie uczniów, którzy zawstydzeni może chcieliby takiej właśnie obrony. Ale wtedy poddałby ich pod władzę prawa, egzekwowanego przez jego stróżów. Przypomina faryzeuszom postawę Dawida, wybranego przez Boga na króla Izraela, będącego wzorem dla wszystkich. Pomija okoliczności jego ucieczki przed Saulem i wskazuje, że w swoim postępowaniu kierował się on swoją potrzebą. Wyraził ją w swojej prośbie do kapłana, który uznał, że nie mając innego chleba, może głodnym ludziom dać chleb, przeznaczony wyłącznie dla kapłanów. Uchylił prawo, aby zaspokoić ich głód. Jak to wyjaśnienie Jezusa przyjęli uczniowie, bo do nich jest ono skierowane? W słowach faryzeuszów poczuli, że ich ludzkie potrzeby nie tylko zostały pominięte, lecz całkowicie unieważnione. Nie mieli patrzeć na to, czego w danym momencie potrzebują, tylko obserwować, czy nie robią rzeczy zabronionych przez innych. Jezus zdejmuje z ludzkich potrzeb wstyd, który jest narzędziem ich tłumienia i źródłem rozszczepionej osobowości: na zewnątrz gorset układności, wewnątrz – niespełnione potrzeby. Dlatego podaje ważną i rewolucyjną regułę życia: szabat (prawo) jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu (prawa). To Syn Człowieczy jest panem szabatu, a nie faryzeusze, nakładający przez swoje przepisy ciężary na ludzi. Jezus dostrzega w ludzkich potrzebach, ukrytych w zewnętrznych zachowaniach, podstawową orientację życia, której nie może zagłuszyć żadne, nałożone z zewnątrz prawo.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 03.02.2021 Mk 2,23-24

W szabat Jezus przechodził wśród zbóż, a Jego uczniowie, idąc drogą zaczęli zrywać kłosy. Faryzeusze mówili do Niego: Spójrz, dlaczego robią w szabat to, czego nie wolno.

Uczniowie Jezusa, idąc za Nim, są dopiero na początku drogi nawracania się. Ale zmiany w nich dokonują się raczej wewnątrz i nie są widoczne na zewnątrz. W swoim zachowaniu nie są podobni do ludzi religijnych, zwłaszcza takich jak faryzeusze, dla których przestrzeganie zasad dotyczących świętowania szabatu było szczególnie ważne. Kiedy więc zrywali kłosy właśnie w szabat spotkali się z ich potępiającym spojrzeniem: dlaczego oni robią w szabat to, czego nie wolno? Po raz pierwszy czują presję systemu religijnego, zbudowanego na zakazach. Zakaz nie uzasadnia ani nie wyjaśnia. Czyste ‘nie wolno tego robić’ wywołuje w nich poczucie przeszywającego wstydu, że zrobili coś bardzo złego. Jeśli Jezus nie stanie w ich obronie, staną się ludźmi, których życiem religijnym będzie rządził wstyd (że postąpili źle) i strach (przed popełnieniem jakiegoś uchybienia). 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 02.02.2021 Mk 2,21-22

Nikt nie przyszywa łaty z nowego materiału do starego ubrania, w przeciwnym razie, nowa łata oderwie się od starego i zrobi się większe rozdarcie. Nikt też nie wlewa nowego wina do starych worków skórzanych, w przeciwnym razie, wino je rozerwie, a wówczas i wino się zmarnuje i worki. Ale nowe wino wlewa się do nowych worków.

Jeśli chodzi o ubrania, to często się to zdarza. Przyszywa się nową łatę do starego, gdyż ktoś nie chce go wyrzucić, bo czuje się w nim dobrze i przyzwyczaił się do niego. Niestety przy każdej nowej łacie robi się kolejne rozdarcie, coraz większe. Wniosek? Starego ubrania z dziurami nie naprawiaj, wyrzuć. Jeśli ubranie to życie, też wyrzucić? Co wtedy pozostanie? Nagość, odkrywana może ze wstydem, bo wszystkie słabości, niepokoje, porażki, odsłonięte, ale za to bez udawania, w prawdzie. Jest ona jak nowe wino, którego nie można wtłoczyć w stare nawyki, schematy myślenia, emocjonalne przywiązania, a przede wszystkim w przestarzałe, zużyte formy religii. Nowe wino tylko do nowych worków, którymi jest droga wiary za Nim, wytyczona w ewangelii. Nowe życie będzie fermentować z każdym dniem i kolejną porcją Jego słowa do czytania, słuchania i zapamiętania, aż dojrzeje i nabierze smaku.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 01.02.2021 Mk 2,18-20

Uczniowie Jana i faryzeusze właśnie pościli. Przyszli więc i powiedzieli Mu: Dlaczego uczniowie Jana i uczniowie faryzeuszów poszczą, a Twoi uczniowie nie poszczą? Jezus im odpowiedział: Czy goście weselni mogą pościć, gdy pan młody jest z nimi? Dopóki mają pana młodego ze sobą, nie mogą pościć. Nadejdą jednak dni, kiedy pan młody zostanie od nich zabrany, a wtedy w ów dzień będą pościć.

Dla uczniów Jana i faryzeuszów post musiał być znakiem wyróżniającym ich od innych i potwierdzeniem ich religijnego zaangażowania, większego niż u przeciętnych ludzi. Uczniowie Jezusa ucztujący razem z Nim w gronie celników i grzeszników, nie pomyśleli w ogóle o poście, bo mieli inny problem: jak się odnaleźć z poczuciem własnej grzeszności, o której przypominała im obecność wśród nich Lewiego. Zresztą wszyscy są dopiero na początku drogi. Gdyby mieli teraz zacząć pościć, udawaliby przed ludźmi i sobą, że są już bardzo religijni. Zamiast skupić się na pójściu za Jezusem i słuchania Jego nauk, wysilaliby się, żeby zachować posty. Na tym polega niebezpieczeństwo, na które narażeni są nowo nawróceni: chcą za wszelką cenę pokazać, iż się zmienili i z ich grzeszności nic nie pozostało - niebezpieczeństwo tym bardziej realne, jeśli spotykaliby się z tego powodu z podziwem. Jezus przedstawia sytuację swoich uczniów z całkowicie innej perspektywy: powołując Lewiego i przyjmując jego zaproszenie na posiłek w jego domu, poczuł się jak pan młody, ucztujący z gośćmi weselnymi. Spotkania z grzesznikami są dla Niego radosnym wydarzeniem. Dla Jego uczniów musiało to być szokujące porównanie, ale nie dla Lewiego. Jest grzesznikiem, lecz Jezus go powołał i rozpoczyna się jego nowe życie. Czyż to nie powód do świętowania? Post, owszem przyjdzie, na końcu i będzie związany z Jego nieobecnością. To jedyny motyw jego praktykowania.

4 Niedziela Zwykła/B, 31.01.2021 Z liturgii Słowa Bożego 

Pan, Bóg twój, wzbudzi dla ciebie proroka spośród twoich braci, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał (Pwt 18,15).

Chciałbym, żebyście byli wolni od utrapień (1 Kor 7,32).

W Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne (MK 1,21-22.27).

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 29.01.2021 Mk 2,15-17

Kiedy następnie siedział przy stole w jego domu, wielu celników oraz grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Było bowiem wielu, którzy poszli za Nim. Jednak uczeni w Piśmie spośród faryzeuszów, widząc, że spożywa posiłek z grzesznikami i celnikami, mówiło do Jego uczniów: Dlaczego On ucztuje z celnikami i grzesznikami? Słysząc to Jezus mówi im: Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy mają się źle. Nie przyszedłem wzywać sprawiedliwych, lecz grzeszników.

Jezus przyjął zaproszenie Lewiego na posiłek do jego domu. Razem z Nim zasiadło do stołu wielu celników i grzeszników, a wśród nich i Jego uczniowie. Jak się czuli w takim towarzystwie? Byli rybakami, uczciwie pracującymi na utrzymanie swoich rodzin. Nie uważali siebie za grzeszników, do których należeli także celnicy, a więc i Lewi. A Jezus zrównał ich z nimi. Jeszcze nie wiedzą, że oni również są grzesznikami: myślą, że są lepsi i może okazują swoją wyższość tamtym. Przez obecność Lewiego, celnika, dołączonego do ich grona, będą sobie ciągle na nowo uświadamiać, że bycie uczniem Jezusa, odtąd wiąże się nierozerwalnie z poznawaniem swej grzeszności, ukrywanej głęboko nie tylko przed innymi, ale także przed samym sobą. A to trudne, bo każdy chce być lepszym i wstyd odkryć, że jest się tym gorszym. Właśnie faryzeusze przez studiowanie Pisma mieli opinię tych lepszych i patrzyli z zażenowaniem na bratanie się Jezusa z celnikami i grzesznikami. Nie zwrócili się do bezpośrednio do Jezusa, tylko do Jego uczniów: Dlaczego ten wasz nauczyciel, wysławiany przez wszystkich, je z nimi? Nie odpowiedzieli na to, bo wstydzili się zachowania Jezusa. Ale On odpowiedział, nie czując żadnego wstydu, gdyż wiedział, do kogo Bóg Go posłał. Grzeszność jest chorobą, która potrzebuje lekarza. Tym, którzy uważają się za zdrowych, jest on niepotrzebny. Jezus przyszedł wzywać tych, którzy czują się słabi i nie potrafią spełnić wymagań Prawa. Jeśli ktoś sądzi, że jest tak silny, iż wypełnia wszystko, co w nim zawarte, to jako sprawiedliwy nie jest wezwany do bycia Jego uczniem.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 29.01.2021 Mk 2,13-14

Znowu wyszedł nad morze. Cały tłum ludzi przychodził do Niego, a On ich nauczał. Przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego w urzędzie celnym. I mówi mu: Pójdź za Mną. On wstał i poszedł za Nim.

Spotkanie z paralitykiem zmusiło Jezusa do myślenia o ludziach, którzy przychodzili do Niego. Potrzebowali nie tylko uzdrowienia, lecz przede wszystkim Jego akceptacji. Przyjmował ich bez warunków, bez nakładania na nich oceny, jakimi są. Wyszedł więc z domu nad morze, aby dać im wszystkim swoją bezwarunkową obecność, przekazując zarazem, że w Nim to sam Bóg przybliża się do nich. Ale bliskości, dającej akceptację, każdy musi doświadczyć oddzielnie i osobiście. Dlatego przechodząc, szukał kogoś, kto najbardziej cierpiał na jej brak. Ujrzał Lewiego, siedzącego w urzędzie celnym i pobierającego podatki. Widział, pod jakim pręgierzem złych opinii na swój temat musi on pracować. Ciągłe, długotrwałe spotykanie się z negatywnymi sądami, przenika wreszcie do środka i powoduje, że ktoś zaczyna sam źle myśleć o sobie. Z tego wewnętrznego osądu nie da się już łatwo wyzwolić. Lewi jednak usłyszał: Pójdź za Mną. Zaryzykował: Wstał i poszedł za Nim. To początek drogi odzyskiwania siebie, utraconego w długiej historii życia poddanego nieustannym ocenom ze strony innych.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 28.01.2021 Mk 2,6-12

Siedzieli tam niektórzy nauczyciele Pisma i zastanawiali się w swoich sercach: Dlaczego On tak mówi? Bluźni. Któż może odpuszczać grzechy oprócz jednego Boga? Jezus zaraz poznał w swoim duchu, że zastanawiają się na tym między sobą i mówi do nich: Dlaczego zastanawiacie się nad tym w waszych sercach? Co jest łatwiejsze? Powiedzieć sparaliżowanemu: Twoje grzechy są odpuszczone, czy powiedzieć: Wstań, weź swoje nosze i chodź? Abyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma ziemi władzę odpuszczania grzechów – mówi do paralityka – tobie mówię: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu. On wstał i natychmiast wziął swoje nosze i wyszedł wobec wszystkich, tak iż wszyscy zdumiewali się i wysławiali Boga, mówiąc: Jeszcze nigdy nie widzieliśmy czego takiego.

Nie tylko paralityk spodziewał się od Jezusa uzdrowienia, a nie słów: Twoje grzechy są odpuszczone. Dla uczonych w Piśmie wydały się one bluźnierstwem. Dlaczego? Bo odpuszczanie grzechów było ściśle określone przez Prawo. Dokonywał tego w imieniu Boga arcykapłan w świątyni raz w roku, w Dniu Pojednania, lub kapłani podczas składania ofiary za grzechy. Ale Jezus zwracając się do chorego myślał o jednym rodzaju grzechu. Są grzechy przeciw innym, lecz jest także grzech przeciwko samemu sobie. W różnych okolicznościach, nie tylko w chorobie, można siebie samego obarczyć winą za swoje nieudane, naznaczone cierpieniem i trudnościami życie. Złego myślenia o sobie, długotrwałego negowania, że jest się do czegoś zdolnym (paraliż) nie mogłoby wymazać nawet przywrócenie fizycznego zdrowia. Swoim przebaczeniem Jezus uprzedza i obejmuje całą osobę paralityka i wprowadza go na drogę stopniowego odzyskiwania siebie. Zewnętrznym znakiem tego jest powstanie i niesienie noszy, które wcześniej odzwierciedlały zależność od innych. Są one też przypomnieniem poprzedniego sposobu życia, które teraz odbywać się będzie na własnych nogach, w jego samodzielnym powrocie do domu, ku zaskoczeniu bliskich. Tak radykalna zmiana zawsze budzi zdumienie, gdyż nie można jej przypisać ludzkiemu działaniu, lecz jest dziełem Boga.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 27.01.2021 Mk 2,1-5

Kiedy po kilku dniach znowu wszedł do Kafarnaum, usłyszano, że jest w domu. Tak wielu się zgromadziło, że nie było żadnego miejsca, nawet przed drzwiami, a On wykładał im swoją naukę. Wtedy przynieśli do Niego człowieka sparaliżowanego, którego niosło czterech. Nie mogąc dostać się do Niego z powodu tłumy, rozebrali dach nad Nim i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk. Jezus widząc ich wiarę, mówi do paralityka: Mój synu, twoje grzechy są odpuszczone.

Spotykając się z trędowatym, Jezus liczył się z tym, że może się od niego zarazić trądem. Dlatego nałożył sobie kwarantannę, pozostając na pustkowiu, i dopiero po kilku dniach zjawił się w mieście. Poddał się procedurom, wymaganym przez tę chorobę, aby nie narażać innych. Przeżywał więc swoje bycie człowiekiem ze wszystkimi ograniczeniami i nie dawał się uwieść podszeptom demonów, że jako Syn Boga powinien być wolny od wszelkich zagrożeń. Ta Jego solidarność z ludzkim losem sprawiła, że tak wielu przyszło do domu, w którym głosił swoją naukę. Czuli, że rozumie ich słabości i niedomagania. Wśród nich pojawili się także ludzie, którzy przynieśli paralityka. Ale tłum nie pozwolił im wejść. Każdemu wydawało się, że jego problem i jego bolączki są ważniejsze. Mogli zrezygnować i wybuchnąć gniewem, jednak to, co słyszeli o Jezusie musiało ich powstrzymać. Pozostało szukanie jakiegoś sposobu, aby się do Niego dostać. Jak bardzo chcieli pomóc choremu, że zdecydowali się odkryć dach, aby spuścić go na noszach przed Jezusa. Pokonali dwie przeszkody: tłum ludzi, którzy nie chcieli ich przepuścić i materialną część domu, odgradzającą ich od Jezusa. A w sobie? Poczucie bezradności w sytuacji, wydającej się bez wyjścia. Wszyscy zgromadzeni to widzieli i prawdopodobnie byli zszokowani ich zachowaniem. Lecz Jezus zobaczył coś innego: ich wiarę. I właśnie ona poruszyła Jego serce, dlatego zwrócił się do paralityka z czułością: Mój synu. I zaraz potem: Twoje grzechy są odpuszczone. Czy paralityk nie oczekiwał uzdrowienia, a zamiast tego słyszy o odpuszczeniu grzechów?

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 26.01.2021 Mk 1,43-45

Przykazując mu surowo, zaraz odesłał go ze słowami: Nie mów o tym nikomu, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż ofiarę za swe oczyszczenie, zgodnie z tym, co nakazał Mojżesz, jako świadectwo dla nich. On zaś wyszedł i zaczął rozgłaszać i opowiadać całe zdarzenie, tak, że nie mógł On jawnie wejść do miasta, lecz przebywał na zewnątrz, w miejscach pustynnych. I ze wszystkich stron przychodzili do Niego.

Trędowaty po oczyszczeniu przez Jezusa może chciałby, żeby wszyscy przyjmowali go z otwartym ramionami, ale inni o tym nie wiedzą i mogą ciągle się go bać i od siebie odpychać. Samo oczyszczenie nie wystarczy. Dlatego Jezus nakazuje mu stanowczo, żeby poddał się wszystkim procedurom, stosowanym przez kapłana dla stwierdzenia, że trąd zniknął. To rodzaj sprawdzianu, który będzie musiał przechodzić ze strony napotykanych osób. Odrzucenie i wykluczanie ciągle się zdarzają. Czy będzie miał wewnętrzną siłę, aby się im nie poddać i nie wycofać się, lecz przyjąć je z pokorą, aby drugi przekonał się o gotowości do bycia blisko? Odrzucenie jest nie tylko zewnętrzne, gdy to zachowanie ludzi rani, ale jest także wewnętrzne, gdy ktoś źle potraktowany sam skazuje się na izolację. Trąd więc może trwać, w środku, choć na zewnątrz wszystko może się wydawać w porządku. Dopiero wytrwałe przezwyciężanie wewnętrznego odrzucenia w relacjach z innymi jest drogą do pełnego uzdrowienia.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 25.01.2021 Mk 1,40-42

Wtedy przychodzi do Niego trędowaty. Błagając Go i upadając na kolana, mówi Mu: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Poruszony współczuciem, wyciągną rękę, dotknął go i mówi mu: Chcę, bądź oczyszczony. Natychmiast odszedł od niego trąd i został oczyszczony.

Choć Jezus wędrował po całej Galilei i nauczał w synagogach, ciągle usuwał się na ubocze. Nie chciał być w centrum zainteresowania jako uzdrowiciel. Wiedział bowiem, że głównym problemem nie jest choroba, lecz brak doświadczenia bliskości Boga i wynikającej z tego niezdolności do bycia blisko innych ludzi. Odchodząc na pustkowie pokazywał, jak głębokie może być to oddalenie, które każdy nosi w sobie, choć go zwykle nie zauważa. Wyjątkiem jest ktoś taki jak trędowaty, dla którego nie było miejsca w żadnej wspólnocie. Poczucie wykluczenia i społecznej izolacji, które innym przydarza się rzadko, w nim osadzało się przez lata. Ale nie zagłuszyło w nim pragnienia bliskości. Czekał tylko na kogoś, kto mu ją okaże i ze strachu nie ucieknie od niego. Musiał słyszeć o Jezusie, który wychodził z miasta, aby pobyć na pustyni. W tym był podobny do niego. Mógł zaryzykować. Ktoś ciągle wykluczany może jedynie błagać na kolanach i prosić słowami, które ukrywają strach przed odrzuceniem. Dlatego mówi: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. Mógłby przecież powiedzieć: chcę, abyś mnie uzdrowił. Ale jego ‘chcę’ okazało się głęboko zranione, gdyż nikt z nim się nie liczył i zawsze ignorował jego obecność. Jezus rozumie jego stan. Ogarnia Go współczucie, które obejmuje Jego ciało i przekazuje mu bliskość przez fizyczny dotyk. Dopiero teraz mówi: Chcę, bądź oczyszczony. Przywrócił mu w ten sposób zdolność nawiązywania więzi i możliwość bycia z innymi.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 24.01.2021 Mk 1,35-39

Wcześnie rano, gdy jeszcze było ciemno, wstał i wyszedł. Odszedł na miejsce pustynne i tam się modlił. Szymon poszedł Go szukać razem z tymi, którzy z nim byli. Kiedy Go znaleźli, powiedzieli Mu: Wszyscy Cię szukają. Rzekł im: Chodźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam głosił, po to bowiem wyszedłem. I przyszedł, głosząc w ich synagogach, w całej Galilei, a także wyrzucając demony.

Wychodząc samemu z miasta przed świtem, Jezus nie czeka na podziw ze strony ludzi. Spotkał się z nim już w synagodze i mógłby nim się karmić, stając się ‘gwiazdą’. Wie jednak, że ludzkie uznanie i zachwyty nie nadają Mu poczucia własnej wartości. Tę poczuł podczas chrztu, gdy usłyszał głos z nieba: Ty jesteś moim Synem umiłowanym. Odchodząc na pustkowie, odrzuca fałszywy obraz siebie, wykreowany przez oczekiwania tłumów. W modlitwie na osobności odnajduje bliskość Boga, która obejmuje Jego samego, a zarazem obecną w niej Jego troskę, wychodzącą ku ludzkim potrzebom. Ona jest prawdziwym motywem Jego życiowej misji. Ale Szymon i jego towarzysze chcieliby się nacieszyć entuzjazmem, jaki Jezus wzbudził wśród tłumów. Myśleli, że słysząc, iż wszyscy Go szukają, Jemu też zrobi się ciepło na sercu. Ktoś Inny dyktuje, co ma On robić i Jezus jest posłuszny temu wewnętrznemu Głosowi. Dlatego wzywa ich pójścia do okolicznych miejscowości, gdyż tam czuje się posłany. Głosi bliskość królestwa Bożego w ich synagogach, ale z nimi się nie utożsamia, bo religijność w nich praktykowana nie jest Jego. Wyrzuca demony, które są jej znakiem rozpoznawczym. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 23.01.2021 Mk 1,32-34

Gdy nadszedł wieczór i słońce już zaszło, przynosili do Niego wszystkich mających się źle i dręczonych przez demony. Całe miasto zgromadziło się u drzwi. I uzdrowił wielu, cierpiących na różne choroby oraz wyrzucił wiele demonów. Nie pozwalał jednak mówić demonom, ponieważ znały Go.

Po zachodzie słońca skończył się szabat i nastał wieczór. Dopiero teraz ujawnia się to, co kryje się w poszczególnych domach, a czego nie można było zobaczyć w synagodze, gdzie wszyscy, z wyjątkiem człowieka z duchem nieczystym, pobożnie modlili się do Boga. Uderzający kontrast: w synagodze każdy starał się pokazać od jak najlepszej strony, ale gdy przeminął dzień świąteczny, wróciły wszystkie bolączki dnia codziennego. Który obraz jest prawdziwy, z synagogi czy z domu? Wszyscy zrozumieli, że przed Jezusem niczego nie muszą ukrywać, a nawet mogą do Niego przyjść ze swoimi problemami, z którymi nie mogą sobie poradzić. Demon bowiem to taki wewnętrzny problem, który czyni człowieka całkowicie bezsilnym. Przyszli do Niego, bo wiedzieli, że może On ich uleczyć, a Jego słowo jest mocniejsze od siły demonów. Zakazywał im mówić, gdyż przedstawiały Go w fałszywym świetle. Do Syna Bożego przychodzi się z najlepszymi chęciami i z przekonaniem, że ma się siłę do czynienia dobra. Do kogoś, kto zna ludzkie słabości, bo sam jest człowiekiem, można przyjść z najbardziej wstydliwymi dolegliwościami, ze swoją niemocą i bezradnością. Nie w synagodze za dnia, lecz przed drzwiami domu Szymona wieczorem, zgromadziło się całe miasto, szukając pomocy u Tego, który przynosi uzdrowienie. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 22.01.2021 Mk 1,29-31

Od razu wychodząc z synagogi, przyszli do domu Szymona i Andrzeja, razem Jakubem i Janem. Teściowa Szymona leżała z gorączką. Natychmiast powiedzieli Mu o niej. Podszedł do niej i podniósł ją, chwytając za rękę. Gorączka ją opuściła i usługiwała im.

Czy to, co się stało w synagodze, a w czym uczestniczyli czterej rybacy, powołani wcześniej przez Jezusa, miało na nich jakiś wpływ? Chyba tak, bo każdy z nich występuje teraz pod własnym imieniem, a nie jako czyjś brat lub syn. Odważyli się tak myśleć o sobie, przychodząc do domu Szymona i Andrzeja, który poczuł się na równi ze swoim bratem. A w domu główną postacią jest teściowa Szymona. To matka jego żony, babcia jego dzieci. Skupia ona w sobie skomplikowane i złożone relacje rodzinne, w których czasami trudno się odnaleźć. Kogo ma słuchać jego żona? Swojej matki czy męża, a co zrobić, gdy dzieci bardziej słuchają babci niż rodziców. W jej chorobie jeszcze pogłębiają się te zależności, gdyż potrzebuje ona opieki. Dzięki temu, co przeżyli podczas nabożeństwa szabatowego w synagodze, mają odwagę powiedzieć o jej stanie Jezusowi, nie ukrywając tego przed Nim i nie udając, że stanowią idealną rodzinę. Reakcja Jezusa jest zaskakująca. Bez słowa, posłuszny temu, co usłyszał, podchodzi do niej i ją podnosi, chwytając za rękę. Nikt nigdy wobec niej tak się nie zachował, poczuła się nie jako problem, ale jako osoba, której stan i to, co w nim przeżywa okazały dla kogoś ważne. Nie tylko opuściła ją gorączka, lecz zmieniła się na tyle, że podczas szabatowego posiłku im usługiwała. Może wcześniej czuła się jak służąca, która musi wszystkich obsługiwać. Potraktowana jak osoba przez Jezusa, chce pomagać i czuć się potrzebną.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 21.01.2021 Mk 1,25-28

Jezus stanowczo mu nakazał: Zamilknij i wyjdź z niego. Wstrząsając nim gwałtownie, duch nieczysty, krzycząc donośnym głosem, wyszedł z niego. Wszyscy byli zdumieni, tak, że dyskutowali między sobą, pytając: Co to jest? Nowa nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posuszne.

Jezus nie spiera się z człowiekiem, który widzi w Nim tylko zagrożenie, bo wie, że powoduje nim strach przed odsłonięciem tego, co jest w nim wewnątrz. Ktoś taki panicznie boi się powiedzieć szczerze czegoś o sobie, kluczy, unika, kłamie, aby nikt nie poznał, jaki jest naprawdę. Ze strachem nie da się dyskutować, bo wymyśla kolejne argumenty, że nie można niczego zmienić. Jezus, stanowczym ‘milcz’, ucina wszystko, a rozkazując ‘wyjdź z niego’, pokazuje, że nie boi się mu przeciwstawić. Nie używa żadnej fizycznej siły, do której ucieka się każdy, kto czuje się zagrożony. Jego słowa są silniejsze niż strach i go pokonują. Wyzwolenie od niego objawia się fizycznie. W lęku całe ciało jest spięte, sztywne i gotowe do obrony. W procesie uwalniania się od niego ludzkie ciało łagodnieje, a człowiek wydaje ostatni krzyk, odkrywając, że nie musi się nim bronić, gdyż jest on niepotrzebny. To rzeczywiście nowa nauka z mocą, która nie pozwala, żeby ludzkim życiem rządził, ukryty w duszy i w ciele ciągły strach.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 20.01.2021 Mk 1,21-24

I przyszli do Kafarnaum. Zaraz w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Byli zdumieni Jego nauką, uczył ich bowiem jak ten, który ma moc, a nie jak uczeni w Prawie. A właśnie wtedy był w ich synagodze człowiek z duchem nieczystym. Krzyknął on: Co my i Ty mamy ze sobą wspólnego, Jezusie Nazarejczyku. Przyszedłeś nas zniszczyć. Znam Ciebie, kim jesteś, Świętym Boga.

Jezus, wzywając rybaków, by poszli za Nim, szedł dalej, nie oglądając się za nimi. Swoją decyzję mogli podjąć w wolności. Kiedy przyszli razem do Kafarnaum, sam udał się do synagogi i w niej nauczał. A jak oni przeżywali nabożeństwo szabatowe? Czy tak samo jak wcześniej, przed powołaniem, zgodnie z tradycją, w której byli wychowani? Nie mogli, bo nauka Jezusa wyróżniała się i budziła powszechne zdumienie. Byli przyzwyczajeni, że uczeni w Prawie powtarzają opinie innych nauczycieli, cytując siebie nawzajem. Jezus głosił bliskość Boga i Jego władzę nad ludźmi z mocą osobistego doświadczenia. Dla człowieka mającego ducha nieczystego okazało się to śmiertelnym zagrożeniem. Musiał być kimś religijnym, bo uczestniczył w nabożeństwie, ale jednocześnie był niezdolny do nawiązania jakiejkolwiek relacji, gdyż duch nieczysty oddziela od innych. W czym się wyraża? W krzyku i języku. Występuje w imieniu wielu, dlatego mówi ‘my’, stając w obronie synagogi (kościoła), rodziny, powszechnej opinii (wszyscy tak mówią, robią). Przeciwstawia swoje ‘my’ ‘Ty’ Jezusa: przyszedłeś (do synagogi) nas zniszczyć (naszą uświęconą od wieków tradycję i zwyczaje). Za tym językiem kryje się paniczny strach, że Jezus odkryje coś z jego osobistej historii, którą maskuje religijnością na pokaz, wołając: Wiem, kim jesteś, Świętym Boga. Odrzuca Jezusa jako człowieka, chce, aby należał wyłącznie do Boga i nie wtrącał się w jego życie. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 19.01.2021 Mk 1,19-20

Gdy poszedł dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza i Jana, jego brata, a byli oni w łodzi, naprawiając sieci. I od razu ich powołał. Oni zaś zostawili swego ojca Zebedeusza w łodzi z najemnikami i odeszli za Nim.

Zerwanie zależności od pracy nie oznacza, że nie trzeba pracować z zaangażowaniem i pomysłowo, lecz że jest się zdolnym w każdej chwili ją przerwać, gdy pojawi się druga osoba, bo swoją obecnością przypomina, że samemu jest się osobą, a nie narzędziem do robienia czegoś, choćby najbardziej produktywnym. Tak właśnie mogli czuć się dwaj kolejni bracia. Jezus widzi ich zależność od ich ojca Zebedeusza, który nimi zarządza i organizuje ich pracę. Jakub jest bardziej zależny od ojca, Jan, młodszy, podporządkowany jest swemu bratu. Ojciec to potężna figura, która mocno oddziałuje na życie dzieci, zarówno przez swoje bycie z nimi, jak i nieobecność. Zależności w relacjach rodzinnych mogą być źródłem zniewolenia. Rządzenie innymi prowadzi do degradacji ludzkiej osoby do roli niewolnika. To wszystko zobaczyli w spojrzeniu Jezusa, który widział to, czego oni przez lata nie potrafili dostrzec. Gdy więc tylko zostali wezwani przez Niego, zostawili swego ojca w łodzi z jego najemnikami i odeszli za Nim. Zebedeusz nie mógł spokojnie przyjąć utraty dwóch pracowników, dlatego ich pójście za Jezusem musiało mieć charakter stanowczego odejścia, zerwania niewolniczej zależności. Rodzice przyzwyczają się, że dzieci są im podporządkowane, nawet te, już dorosłe. Odejście za Nim nie oznaczało zerwania relacji, lecz budowania jej z pozycji własnego, niezależnego życia. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 18.01.2021 Mk 1,16-18

Przechodząc obok Morza Galilejskiego, ujrzał Szymona i Andrzeja, brata Szymona, zarzucających sieć w morze; byli bowiem rybakami. Jezus powiedział im: Chodźcie za Mną, a sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. Natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim.

Co ma wspólnego bliskość Boga, który według Jezusa czuwa nad każdym człowiekiem, z pracą rybaków? Ci są zależni całkowicie od Jeziora Galilejskiego (zwanego morzem, bo bywało groźne) jako źródła utrzymania: wiązali z nim wszystkie swoje obawy i niepokoje, czy w danym dniu uda im się coś złowić. Bóg, choć modlili się do Niego w synagodze, był daleko, nie nakarmi ich rodzin. Ale Jezus nie widzi rybaków, dostrzega w nich ludzkie osoby, każdą z własną historią, ukrytą w imieniu i w relacjach rodzinnych, kształtujących charakter: Szymon – zawsze pierwszy i Andrzej – w jego cieniu, mu podporządkowany. Jezus widzi w nich osoby, a oni przez swoją wyczerpującą pracę, traktują siebie tylko jako rybaków. Gdyby ich zapytać, kim jesteście, odpowiedzieliby, rybakami. Wszystko inne w ich życiu (żony, dzieci, przyjaciele) znajduje się w niewidocznym dla nich tle, dlatego na nic innego nie mają czasu, bo na pierwszym planie istnieje tylko praca. Jezus przechodzi właśnie wtedy, gdy zarzucali sieć. Nie czeka aż skończą. Zwracając się do nich: chodźcie za Mną, przerywa ich pracę i obiecuje: sprawię, że staniecie się rybakami ludzi. To obietnica odzyskania siebie jako ludzkiej osoby w bliskich relacjach z innymi, bo one nadają sens i kierunek w życiu. W Jego wezwaniu musiało być tyle boskiej troski i współczucia, że przerwali swoją pracę, zostawili swoje sieci i poszli za Nim. Zaryzykowali. Co? Poczucie zależności: albo od własnej zaradności albo od Kogoś, kto czuwa nad nimi z nieba.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 17.01.2021 Mk 1,14-15

Kiedy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei, głosząc Ewangelię Bożą. Mówił: Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boga. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

Przyjęcie chrztu i kuszenie na pustyni sprawiły, że Jezus zaczął czytać znaki od Boga w wydarzeniach, które Go dotykały. Pierwszym z nich było aresztowanie Jana. Musiał je mocno przeżyć, gdyż za jego sprawą doświadczył zwrotnego momentu w swoim życiu, który ustanowił jego nowy początek. Dlatego będzie głosił, że historia każdego, bez względu na to, co wcześniej się w niej działo, może zacząć się od nowa. Wiedział, że nie może kontynuować misji Jana, czas głoszenia chrztu nawrócenia nad Jordanem się skończył. Potrzebna jest ewangelia – dobra nowina, czyli perspektywa życia w bliskiej, osobistej więzi z Bogiem, z wnętrza której wszystko widzi się inaczej. Z tym wewnętrznym przekonaniem wraca do Galilei i zaczyna głosić: czas się wypełnił, już w Nim, ale też w każdym, kto Go słucha lub czyta. Kiedy zanurzał się w Jordanie, poczuł, że to sam Bóg Go wybawia i z góry zaczyna troszczyć się o Niego. Teraz mówi innym: bliskie jest Jego troskliwe czuwanie nad każdym. Trzeba tylko, słuchając lub czytając, zacząć się poddawać Jego władzy, wypuszczając ją ze swoich rąk i wierzyć w kolejne słowo, które przyjdzie od Niego jako dobra nowina. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 16.01.2021 Mk 1,12-13

Natychmiast Duch wyrzucił Go na pustynię. Był na pustyni przez czterdzieści dni, kuszony przez Szatana. Był tam ze zwierzętami, a aniołowie usługiwali Mu.

Dlaczego zaraz po chrzcie Duch wypędził Jezusa na pustynię? Żeby nie zapomniał, iż jest także człowiekiem. Mógłby bowiem myśleć o sobie, jak wielu z Jego późniejszych wyznawców, że jest wyłącznie Synem Boga, a Jego człowieczeństwo nie ma już właściwie żadnego znaczenia. Czym Go kusił Szatan? Jako przeciwnik Boga wykorzystał to, co stało się dla Niego najgłębszym doświadczeniem bliskości z Bogiem: jesteś Jego Synem, to co ludzkie, ciebie nie dotyka. Największe pokusy mają zawsze charakter religijny: jesteś wielki, wyjątkowy, wybrany przez Boga i dlatego wolny od wszystkich ludzkich słabości, upadków i kruchości ludzkiej osoby. Przez czterdzieści dni na pustyni Jezus, podobnie jak kiedyś wyzwoleni z niewoli egipskiej Izraelici, musiał poczuć smak tego, co to znaczy być człowiekiem i jak wielkim zmaganiem jest utrzymać się pośrodku: z jednej strony dzikie zwierzęta (jak w wielu zachowaniach jest blisko do nich), a z drugiej – aniołowie (przedmiot marzeń ludzi religijnych: nie mieć żadnych pokus, pragnień, pożądań i być istotą duchową, bez ciała). Jezus, będąc z dzikimi zwierzętami, przyjął pokrewieństwo z naturą zwierzęcą jako coś przynależnego do bycia człowiekiem, z czym zawsze będzie się liczył i od czego nie będzie uciekał. A gdy aniołowie zaczęli Mu usługiwać, zrozumiał, że bycie człowiekiem, z całą walką pośrodku, jest czymś więcej niż bycie aniołem: człowiek w oczach Boga jest od niego większy. Te czterdzieści dni na pustyni były równie ważne jak moment chrztu, gdyż wyznaczyły Jego drogę do ludzi: od dołu, od ludzkich zranień i słabości, ale też od grzechów i zawstydzających upadków. 

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 15.01.2021 Mk 1,9-11

W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i został zanurzony w Jordanie przez Jana. I natychmiast, wychodząc z wody, ujrzał niebiosa rozdarte i Ducha jak gołębica zstępującego na Niego. A z niebios głos: Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie upodobałem sobie.

Jerozolima ze swoją świątynią to centrum religijne dla wszystkich mieszkańców Judei, którzy przyjmując chrzest od Jana, wyrażali swoją pobożność i gotowość do nawrócenia. Galilea to odległe od centrum religijne peryferia. Jezus z jakiegoś Nazaretu to Żyd z marginesu. Nie przyszedł, żeby potwierdzić swoją religijność, ale z całkowitym poddaniem się, pozwolił, aby Jan zanurzył Go w Jordanie, nie wiedząc, co z tego wydarzenia się wyłoni. Uznał bowiem, że jest on wysłannikiem Boga i przeczuwał, że chrzest z jego rąk może być granicznym momentem Jego życia. Gdy wynurzał się z wody, zobaczył rozdarte niebiosa. Zamknięte dotąd przez religijny system obrzędów i zwyczajów, zwanych tradycją, otworzyły się nad Nim. I przez Ducha doświadczył bezpośredniej, jedynej i nierozerwalnej więzi z Głosem z głębi niebios: Ty jesteś moim Synem umiłowanym. Ten, który przyszedł z marginesu i w nim pozostanie, jest teraz w centrum. Odtąd obecność Boga będzie w Nim, z pominięciem wszelkiej zewnętrznej religijności. Ci, z marginesu, mogą ją w Nim odnaleźć, a ludzie religijni muszą najpierw zrozumieć, jak bezużyteczna jest ich religijność.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 14.01.2021 Mk 1,6-8

Jan był ubrany w sierść wielbłądzią i w skórzany pas wokół swoich bioder. Żywił się szarańczą i miodem dzikich pszczół. I głosił: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, któremu nie jestem godny, aby się schylić i rozwiązać rzemyk u sandałów. Ja was chrzciłem wodą, On zaś będzie was chrzcił Duchem Świętym.

Jan pojawia się w przebraniu Eliasza (2 Krl 1,8), który był prorokiem czasu kryzysu, naznaczonego okresem suszy i klęski głodu (1 Krl 17). I podobnie jak on żywił się tym, co znalazł na pustyni, dając wyraz swej całkowitej zależności od Boga. Tym, którzy przychodzili do niego z Jerozolimy pokazywał, że podobnie jak Eliasz, nie chce mieć nic wspólnego z religią, praktykowaną w świątyni, gdzie dostęp do Boga był możliwy wyłącznie przez posługę kapłańską w obrzędzie składania ofiary. Stawiał ich przed wyborem: czy chcą iść ścieżką wskazaną przez niego, a więc drogą osobistego nawrócenia czy też praktykować religijne rytuały pozbawione treści, złożone często z magicznych gestów. Właśnie w nawróceniu otwiera się możliwość doświadczenia bliskości Boga, którą przynosi nie Jan, lecz mocniejszy od Niego, Ten, który będzie chrzcił Duchem Świętym, a więc da każdemu wewnętrzne poczucie obecności Boga. Jan widzi siebie w stosunku do Niego jako kogoś mniej godnego niż niewolnik. Ci, którzy przychodzą do niego, nie mogą poczuć się przy nim ważni jak przy innych ważnych osobach, zwłaszcza kapłanach, mają raczej zająć się swoim nawróceniem i wyznawaniem grzechów, aby wyjść na spotkanie z Tym, który idzie po nim.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 13.01.2021 Mk 1,5

Wychodzili do niego ludzie z całego obszaru Judei i wszyscy mieszkańcy Jerozolimy. Byli oni chrzczeni przez niego w rzece Jordan, wyznając swoje grzechy.

Odpowiedzieć na wezwanie do nawrócenia oznacza najpierw wyjście z miejsca zamieszkania, w którym wszystko jest znane, swojskie i wyuczone. Trzeba w jakimś momencie zacząć obserwować swoje myśli i uczucia, poglądy i wydawane sądy. Następuje to wtedy, gdy rutynowe myślenie i zachowania napotykają jakąś granicę, którą symbolizuje rzeka Jordan (Izraelici musieli ją przejść, aby wkroczyć do ziemi obiecanej, w której mogli rozpocząć nowe życie). Drugi krok to przyjęcie chrztu. Dokonuje go Jan, zanurzając w wodzie. Gdy inny stawia nam opór zaczynamy chwytać powietrze, jakbyśmy cali byli pod wodą. Można się bronić, ale można też się poddać. I wówczas robimy trzeci krok: wyznanie grzechów. Zawiera się w nim stosunek do naszej przeszłości, całej, a nie tylko do pojedynczych wydarzeń: cała przeszłość jest do naprawy.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 12.01.2021 Mk 1,4

Jan chrzcił na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów.

Głos na pustyni to Jan, a chrzest, który głosi, oznacza wezwanie do nawrócenia. Obejmuje ono nie tylko jakiś rodzaj naprawy myślenia, lecz także zmianę emocjonalnego nastawienia, którego celem jest odpuszczenie grzechów. Kiedy ktoś dochodzi do wniosku, że źle myślał o sobie, o kimś innym lub w jakiejś sprawie, i czuje się z tym niedobrze, to otwiera się przed nim droga nawrócenia. Zaczyna na nią wchodzić, rozważając błędy w swoim myśleniu i badając swoje uczucia, zwłaszcza dumę, która nie pozwala ich uznać i szuka usprawiedliwień. Głos wzywający do nawrócenia zawsze konfrontuje się z dumą, która często skutecznie go zagłusza i nie pozwala ruszyć się z miejsca.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 11.01.2021 Mk 1,2-3

Jak jest napisane w Księdze proroka Izajasza: Oto wysyłam mojego posłańca przed Tobą, który przygotuje Twoją drogę. Głos wołający na pustyni: Przygotujcie drogę Pana, wyprostujcie Jego ścieżki.

Chodzi o coś więcej niż zwykłą opowieść. Przez proroka Izajasza przemówił kiedyś sam Bóg, rozpoczynając nowy etap historii, który różnił się radykalnie od tego, co było przedtem. Nikt nie oczekuje tego, co nowe. Jeśli nawet coś nowego się zdarza, reagujemy po staremu, zgodnie z rutyną lub wyuczonym sposobem zachowania. Potrzebny jest ktoś, kto przygotuje drogę do spotkania z Tym, kto przynosi całkowicie nową perspektywę życia. Ten ktoś pozostaje niewidoczny, jest tylko głosem wołającym na pustyni. A gdzie ta pustynia? W ewangelii, którą właśnie zaczynamy czytać. W naszych myślach i uczuciach słyszymy różne głosy, dochodzą do nas także głosy wielu ludzi z zewnątrz. Wpływają na nasze poglądy i kierują naszym postępowaniem. Powtarzamy czyjąś opinię i uważamy ją za własną, przywiązując się do niej emocjonalnie. Jeśli jednak z uwagą będziemy czytać, to może usłyszymy i ten głos, przychodzący z ewangelii. Czytać z uwagą, czyli jak? Żeby nie zapomnieć i żeby brzmiał ciągle w naszych uszach. Przygotowanie Jego drogi i prostowanie Jego ścieżek oznacza ciągłe kwestionowanie owego zgiełku różnych głosów, który rozbrzmiewa w naszych uszach.

Wprowadzenie w wiarę chrześcijańską, 10.01.2021 Mk 1,1

Początek ewangelii o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym.

Rozpoczynając czytanie ewangelii o Jezusie, wszystko o Nim wiemy: z tradycji, z lekcji religii, z niezliczonej ilości słów wypowiadanych o Nim, w Jego imię, do Niego. O samych sobie też wszystko wiemy: datę urodzin, ukończone szkoły, rodzaje wykonywanych prac; znamy także ludzi, którzy nas otaczają: bliskich, przyjaciół, znajomych. Ale czy to, co każdy wie i czego nigdy nie podważa, jest jedyną prawdą o Nim, o nas, o innych? A może warto spojrzeć na Niego, na siebie i na bliźnich, z zewnątrz, przez pryzmat tego, co będziemy czytać, gdy otworzymy ewangelię? Na tym polega ten początek: zaczynamy czytać dwie historie: najpierw Jego, lecz w niej również naszą, jednak zupełnie inną niż ta, którą znamy. Oczywiście, nie można wyrzec się całej tej wiedzy, którą posiadamy, a która stanowi bezpieczny azyl, ogrodzony murem niepodważalnej pewności. Tym niemniej, możemy na chwilę o niej zapomnieć i pozwolić, aby ktoś Inny przemówił i zaczął opowiadać o Bogu, o nas i o naszym świecie to, czego my nie wiemy. Ta właśnie opowieść nazywa się dobrą nowiną (ewangelią), bo w osobie Jezusa przynosi więź z Bogiem, jakiej dotąd nie znaliśmy, bezpośrednią i namacalną, otwartą na nową przyszłość, nie dającą się zamknąć w religijnych obrzędach, zanurzonych w przeszłości.

 

Sobota w okresie Bożego Narodzenia, 09.01.2021 Mk 6,45-52

Odejście Jezusa od uczniów, aby oddać się modlitwie, uczy ich ważnej rzeczy. Nie tylko siebie samego powierza On Bogu, ale także ich niebezpieczną podróż na drugi brzeg. Nie zostawił ich samych. Choć nieobecny, widzi ich zmaganie się z przeciwnym wiatrem. Przychodzi do nich, krocząc po morzu jako ktoś, kogo nie mogą sobie podporządkować i uczynić swoją własnością, myśląc, że tylko Jego fizyczna obecność może być gwarantem ich bezpieczeństwa. Swoim słowem wzywającym do odwagi i wyzbycia się lęku, uczy ich ufać Bogu i samym sobie, że wystarczy im sił na drodze, którą podążają. Ale to trudna nauka. Mimo, iż wiedzieli, co się stało z chlebem, którym Jezus nakarmił tłumy, nie potrafili uwierzyć, że ma On władzę nad ich losem i nie wypuści ich ze swoich rąk.

Piątek w okresie Bożego Narodzenia, 08.01.2021 Mk 6,34-44

Tłumy przybywają zewsząd do Jezusa, wyrażając przez to, że czegoś im w życiu brakuje. Jezus na ich widok reaguje współczuciem. Jest ono Jego odpowiedzią na rozpoznaną w nich potrzebę, są bowiem jak owce bez pasterza. Oczywiście, my nie potrzebujemy żadnej litości, gdyż nie jesteśmy ludźmi zagubionymi i wiemy, co mamy robić. Dlatego też nie mamy współczucia ani dla siebie ani dla innych, bo go nie znamy. Przychodzi ono zawsze wtedy, kiedy przyznajemy się szczerze, że z czymś sobie nie radzimy, ale jednocześnie nie wstydzimy się naszej bezradności i nie czujemy się tym upokorzeni. Współczucie jest darem bliskości, która nie uzależnia i nie podporządkowuje, lecz uczy, jak być dla siebie nawzajem, zachowując wzajemny szacunek.

Czwartek w okresie Bożego Narodzenia, 07.01.2021 Mt 4,12-17.23-25

Dla Jezusa, uwięzienie Jana Chrzciciela, oznaczało nowy początek. Szukał On też nowego miejsca, aby w nim rozpocząć swoje własne i niezależne od rodziny życie. Zamieszkał w Kafarnaum, nad morzem Galilejskim, którego okolice zostały nazwane przez proroka Izajasza Galileą pogan. Ale wybrał to miejsce ze względu na ludzi, których tam spotykał: siedzących w ciemności, w cieniu śmierci, cierpiących, dotkniętych rozmaitymi chorobami i dolegliwościami. A więc wybrał raczej trudne życie, bo z ludźmi mającymi ze sobą problemy, z którymi bycie razem nigdy nie jest łatwe. My zaś chcemy być tam, gdzie nie będziemy mieli żadnych kłopotów. Owszem, chcemy być z ludźmi, lecz nie z takimi, którzy sprawiają trudności, od takich staramy się uciec. On nie uciekał. Dlaczego? Bo w codziennych konfrontacjach z ludzkimi słabościami widział możliwość doświadczenia bliskości Boga i Jego mocy. One są podstawą wezwania do nawrócenia: bądź z tymi ludźmi, których Bóg stawia na twojej drodze w danym miejscu, nie uciekaj w inne, gdyż ostatecznie zawsze będziesz uciekał, lecz od siebie samego.

Uroczystość Objawienia Pańskiego, 06.01.2021 Mt 2,1-12

Mędrcy ze Wschodu, którzy w jakiś sposób dowiedzieli się o narodzinach Króla Żydów, szukają Go w Jerozolimie, w pałacu króla Heroda, ten zaś pyta o to arcykapłanów i uczonych ludu. Ci wiedzą na podstawie proroctwa, że nie można Go szukać ani w pałacu królewskim ani w świątyni. Mędrcy jako poganie wyobrażali sobie, że król powinien się urodzić w wyjątkowym miejscu, w splendorze i majestacie przynależnym władcy, a zderzają się ze słowem proroka, który odsyła ich lichego miasta Betlejem, a w nim do zwykłego domu. Nie rozczarowują się jednak, odrzucają swoje wyobrażenia i idą posłusznie za wskazówkami proroctwa. A król Herod, arcykapłani i uczeni ludu nie idą razem z nim, lecz pozostają w Jerozolimie: Herod ze swoją władzą, arcykapłani z religijnymi obrzędami, uczeni ze swoją mądrością. Nie są zainteresowani Dzieckiem i Jego Matką. Rządzenie, religia i wiedza są dla nich ważniejsze. Szukanie Boga, objawionego w narodzinach Jezusa wiąże się z rezygnacją ze swoich wyobrażeń i z posłuszeństwem słowu, które prowadzi tam, gdzie nie spodziewamy się Go znaleźć.

Wtorek w okresie Bożego Narodzenia, 05.01.2021 J 1,43-51

Jak ktoś, kto pochodzi z Galilei i nie studiował Prawa w Jerozolimie, może być kimś, kogo zapowiadali Mojżesz i Prorocy? Jezus jest człowiekiem znikąd, nie zajmuje żadnej ważnej pozycji, nie cieszy się autorytetem znanego i poważanego nauczyciela. Jak kogoś tak mało znaczącego można z uwagą słuchać i mu zaufać. Dla Natanaela jako syn jakiegoś Józefa z Nazaretu jest On nikim. Ale Filip, który mu o Nim opowiada, sam wcześniej przeżył spotkanie z Jezusem i musiało go ono głęboko poruszyć. Dlatego zachęca go, aby osobiście przekonał się, kim On jest. Jednak Jezus go uprzedza i odsłania mu prawdę o nim: nie tylko, że jest człowiekiem starającym się żyć według przykazań, lecz także szczerze wyrażającym swoje opinie, bez fałszywych pochlebstw i udawanego zainteresowania, maskującego obłudę. Nie znając wydarzeń z jego historii, czyta go jak otwartą książkę i wie, że w obrazie bycia pod drzewem figowym kryje się jego pragnienie prawdziwego życia, wolnego od lęku i w pokoju ze wszystkimi (Micheasz 4,4; 1 Krl 5,5). Każdy, kto w końcu odkryje je w sobie, odnajdzie drogę, na której wszystkie spotkania z innymi ludźmi będą się odbywać w świetle Jego nauki.

Poniedziałek w okresie Bożego Narodzenia, 04.01.2021 J 1,35-42

Jan mówi swoim uczniom, kim jest Jezus, nazywając Go Barankiem Boga, który będzie złożony w ofierze za grzechy świata, a oni natychmiast podążają za Nim. Co ich pociągnęło do pójścia za Jezusem, choć nie usłyszeli od Jana żadnej zachęty? Tym różnią się od nas. My ciągle czekamy, że ktoś nas do czegoś zachęci, zaprosi, że będzie nas błagał, a nawet starał się zmusić. Nie ma w nas wewnętrznej ciekawości. Owszem, ciekawi nas to, co na zewnątrz, co się dzieje w świecie, z innymi, ale nie chcemy poznać tego, co mamy wewnątrz, naszych myśli, pragnień, niepokojów. Uczniom Jana nie wystarczało przyznanie się do błędów przeszłości, do czego on ich wzywał. Samo wyznanie grzechów jest ważne, ale nie zmienia, a oni pragnęli się zmienić. To zaś oznacza, że było im źle z tym, co odkryli w sobie i musiało im to bardzo dokuczać. Poszli za Jezusem, gdyż potrzebowali nauczyciela, który im powie, co mają z tym zrobić, jak odmienić siebie od wewnątrz. Szukali nauczyciela, a odnaleźli Mesjasza, czyli tego, który przychodzi, w którym odsłania się cała ich przyszłość. To coś więcej niż wskazówka, jak postępować, ponieważ Ten, który przychodzi, przynosi nowe życie, jeszcze dla nich niedostępne, ale już przeczuwają, że ono jest właśnie tym, za czym tęsknili. Jeśli nie jesteś ciekaw tego, co w tobie, nie będziesz ciekawy także tego, co w drugim. A to znaczy, że nigdy nie nawiążesz z nim głębszych więzi. 

2 Niedziela po Narodzeniu Pańskim, 03.01.20 J 1,1-18

Jesteśmy ukształtowani przez relacje rodzinne i one ciągle wywierają na nas wpływ. A oddziałujemy na siebie nawzajem w różny sposób. W pierwszym rzędzie przez władzę nad drugim, chcąc go sobie podporządkować (żądza ciała). Narzucamy także innym swoją wolę, zmuszając do zrobienia tego, co uważamy za słuszne (prawo). Nie widzimy jednak tego, bo spierając się ze sobą, skupiamy się na sprawie, a nie na tym, jak w tym sporze traktujemy siebie. Zasada: ja tu rządzę i masz mnie słuchać, jest zwykle niewidoczna dla nas, ale możemy ją rozpoznać po reakcji drugiego, który wychodzi z kłótni poraniony (my pewnie też). Nie zawsze chcemy od niej odstąpić, gdyż daje nam poczucie siły i wyższości, dzięki którym możemy w ogóle jakoś funkcjonować, ale bez poczucia bliskości. Bliskie więzi, których chyba każdy pragnie, mają swoją podstawę w szacunku i życzliwej otwartości wobec innych. Wynikają one z przekonania, że zostałem obdarowany tymi, którzy są przy mnie, że Ktoś mi ich stawia przede mną jako dar, nie jako zagrożenie. Bliskość potrzebuje jeszcze prawdy. Zawiera się w niej zarówno szczerość (unikanie podejrzeń i manipulacji) jak i wierność (cokolwiek się stanie, jakkolwiek się zachowasz, jestem z tobą). Czy taka bliskość jest w naszych relacjach w ogóle możliwa? Łaska (życzliwość) i prawda przyszły przez Jezusa Chrystusa: ucz się od Niego, a odnajdziesz bliskość w sobie, z którą się podzielisz z innymi.

Sobota w okresie Bożego Narodzenia, 02.01.21 J 1,19-28

Pytanie ‘kim jesteś?’, zadane Janowi jest ważne dla każdego i każdy powinien spróbować na nie odpowiedzieć. Nie chodzi w nim o przedstawienie swego życiorysu, który dołączamy, starając się np. o pracę. Odpowiadając na nie zaczynamy się odróżniać od innych i wychodzić poza role nam przypisane, które ograniczają i do pewnego stopnia tłumią to, co jest naszą własną i wyjątkową historią. Nie wystarczy więc powiedzieć: jestem mężem, żoną, księdzem, pracuję jako …, bo to są role, które spełniamy w ramach naszych codziennych obowiązków. Chodzi raczej o wydarzenia, które zmieniły nasze życie i nadały mu nowy kierunek. Taki jednak, który wymaga określenia na nowo naszych dotychczasowych relacji z innymi. A to jest trudne, bo ciągle jesteśmy traktowani według narzuconych nam stereotypów. Dlatego trzeba nieustannie wyjaśniać motywy naszych zachowań, wynikające z naszej własnej historii, choć nie zawsze będą one przyjmowane i akceptowane. Jan nie widzi siebie ani w roli mesjasza, ani Eliasza, ani proroka. Widzi siebie wyłącznie w odniesieniu do Tego, który ma przyjść i który uzasadnia to, kim jest i co robi.

Uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki Maryi, 01.01.2021

Maryja nie przypuszczała, że będzie musiała urodzić swoje dziecko poza miastem i złożyć je w bydlęcym żłobie. Ale właśnie niemowlę w nim położone stało się znakiem, po którym pasterze rozpoznali zapowiedzianego im Zbawcę. Kiedy zaczęli opowiadać, co o Nim mówiono, miała dużo do przemyślenia. Nawet dla biednej matki rodzenie w stajence lub w grocie byłoby upokarzające i budzące poczucie głębokiego zawstydzenia. Co miała zrobić z tymi wszystkimi negatywnymi emocjami, słysząc, że Jej syn jest Tym, kto przyniesienie ludziom ratunek i ocalenie? Uwierzyć słowu czy swoim uczuciom, które Ją przepełniają? Na tym chyba polega praca serca, że słowa niosące nadzieję trzeba skonfrontować z uczuciami, które utrzymują w myśleniu o sobie jako kimś bezwartościowym. Maryja więc pierwsza doświadczyła zbawienia, bo zachowując w pamięci wszystkie te okoliczności towarzyszące narodzinom Jej dziecka, rozważała je w swoim wnętrzu, pozwalając, aby słowo aniołów, przekazane przez pasterzy, stopniowo odmieniało jej uczucia wobec samej siebie i sytuacji, w której się znalazła. Nikomu nie można dać nadziei, jeśli wpierw nie doświadczyło się jej w swoim życiu. To dramat wielu głoszących ewangelię. 

Czwartek, 31.12.2020 J 1,1-18

Mówimy i słuchamy siebie nawzajem, ale często nawet nie zwracamy uwagi na to, co mówimy i czego słuchamy. Dlatego tak wiele słów rani. Dotyka nas też lekceważenie słów dla nas ważnych. Dzieje się tak, bo nie znamy Słowa, które poprzedza wszystko i które jest źródłem życia. Zrozumieć to Słowo oznacza zrozumieć osobę, która się za Nim kryje. Często jednak rozumiemy Je po swojemu, dostosowując Je do naszej miary. A trzeba inaczej. Na chwilę zawiesić to, co już wiem o kimś, czego się domyślam lub co przewiduję. Pozwolić Mu się oświecić i objawić Siebie i drugiego. Nauczy nas wtedy jak rozmawiać ze sobą, by mieć udział w czyimś życiu i sprawić, by ktoś był częścią mojego, gdyż na tym polega budowanie więzi, dzięki którym odnajdujemy się w ogóle w świecie i czujemy się bezpieczni. Kiedy więc słuchasz czyjegoś słowa, staraj się poznać osobę, która je wypowiada i nie osądzaj jej na podstawie tego, co usłyszałeś. Niech Słowo was oświeci i obdarzy zrozumieniem.

Środa, 30.12.2020 Łk 2,36-40

Anna, mimo swego wieku (84 lata), nie jest zwykłą, pobożną kobietą, oddaną wyłącznie postom i modlitwie w świątyni. Jest prorokinią, czyli ciągle nosi w sobie oczekiwanie innej, nowej przyszłości. Dostrzega wokół siebie ludzi pokrzywdzonych i dotkniętych zniewoleniem, i ta niezgoda na niesprawiedliwość pozwala jej spotkać się z małym Jezusem i wyrwać się z zamkniętego świata, w którym tkwiła. Inaczej niż Symeon, widzi w Nim kogoś, kto niesie wyzwolenie. To rys kobiecy zbawienia: wrażliwość na wszelki rodzaj opresji, przymusu, podporządkowania i złego traktowania. W momencie spotkania przerywa swoje modlitwy i posty i zaczyna opowiadać o Tym, którego Bóg przeznaczył jako ratunek dla wszystkich uciśnionych. Może więc zamiast mnożenia modlitw i kreowania się na pobożnych ludzi, warto by prześledzić własną historię zniewolenia i zacząć ją rozpoznawać w innych, dając im nadzieję na wyzwolenie, otwierające się w ewangelii.

Wtorek, 29.12.2020 Łk 2,22-35

Z wiekiem coraz więcej rzeczy robi się z przyzwyczajenia i bez zastanowienia, powtarzając wcześniej wyuczone czynności. Zaliczają się do nich także obowiązki religijne, spełniane rutynowo, z minimalnym zaangażowaniem myśli i uczuć. Ewangelie nie wspominają o dziadkach Jezusa, lecz opowiadają o Symeonie, starym kapłanie, który mimo podeszłego wieku, przychodzi do świątyni z natchnienia Ducha, jak prorok, w oczekiwaniu innej przyszłości niż nadchodząca śmierć. Nie zapomina o niej jako o kresie swego życia, ale w małym Jezusie niesionym przez rodziców widzi kogoś, kto ma moc odnowić wszystkich ludzi, jego też. Ostatnie lata swego życia nie spędzi w biernym czekaniu na swój koniec. Przeciwnie, dostał szansę w spotkaniu z Jezusem, aby wszystko na nowo przemyśleć i w nowym świetle spojrzeć na całą swoją przeszłość, zwłaszcza na swoje postępowanie wobec innych. Na tym polega siła zbawienia, które ujrzał, biorąc w objęcia Jezusa. 

Poniedziałek, 28.12.2020 Świętych Młodzianków, Mt 2,13-18

Nie wystarczy radość z narodzin dziecka i beztroskie jej przeżywanie. Każdemu dziecku, zwłaszcza najmniejszemu, grożą różne niebezpieczeństwa. Potrzebna jest umiejętność rozpoznawania czyhających na jego życie zagrożeń, a te mogą pojawiać się z wielu stron. Józef szybko dojrzał do odpowiedzialnego ojcostwa, gdyż w swoim myśleniu i uczuciach był skupiony na dziecku i jego matce. Wszystko inne w jego postępowaniu, łącznie z pracą i planami na przyszłość, było temu podporządkowane. I co najważniejsze, słuchał ostrzeżeń i był im posłuszny, a to dlatego, że całą swoją relację z Jezusem i Maryją odnosił do Boga. Czuł bowiem, że przez Niego został powołany do opieki i troski o swoją rodzinę.

Niedziela Świętej Rodziny, Jezusa, Maryi i Józefa/B, 27.12.20 Łk 2,22-40

Rodzice Jezusa przyszli do świątyni w Jerozolimie, aby zgodnie z Prawem Mojżesza przedstawić Go Bogu. Ich postępowanie z dzieckiem podporządkowane jest zwyczajowi, który każe za pierworodnego syna złożyć ofiarę. Ale zanim to zrobili usłyszeli proroctwo Symeona i dopiero jego słowa wprawiły ich w zdumienie i sprowokowały do myślenia, gdyż odsłoniły losy ich dziecka wykraczające poza to, co zapisane w prawie. Rodzinne rytuały dają poczucie bezpieczeństwa, ale nie mogą tłumić własnej, odrębnej historii dzieci i każdego z rodziców. Powinny pozostać w tle, a na pierwszym planie mają być wydarzenia odczytywane jako znaki obecności Boga, otwierającego przed każdym oddzielnie ciągle nową przyszłość.

Świętego Szczepana, Pierwszego Męczennika, 26.12.2020 Dz 6,8-10; 7,54-60

Szczepan nie przypuszczał, że jego przesłuchanie przed Wysoką Radą może doprowadzić do jego śmiercią, a jego słowa zostaną odczytane jako bluźnierstwo przeciw Bogu. Ukamienowali go ludzie podobni do Szawła, młodzi, żarliwi obrońcy tradycji religijnej. Nie było ono następstwem procesu sądowego, lecz działaniem tłumu, podburzonego przez grupę fanatyków religijnych, którzy chcieli narzucić wszystkim swoje przekonania. Szczepan wyznał swoją wiarę w Jezusa i nie narzucał jej innym. Był Jego świadkiem, a nie żołnierzem broniącym Jego imienia. Świadek nie boi się sprzeciwu i odrzucenia, tzw. obrońca wiary reaguje gniewem i nienawiścią do tych, którzy według niego podważają wartości religijne. Świadek jest jeden, obrońcy wiary zawsze muszą tworzyć tłum, bo polegają nie na Bogu, lecz na swojej fizycznej obecności. Do nas należy wybór, kim chcemy być: świadkiem Jezusa, jak Szczepan, czy przyłączyć się do tzw. obrońców wiary i żarliwie zwalczać inaczej myślących?

Pamiątka Narodzin Jezusa, Syna Bożego, 25.12.2020 Łk 2,1-14

Aniołowie zwiastują wielką radość, ogłaszają, że dziś narodził się wam Zbawiciel. Wam, czyli komu? Tym, którzy są blisko Boga i tym, którzy są daleko, którzy wierzą, i którzy wątpią, którzy są zagubieni, i nie wiedzą kim są, i którzy mają smutek w sercu z powodu straty bliskich, których miejsca przy świątecznym stole pozostały puste; zwiastują radość także tym, którzy się cieszą, bo powrócili do rodziny i mogą być razem, i tym, którzy nowe witają życie. Nasze własne radości dajemy sobie sami, gdy robimy to, co nam sprawia przyjemność. One też są ważne. Ale pełna radość przychodzi zawsze wraz z obecnością kogoś innego. I choć czasami może ona być wymagająca i trudna, potrzebujemy jej, abyśmy mogli być ludźmi prawdziwe szczęśliwymi.

Czwartek, 4 tyg. Adwentu, 24.12.2020 Łk 1,67-79

Elżbieta, choć nie słyszała bezpośrednio słów anioła, który rozmawiał z Zachariaszem w świątyni, przyjęła je jako prawdę pochodzącą od Boga i trzymała się jej w czasie rodzinnego sporu o nadanie imienia ich dziecku. Dopiero teraz jej mąż zrozumiał, że nie przywiązywał on do nich wystarczająco dużej wagi. I jego więc napełnił ten sam Duch, który wcześniej był obecny w kobietach, Maryi i Elżbiecie. On, niemy kapłan, doznaje wewnętrznej przemiany, otwierają mu się usta i zaczyna prorokować. Wie, że jego syn nie będzie po nim pełnił urzędu kapłana i nie będzie powielał jego niemych czynności wykonywanych w świątyni. Będzie prorokiem zapowiadającym nową przyszłość, tym, który ogłosi wyzwolenie od grzechów przeszłości i przygotuje drogę Temu, który ma przyjść w mocy słowa. Obyśmy wszyscy, spotykając się podczas wieczerzy wigilijnej, odnaleźli w sobie własne i nowe słowo i podzielili się nim wzajemnie, przekazując wątpiącym nadzieję, smutnym pociechę, a zagubionym odwagi w poszukiwaniu drogi życia. Trochę wysiłku, aby nie powtarzać, jak co roku, tych samych życzeń zdrowia i pomyślności, gdyż tegoroczne Boże Narodzenie jest zupełnie inne i niepodobne do poprzednich.

Środa, 4 tyg. Adwentu, 23.12.2020 Łk 1,57-66

Dla krewnych i znajomych, którzy przyszli do Elżbiety, aby dzielić z nią radość z powodu narodzin jej syna, było oczywiste, że powinien on nosić imię swego ojca, Zachariasza. Presja otoczenia jest duża, ale tym mocniejszy jest sprzeciw Elżbiety. Wybiera dla niego imię Jan. Jednak ciocie, wujkowie i sąsiadki oponują. Przecież nie ma nikogo w jej rodzinie o takim imieniu? Pytają więc ojca, ignorując zdanie Elżbiety. Zachariasz wie to, czego jego krewni i sąsiedzi nie wiedzą, a co usłyszał w świątyni, gdy anioł zapowiadał mu narodziny dziecka, nadając mu właśnie imię Jan. O co zatem chodzi w tym całym sporze rodzinnym? Czy nie to, co wyraża pytanie zadawane przez wszystkich, którzy słyszeli o tych wydarzeniach: kim będzie to dziecko? Jan nie będzie należał do przeszłości, lecz do przyszłości. Całym swoim życiem będzie wskazywał na Tego, który ma przyjść po nim. My zaś należymy do tego, co już było, uwięzieni w rolach wyznaczonych nam przez innych, wywierających presję, aby nas podporządkować temu,  co zostało raz na zawsze ustalone, zatwierdzone. Idziemy do szkoły, aby zrealizować niespełnione ambicje rodziców, zakładamy rodzinę z nadzieją, że będziemy lepszymi rodzicami dla naszych dzieci niż nasi rodzice dla nas, ale powielamy wszystkie ich błędy. Może więc warto zaryzykować odważny sprzeciw, choćby w drobnych konfrontacjach i uwolnić się od narzuconych nam schematów myślenia i oczekiwanych zachowań. Nowe, własne życie znajduje się w bliskiej przyszłości (nie w marzeniach, ktore ją odsuwają), a otwiera ją słowo, przychodzące z Wysoka. Trzeba tylko się w nie wsłuchać i uchwycić.

Wtorek, 4 tyg. Adwentu, 22.12.2020 Łk 1,46-56

Maryja nie wie, jak potoczą się jej losy i jak będzie z narodzinami dziecka, które się w niej poczęło, ale wie na podstawie rozmowy z Elżbietą, że ich przyszłość znajduje się w rękach Tego, który czyni rzeczy po ludzku niemożliwe. Kobietę przeżywającą całymi latami hańbę bezpłodności w poczuciu bycia całkowicie bezużyteczną, przemienił On w osobę otwartą na nowe życie, swoje i swego syna. Maryja czuje swoją przemianę jeszcze głębiej, bo widzi w Bogu Tego, który ocala i ratuje z sytuacji bez wyjścia, a ona właśnie się w niej znalazła. Nie paraliżuje ją strach, co z nią będzie, jak przyjmie ją Józef, jej rodzina, lecz przepełnia ją ufna radość, że wybrana w swej zwyczajności (uniżeniu) przez Boga, będzie mogła stawić czoła wszystkim przeciwnościom, które się pojawią. Jej pewność siebie nie bierze się z własnej siły i przekonania o swej wyjątkowości, ale z mocy i miłosierdzia Boga, któremu powierza siebie i przyszłość swego dziecka.

Poniedziałek, 4 tyg. Adwentu, 21.12.2020 Łk 1,39-45

Anioł nie powiedział Maryi, że powinna odwiedzić Elżbietę. Wspomniał tylko, że ta uważana za bezpłodną kobieta jest już w szóstym miesiącu ciąży, dodając jakby mimochodem, iż dla Boga nic nie jest niemożliwe. Mogła tę wiadomość zignorować i nic z nią nie zrobić. Jednak potraktowała ją jako impuls do własnego działania. Zdecydowała się wyruszyć w drogę i musiała być w tym postanowieniu zdeterminowana. Rozmowa z aniołem uczyniła z niej dorosłą osobę, która wzięła w swoje ręce całą odpowiedzialność za swoje losy. W drodze uczyła się wierzyć temu, co usłyszała i jednocześnie dorastała do bycia matką swego poczętego dziecka, bo gdy weszła do domu Zachariasza, Elżbieta tak właśnie ją nazwała. Nie przyszła do niej, aby sprawdzić słowa anioła i na własne oczy zobaczyć jej zaawansowaną ciążę. Czekała raczej na reakcję Elżbiety, czy ona również przeżywa swój stan jako wynik działania Boga, który uczynił dla niej coś niemożliwego. Obydwie pomagają sobie nawzajem rozpoznawać w swoich dzieciach wyjątkowy dar Boga. W rozmowie obu kobiet nie uczestniczy Zachariasz, nie może się do nich wtrącić, bo jest niemy. Bóg odebrał kapłanowi głos po to, aby nauczył się słuchać i słucha tego, co mówią kobiety.

4 Niedziela Adwentu/B, 20.12.2020 Łk 1,26-38

Maryja nie spodziewała się odwiedzin anioła. Przecież była zwyczajną dziewczyną z Nazaretu, niczym się niewyróżniającą. Anioł zaś przynosi zawsze jakąś całkowicie nową myśl, wykraczającą poza ludzkie wyobrażenia (na tym polega bycie aniołem). Gdy usłyszała jego słowa, że została wybrana przez Boga, przestraszyła się i zaczęła się zastanawiać, do czego mogą one prowadzić. Czyż może chodzić o coś innego niż zapowiedź, że urodzi syna? Ale to nic nowego. O tym myśli każda młoda dziewczyna. Nowe jest to, że będzie On kimś wyjątkowym, tak innym, że zostanie nazwany Synem Najwyższego. Jednak ta przemowa anioła o jej przyszłym dziecku nie zrobiła większego wrażenia na Maryi. Zadała mu bowiem bardzo trzeźwe pytanie: jak będzie z tym poczęciem, skoro nie poznała jeszcze męża? Zaskoczyła go. Nie jest naiwnym dziewczątkiem, zanurzonym w oparach niewiedzy. Wie, że do poczęcia dziecka potrzebny jest mężczyzna. Wiedza, także ta naukowa, nie jest przeszkodą na drodze wiary, raczej tkwienie w niewiedzy prowadzi do pojmowania działania Boga na sposób magiczny. Czy jej pytanie wyraża jak i u Zachariasza zwątpienie lub brak wiary? Nie. Kapłan z góry wykluczył zdolności rozrodcze swojej żony, uznając ją za bezpłodną i starą, z której nic nowego (dziecko) nie może się urodzić. Maryja nie podważa zamiarów Boga wobec niej, lecz zaczyna rozumieć, że poczęcie i narodziny jej dziecka będą dla niej ogromnym wyzwaniem i niezwykle trudną próbą wiary.

Sobota, 3 tyg. Adwentu, 19.12.2020 Łk 1,5-25

Dlaczego Zachariasz nie uwierzył aniołowi, że jego żona, bezpłodna i starsza już kobieta, urodzi mu syna? Nie uwierzył, bo był kapłanem. Kapłan nie musi wierzyć w Boga, wystarczy, że składa ofiary zgodnie z przepisami prawa. Zawsze tak było i jest. Dla niego liczy się to, że w świątyni sprawuje święte obrzędy i lud wierzy w ich skuteczność. Ponieważ nie uwierzył, została mu odebrana mowa, a pozostały tylko nieme czynności. Jego syn, który ma się narodzić, podobnie jak on, również powinien zostać kapłanem. Nie zostanie. Opuści świątynię, uda się na pustynię i będzie prorokiem, czyli tym, który mówi w imieniu Boga. Niewierzący i niemy kapłan, będzie miał syna, który w przyszłości będzie głosił słowo Boże. Jak to się stanie? Zachariasz nie uwierzył słowom anioła i oniemiał, ale Elżbieta, jego żona rozpoznała działanie Boga i w poczęciu swego dziecka doświadczyła mocy Jego słowa. Uwierzyła, że właśnie słowo od Boga, w jej życiu ukształtowanym przez kapłańskie rytuały i zwyczaje jej męża, coś radykalnie zmieni i nada mu nowy kierunek. Może więc Jego słowo zadziała w historii każdego?

Piątek, 3 tyg. Adwentu, 18.12.2020 Mt 1,18-24

Jednak Józef, mąż Maryi, zmienia się, choć nie przychodzi mu to łatwo. Nie spodziewał się bowiem, że ta, która została mu poślubiona, a z którą jeszcze nie zamieszkał razem, będzie w ciąży. Burzy to cały ustalony plan ich wspólnej przyszłości: najpierw wesele, potem zamieszkanie razem, a dopiero potem dziecko. Józef wierzył, że taka kolejność wydarzeń jest zgodna z Bożym prawem. Wszystko wskazywało na to, że Maryja je przekroczyła. Ale on nie myśli o niej źle. Nie dopuszcza do siebie tego, że mogła go oszukać. Chce jej dać wolną rękę i nie narażając jej na publiczne potępienie, zwolnić ją z małżeńskiej przysięgi. Nie traktuje jej jako swojej własności, nabytej przez akt zaślubin. Postrzega ją w relacji do Boga, który widocznie ma wobec niej inne plany. Pozostaje zagadka, dlaczego nie zgłasza się żaden mężczyzna jako ojciec jej dziecka? Prawo nie przewiduje takiej sytuacji, nie daje wskazówki, jak się w niej zachować. Józef musi szukać rozwiązania we własnej relacji do Boga, czy Jego działanie ograniczone jest prawem, czy też wykracza poza ustalony w nim porządek. I znajduje. Bóg jest przede wszystkim miłosierny, zwłaszcza wobec słabych i pozbawionych wsparcia. A w takim stanie jest Maryja. Nie może jej zostawić samą. Współczucie (lecz nie litość) każe mu ją przyjąć i zaopiekować się nią i jej dzieckiem. Właśnie współczucie zmienia go i pozwala mu stać się prawdziwym mężem i dobrym ojcem.

Czwartek, 3 tyg. Adwentu, 17.12.2020 Mt 1,1-17

W długim rodowodzie Jezusa występują prawie wyłącznie mężczyźni. Łańcuch imion przechodzi od ojca do syna, matki i córki są z niego wyłączone. Pojawiają się jednak cztery kobiety w kluczowych momentach. Bez nich wszystko potoczyłoby się w zupełnie innym kierunku. Postępują wbrew przyjętym zasadom i zwyczajom. Swoją determinacją ryzykują życie, ale przez to pozwalają, aby Bóg wkroczył z czymś zupełnie nowym w historię, która toczy się pod dyktando tego, co znane i przewidywalne. Pod ich wpływem zmieniają się mężczyźni, którzy rozpoznają w ich postawach działanie samego Boga. Jeszcze większa nowość przychodzi wraz z Maryją. Jej poprzedniczki były żonami ważnych mężczyzn, ale o Maryi nie jest powiedziane, że jest żoną Józefa. Przeciwnie, to Józef nazwany jest mężem Maryi. Coś radykalnie nowego rozpocznie się od Niej i Jej Syna, nie od Józefa. No cóż, mężczyzna jest zawsze taki sam, potrzebuje inności kobiety, aby przez nią otworzyć się na przyszłość, przychodzącą od Boga.

Środa, 3 tyg. Adwentu, 16.12.2020 Iz 45,6-8.18.21-25

Bardzo trudno nam dojść do przekonania, że wszystko, co nas spotyka w życiu, objęte jest władzą Boga, i że On jest jedynym punktem odniesienia dla wszystkiego, co się wokół nas dzieje. Wydaje nam się, że naszym losem kierują jakieś ukryte siły, że wobec niektórych ludzi jesteśmy całkowicie bezbronni i nie mamy żadnego wpływu na naszą przyszłość. Nie chcemy się poddać, walczymy, bo myślimy, że nie można inaczej. Można. Warto zaryzykować posłuszeństwo temu, co mówi Bóg: Zwróćcie się do Mnie, a doświadczycie ocalenia w każdym miejscu, w każdych okolicznościach, bo tylko Ja jestem Tym, który wszystko stwarza, i światło, i ciemność, nikt inny. Paraliżuje nas strach, że rezygnując z walki, zginiemy. Wcale nie. Przeciwnie. Oddając się w Jego ręce, możemy zaangażować się w czynienie dobra i sprawiedliwości, których żadna siła nie zniszczy.

Wtorek, 3 tyg. Adwentu, 15.12.2020 So 3,1-2.9-13

Relacje między ludźmi niszczy stosowanie przemocy, przymusu, narzucanie swojej woli. Niestety, te zachowania często są niewidoczne dla sprawcy, choć dają o sobie znać w codziennych kłótniach i konfliktach. Powtarzają się, jeśli ktoś w swoim zacietrzewieniu nie słyszy głosu drugiej strony, nie przyjmuje upomnienia, a przede wszystkim nie rozpoznaje w swojej postawie braku zaufania Temu, kto jest ponad. Nie jesteśmy zdani na ciągłą walkę ze sobą o to, kto jest silniejszy i ma większą władzę. Podejmujemy ją na nowo, bo nie wierzymy, że Bóg może nas obronić i nie pozwoli nam zginąć. Zamiast zbliżyć się do Niego wybieramy wyniosłość, pewność siebie, przekonanie o własnej racji. Uderzają one ze zdwojoną siłą w słabych i od nas zależnych. A przecież można szukać schronienia w Bogu, stając się pokornym i ubogim, wyrzekając się złego traktowania innych i języka, który rani.

Poniedziałek, 3 tyg. Adwentu, 14.12.2020 Lb 24,2-7.15-17

Także poganin może słyszeć słowa Boga i mieć udział w Jego wiedzy. A czego ona dotyczy? Zawiera w sobie wizję życia we wspólnocie, w której ludzie wyzwoleni z różnych swoich uzależnień i lęków, dbają o siebie nawzajem, ufając, że nad ich przyszłością czuwa Bóg. Balaam, pogański prorok, otrzymał taką wizję i nawet się nią zachwycił, dlaczego więc nie przyłączył się do Izraela i nie podjął wysiłku, aby przyjąć jego sposób postępowania? Nam też zdarzają się chwile, w których zachwyca nas dobro. Widzimy je w zachowaniach innych lub odkrywamy w ewangelii, ale nie robimy nic lub niewiele, żeby za nim podążać. I za każdym razem, kiedy się ono pojawi, a my nie zareagujemy, będzie się od nas coraz bardziej oddalać, aż pozostawi nas zamkniętych w rutynie i przyzwyczajeniach własnego, egoistycznego świata. Najmniejszy gest dobra, dostrzeżony u drugiego wchodzi jak gwiazda, zapowiadająca nową przyszłość, gdyż ma w sobie coś z mocy Tego, którzy ma przyjść, a którego pamiątkę narodzin niedługo będziemy obchodzili.

3 Niedziela Adwentu/B, 13.12.2020 Iz 61,1-2.10-11

Zawsze jest wielu załamanych, dotkniętych nieszczęściem, zagubionych, w potrzasku, którzy sami nie mogą sobie poradzić z swymi problemami. Niestety niewielu jest tych, którzy potrafią dostrzec ich obecność wokół siebie i okazać im pomoc. Owszem, umiemy współczuć, wysłuchać, pocieszyć naszych najbliższych, lecz wobec krzywdy i cierpienia obcych, spoza kręgu bliskich, jesteśmy zastygli w obojętności. Usprawiedliwiamy się: przecież jesteśmy jednak ludźmi wrażliwymi, tak, ale tylko dla swoich. Rozszerzenie troski i współczucia poza swoją rodzinę przychodzi z góry, od Boga jako siła większa od naszych naturalnych zdolności, które szybko się wyczerpują w obliczu przeszkód i rozczarowań. Przychodzi ona jako powołanie i ma bardzo osobisty wymiar, w którym kryje się apel, aby stać się bliskim dla tego, kto cierpi i znajduje się w potrzebie. Widzisz tylko rany serc złamanych, nic więcej i czujesz się wezwany, aby je opatrzyć i okazać zrozumienie.

Sobota, 2 tyg. Adwentu, 12.12.2020 Syr 48,1-4.9-11

Czy można przyjąć przyszłość, przychodzącą w postaci dziecka, jeśli nie dokonało się pojednanie z przeszłością? Jako rodzice, dziadkowie, babcie, ciocie, wujkowie ciągle spotykamy się z dziećmi, które są wokół nas. Nie uświadamiamy sobie jednak, jak dalece zadawnione urazy, kompleksy, złe uczucia, czyli nasza przeszłość, wpływają na naszą postawę wobec nich. Babcia rozmawia z rodzicami i żali się na swój los. Podchodzi wnuczka i chce o coś zapytać. Słyszy: nie przeszkadzaj, ja teraz mówię. Babcia chce zaistnieć, poczuć, że wszyscy skupiają na niej uwagę i nie chce z tego zrezygnować, dlatego wymazuje swoją wnuczkę z tej rozmowy, która zawstydzona odchodzi do swego pokoju. Trzeba pojednać się ze swoją przeszłością, by móc przyjąć przyszłość, która zjawia się w najmniej dogodnym momencie. Odbywa się ono przez słowo upomnienia, które oczyszcza jak ogień. Tata mógłby babci powiedzieć: mamo, za chwilę będziesz dalej mówić, ale wysłuchajmy mojej córki, która chce o coś nas zapytać. Nie powie. Musiałby wcześniej przestać być synem swojej mamy i stać się dorosłym i ojcem swojej córki, odpornym na to, że ona się na niego obrazi. A może jego interwencja umożliwiłaby spotkanie babci z wnuczką, serdeczne i przyjazne. W każdym toczy się nieustanne zmaganie między przeszłością a przyszłością, w której to, co dawniej usiłuje zawładnąć tym, co przychodzi jako nowe. Niech słowo jak ogień rozstrzyga.

Piątek, 2 tyg. Adwentu, 11.12.2020 Iz 48,17-19

Słuchamy różnych opinii, dochodzących do nas z telewizji, radia, Internetu i bez żadnego zastanowienia, czy są one słuszne, tworzymy z nich własny pogląd na życie, wcielając go w nasze codzienne postępowanie. Nie obchodzi nas, jak ci, z którymi się spotykamy, odbierają nasze zachowanie. Stajemy się nauczycielem samych siebie i pouczamy innych. Kiedy pojawiają się nieporozumienia i konflikty, nie czujemy się za nie odpowiedzialni. Nie odczytujemy ich jako wskazówki, że nie tylko zrobiliśmy coś nie tak, ale że również źle myślimy. Przyznanie się do błędu, uznanie swej porażki może stać się początkiem uczenia się, jeśli będzie miało miejsce przed Bogiem, bo to On jest prawdziwym Nauczycielem. Uczy nie przez innych, lecz bezpośrednio przez swoje przykazania. Uczciwego, szczerego postępowania wobec siebie i bliźnich, nie można się inaczej nauczyć. Słuchaj Go, a On pokieruje tobą na drodze, którą kroczysz.

Czwartek, 2 tyg. Adwentu, 10.12.2020 Iz 41,13-20

Obawy przed przyszłością pojawiają się każdego dnia, z każdym nowym zadaniem, co do którego nie można być pewnym, czy uda się go dobrze wykonać i jak inni go przyjmą. Życie w permanentnym niepokoju jest trudne, bo czyni człowieka niewolnikiem strachu. Któż go może z niego wyzwolić? Chyba nie wystarczy dodawanie sobie odwagi i przekonywanie siebie, że wszystko pójdzie dobrze. Gdyby tak zatrzymać się na chwilę przy swoim lęku, zapytać się, czego się boję i dlaczego, może wtedy doszedłby głos Boga, mówiący ustami proroka: Ja trzymam mocno twą prawą rękę, nie bój się, bo Ja jestem z tobą i cię wspomagam. Ale w lęku, który łatwo nie ustępuje, jest jeszcze coś innego. Gdy się czegoś boimy, czujemy się mali i nieporadni, bo wiele spraw w danym momencie nas przerasta. Trzeba przyznać się do tej bezradności, żeby w niej usłyszeć: Nie bój się robaczku, Ja cię wspomagam i wyzwalam z niewoli strachu. Przyszłość przestaje przerażać, gdyż wypełnia ją obietnica: Ja cię wysłucham i nie opuszczę, Ja, twój Bóg.

Środa, 2 tyg. Adwentu, 09.12.2020 Iz 40,25-31

Czy potrzebujemy wierzyć, że Bóg swoją władzą obejmuje wszystko i że w swej mądrości wybiega w przyszłość? W codziennych sprawach polegamy raczej na sobie i własnej zaradności. Niektóre jednak są trudne i wyczerpujące. Nie potrafimy też przewidzieć wszystkich konsekwencji, z nimi związanych. W rozwiązywaniu wielu problemów nasza przyszłość jest niepewna, tym bardziej, że zdarzają się rzeczy, na które nie jesteśmy w ogóle przygotowani. Mówimy sobie ‘dasz radę’ i forsujemy własne pomysły. Chyba nawet młodzi nie są w stanie wytrwać długo w takiej mobilizacji i walce z życiem. A gdyby tak spróbować zmienić swoje nastawienie. Owszem, nie ma żadnych namacalnych dowodów, że Ktoś ogarnia całą rzeczywistość i zna to, co ma nadejść. Co nam to da, że w Kogoś takiego uwierzymy? Nie będziemy musieli się ‘spinać’ i wysilać, lecz podejdziemy do życiowych problemów z tą siłą, jaką mamy. Nie trzeba też będzie ze strachem patrzeć w przyszłość, lecz ufając Temu, kto wie więcej, wykorzystamy naszą wiedzę i umiejętności w nadziei, że nawet popełnione przy tym błędy ostatecznie posłużą ich rozwiązaniu. Wtedy także poznamy nasze ograniczenia, dotyczące naszych fizycznych i psychicznych możliwości oraz wiedzy. Poczujemy, że inni mogą nam pomóc i udzielić rady. Przestaniemy być ‘Zosią samosią’, która wszystko ogarnia i wszystko wie, i jako bóg staje się nie do zniesienia.

Wtorek, 2 tyg. Adwentu, 08.12.2020 Rdz 3,9-15.20 Niepokalane Poczęcie Maryi, Matki Jezusa

Kiedy Bóg stworzył mężczyznę i kobietę, oboje byli nadzy, ale nie odczuwali wstydu (Rdz 2,25). Nagość wyrażała ich całkowitą otwartość wobec siebie. Jednak to się zmieniło po spożyciu z drzewa poznania dobra i zła. Ukryli się przed Bogiem ze strachu, że są nadzy. Nagość nie jest już otwartością, traktują ją teraz jako słabość, którą inni mogą wykorzystać przeciwko. Jak do tego doszło? Kobieta uległa słowom węża, bo nie mogła zaufać mężczyźnie, gdyż ten wyostrzając boski zakaz, wzbudził w niej strach. Objawiając Mu swoje przykazanie Bóg zaufał mu. Stwarzając kobietę jako innego postawił przed mężczyzną zadanie przekazania jej zakazu w poczuciu ufności, że ona jako przyprowadzona doń przez Boga będzie Mu posłuszna. Ale mężczyzna przestraszył się jej inności, myślał bowiem, że powinna być posłuszna Bogu, tak samo jak on. Nie mógł tego sobie wyobrazić, że ona może Mu okazać posłuszeństwo, lecz inaczej niż on, na swój własny, odrębny sposób. Dlatego zaostrzył zakaz, aby wzbudzając w niej strach, zmusić do posłuszeństwa, oczywiście, jemu. Maryja rozmawia z aniołem, niezależnie od Józefa i poza jego wiedzą. Nie nazywa siebie służebnicą Józefa, nie będzie też służebnicą swego Syna, ale Jego uczennicą. Mówi o sobie, że jest wyłącznie służebnicą Boga.

Poniedziałek, 2 tyg. Adwentu, 07.12.2020 Iz 35,1-10

Kiedy niewłaściwie zachowujemy się wobec innych, zwykle szukamy winy na zewnątrz lub zaczynamy źle oceniać samych siebie. Jedno i drugie nie prowadzi do żadnej zmiany. Prorok Izajasz wskazuje odmienną drogę. Może nasze problemy w relacjach z bliźnimi wynikają z tego, że pewnych rzeczy nie widzimy, dotknięci ślepotą, że na niektóre sprawy jesteśmy całkowicie głusi i nie chcemy o nich słuchać. Tkwimy i okopujemy się w naszych racjach i nie chcemy się ruszyć. Wreszcie wolimy nic nie mówić i pozostać niemi, choć należałoby zabrać głos. Nie zdajemy sobie sprawy, jak wiele w sposobach traktowania bliźnich, zależy od naszej chęci poznawania, które nieustannie powinniśmy poprawiać i rozwijać. Jeśli mówi on o drodze czystej, na której nie będą wałęsać się głupi, to wskazuje nam potrzebę zdobywania wiedzy i nabywania mądrości. Ucząc się, czerpiąc z własnego doświadczenia i z przeżyć innych zaczynamy wnikliwiej widzieć, więcej słyszeć, robić kolejne kroki naprzód i wyraźniej mówić. Poznajemy siebie i odkrywamy, kim są ci, z którymi codziennie się spotykamy, a którzy wypełniając nasze życie. Dlaczego się nie uczymy? Ze strachu. Z tego powodu prorok wzywa: Odwagi! Nie bójcie się. Bóg przychodzi, aby was ocalić. Czego się boimy? Przyszłości. Ale ona jest w Jego rękach.

2 Niedziela Adwentu/B, 06.12.2020 Iz 40,1-5.9-11

Pocieszajcie, pocieszajcie mój lud – mówi Bóg. Każdy przeżywający jakąś osobistą tragedię, zmagający się z trudnościami, wobec których czuje się jak w potrzasku, potrzebuje wsparcia. Wiemy to i nawet gotowi bylibyśmy pomóc, ale nie wiemy jak. Stoimy z boku, w jakimś odrętwieniu, niezdolni, aby podejść i być blisko. Czego nam brakuje? Przyznania, że i my znajdujemy się w podobnej udręce, mniej dokuczliwej, bo codziennej, związanej z niepokojem i zmartwieniami, które nigdy nie odchodzą. My też potrzebujemy współczucia, którego jednak nikt okazuje, gdyż nasza udręka jest tak powszednia, że niewidoczna. Pozostaje litość nad sobą, ale ona nie przynosi pociechy, przeciwnie, wzmaga codzienną zgryzotę. To czego nam brak? Słowa, które dotyka serca, a które, choć przychodzi z zewnątrz, to jest z Wysoka. Czy w ogóle może się to stać? Owszem, może. Jak? Kiedy zaryzykujesz, żeby przestać użalać się nad sobą lub wmawiać sobie, że dasz radę, wtedy, w zawieszeniu i niepewności, poczujesz dotknięcie, które wewnątrz, obejmie cię całego. Poznasz, czym jest pociecha, i jako pocieszony będziesz mógł ją okazać temu, kto jej potrzebuje.

Sobota, 1 tyg. Adwentu, 05.12.2020 Iz 30,19-26

Dobro jest zawsze możliwe, tylko trzeba je umieć rozpoznać i wybrać właściwą drogę, aby za nim iść. Ale szukamy kogoś z zewnątrz, oczekując, że da jakąś wskazówkę. Łatwo znaleźć setki doradców, gotowych najczęściej za pieniądze podpowiedzieć, jak postępować. W tym szukaniu pomijamy to, co prorok Izajasz nazywa chlebem ucisku i wodą utrapienia. Chleb i woda. Codziennie je spożywamy, ale w goryczy i w poczuciu osaczenia z powodu zadawnionych ran i nierozwiązanych problemów. Nie można spełniać dobra dla innych, ignorując własny stan wewnętrzny, bo jest on kluczem do poznania o jakie dobro w ogóle chodzi. Potrzebujemy Nauczyciela, który przychodzi od wewnątrz i dlatego rozumie, lecząc zadane nam rany. Nie stoi obok ani nie patrzy z góry, usłyszysz Jego głos w swoich myślach i sercu, przyniesie słowo pociechy i współczucia, a wtedy rozpoznasz prawdziwe dobro i odnowi się twoje całe życie. Rozpoznasz w pewności, której ci nie da żaden doradca religijny czy oferujący trening rozwoju osobistego. Tę ścieżkę musisz przebyć sam, wpatrując się w swego Nauczyciela i podążając za Jego głosem.

Piątek, 1 tyg. Adwentu, 04.12.2020 Iz 29,17-24

Jak odnaleźć ścieżkę dobra i na niej wytrwać, gdy wokół tak wielu ciemiężców, szyderców, goniących za złem, namawiających do niego? Jeśli ktoś tylko ich widzi, to jest ślepy i pogrążony w ciemności. Odwróć od nich wzrok i zacznij czytać, ale nie to, co znajdujesz w sieci, a co przyciąga twoją uwagę jakimś bulwersującym słowem lub zachowaniem. Zacznij czytać Księgę, choćby cały przeznaczony na dzisiejszą liturgię fragment z proroka Izajasza. Czytaj tak długo aż usłyszysz słowa, które otworzą ci oczy. Wtedy zobaczysz, że pokorni, którzy ufają Bogu, otrzymują radość, nie ze zwycięstwa w walce ze złem świata, lecz w robieniu drobnych rzeczy dla tych, którzy w danej chwili są obok. Nie myśl, że najpierw trzeba pokonać niesprawiedliwość wszelkimi dostępnymi metodami, a dopiero potem zaangażować się w czynienie dobra. To fałszywe przekonanie. Dobro zawsze jest możliwe nawet, gdy wokół ludzie zachowują się źle. Jest też jedynym sposobem, aby błądzący i zdezorientowani zaczęli myśleć i oceniać mądrze, a narzekający przyjęli pouczenie.

Czwartek, 1 tyg. Adwentu, 03.12.2020 Iz 26,1-6

Miasto staje się potężną twierdzą dzięki działaniu Boga, który przynosi ratunek i ocalenie. Ale dzisiaj wielu wierzących myśli o kościele jako wspólnocie, którą oni sami muszą bronić. Tak też można myśleć o swojej rodzinie lub o swoim życiu. Wtedy jednak możemy stać się podobni do oblężonej twierdzy, której bramy zawsze są zamknięte, bo wszędzie widzi wrogów. Kto doświadczył działania Boga, zaczyna rozumieć, że właśnie On, przychodząc z pomocą, wznosi podwójny mur wewnętrzny i zewnętrzny, który broni przed atakami złych myśli i negatywnych uczuć i jednocześnie udaremnia ataki z zewnątrz w postaci plotek, oszczerstw lub fałszywych posądzeń. W oblężonej twierdzy panuje strach i panika. Zaufanie Bogu i oddanie się Jego opiece wzbudza spokój umysłu i każe kierować się w postępowaniu wiernością i uczciwością. One są najlepszą obroną, która w dłuższej perspektywie nie zawiedzie, choć czasami pojawi się pokusa, że nie warto być uczciwym w niesprawiedliwym świecie.

Środa, 1 tyg. Adwentu, 02.12.2020 Iz 25,6-10

Obfita uczta z najlepszych potraw i wina to obraz szczęścia. Do uczty jednak nie siada się samemu, lecz z innymi. Może dlatego nie jesteśmy w życiu szczęśliwi, że chcemy go tylko dla siebie. Ale jest też inna przeszkoda: śmierć. Nawet, gdy o niej nie myślimy, to ją odczuwamy we wszystkich naszych obawach i niepokojach o przyszłość, o nierozwiązane sprawy, o wiszące nad nami problemy. Tłumią one skutecznie wszelkie pragnienie szczęścia, utwierdzając w przekonaniu, że nigdy go nie osiągniemy. Lepiej więc wyrzec się go i pogodzić się z twardymi realiami codzienności. Czy można to zmienić? Owszem, jeśli w swoje myślenie o szczęściu włączysz innych, nie tylko najbliższych, lecz także tych, których spotykasz zupełnie przypadkowo. W rozbudzonym pragnieniu szczęścia z innymi Bóg zacznie powoli usuwać ukryty lęk o siebie i poczucie bycia nieprzydatnym do niczego. A wtedy zjawi się zaufanie i doświadczymy wyzwolenia do czegoś lepszego. Marzenia mamy dla siebie, pragnienie szczęścia, które jest od Niego, zawsze obejmuje innych.

Wtorek, 1 tyg. Adwentu, 01.12.2020 Iz 11,1-11

Adwent oznacza przyjście. Ktoś wraca z długiej podróży. Najbliżsi czekają na niego i przygotowują się do przyjęcia go. Wypełniają swoje codzienne obowiązki, ale w tle trwają w oczekiwaniu na jego przybycie. Prorok Izajasz zapowiada Tego, którego przyjście będzie początkiem odnowienia. Wpierw jednak to, co stare musi ustąpić miejsca nowemu. Stare to ścięte drzewo, z którego został tylko pień odziedziczonej po przodkach przeszłości (Jesse, ojciec Dawida). Z niego wypuści mała gałązka, która powoli zacznie się rozrastać w nowe drzewo. Wszystko to, zanim przejdzie w zmianę zachowań, odbywa się w myślach. Dlatego Izajasz zachęca do zrobienia porządku w myśleniu. Daje dwie lekcje. Ten, który ma przyjść będzie sądził sprawiedliwie, nie opierając się na plotkach i opiniach. Będzie przejęty losem pokrzywdzonych. Ale bezkompromisowo przeciwstawi się tym, którzy stosują przemoc i zachowują się tak, jakby nad sobą nie mieli nikogo. Porządkując swoje myślenie musisz zdecydować, po czyjej stronie jesteś. Jeśli podoba ci się siła i buta, jeśli gardzisz pokorą i słabością, nigdy nie zaznasz życia, w którym wilk będzie mieszkał z jagnięciem, a cielę i lew będą się paśli razem. Jeśli odnajdziesz w sobie pragnienie dziecka, żeby bez lęku i w ufności bawić się na gnieździe węża, poczujesz moc dobroci, większą niż zło, które cię otacza.

Poniedziałek, 1 tyg. Adwentu, 30.11.2013 Św. Andrzeja, Apostoła

Jezus widzi Piotra i Andrzeja, jak zarzucają sieci w morze. Widzi najpierw osoby, a potem ich pracę. Dla Niego osoba ma pierwszeństwo w stosunku do tego, co robi. Ale tego nie wiedzą bracia, dla nich praca jest najważniejsza, najpierw ona i to, co z niej mają, a potem dopiero wszystko inne, żona, dzieci, rodzina, przyjemności. Myśleli, że taki jest porządek rzeczy, nie wyobrażali sobie, że może być inaczej. Za spojrzeniem Jezusa idzie Jego słowo, które nie mówi, że oni są ważniejsi od pracy, lecz wzywa, aby pójść za Nim. Jak mogli na nie zareagować? Dobrze, za chwilę pójdziemy, gdy skończymy połów. To stereotypowa odpowiedź, dawana najbliższym i tym, którzy o coś proszą. Co więc usłyszeli w Jego głosie, że przerwali swoją pracę, zostawili sieć i natychmiast poszli za Nim? W Jego wezwaniu poczuli bliskość królestwa Bożego, a w nim swoją wartość, której nigdy nie dała im praca. Myśleli, że Bóg może wkroczyć w ich życie tylko przez jakieś wyjątkowe i nadzwyczajne wydarzenie, a tu przyszło do nich zwykłe słowo, przechodzącego Jezusa. Jesteś zajęty czymś bardzo bardzo ważnym, ale w tym właśnie momencie ktoś ciebie potrzebuje. Jeśli w jego prośbie rozpoznasz Jego głos i pójdziesz za Nim, to stanie się coś niezwykłego: przestaniesz być niewolnikiem pracy, a zaczną się w twoim życiu wyzwalające rządy Boga.

1 Niedziela Adwentu/B, 29.11.2020 Mk 13,33-37

Pan domu odszedł i jest nieobecny, lecz każdemu wyznaczył zajęcie, a stróżowi nakazał czuwać aż do swego przyjścia. Myślimy o Jezusie w taki sposób, że Jego obecność jest czymś możliwym do objęcia naszym rozumieniem i odczuwaniem. Ale Jezus nigdy nie zjawia się w taki sposób. Przez Jego śmierć i zmartwychwstanie możemy Go doświadczyć wyłącznie jako Tego, który przychodzi niespodziewanie i w ukryciu. Jak więc można na Niego czekać i po co jest nam potrzebne Jego przyjście? Nie czekamy na tych, których nie znamy. Jeśli ktoś Go nie poznał, bo nie śledził Jego losów w ewangelii, to nie myśli o Nim ani nie wyczekuje Jego przyjścia. Ale nie tylko to. Kiedy czytamy ewangelię, Jego słowa i postawa zawsze do czegoś nas zobowiązują. Jego przychodzenie jest więc momentem sądu i rozliczenia. A teraz podobna historia, fikcyjna. Żona musiała wyjść z domu na kilka godzin, żeby załatwić ważne sprawy dla rodziny, a dzieci zostały pod opieką męża. Jedno dziecko wypadło przez okno, drugie samo wybiegło na ulicę, trzecie zamknęło się w łazience. A mąż tego nie zauważył, gdyż wcześniej kazał im się razem bawić, sam natomiast zajął się grą na komputerze. Czy okazał się lekkomyślnym lub mało uważnym ojcem? Nie. Po prostu nie znał swoich dzieci i nie poznał także swojej żony w jej trosce o nie. Nie znając ich, nie byli dla niego wystarczająco ważni, aby mieć ich w swoim czuwającym spojrzeniu. Nie myślał też o swojej żonie i o jej reakcji na to, co się z nimi stało. Nie czekasz na Niego, bo go nie znasz i nie odgrywa On żadnej roli w twoim życiu. I może właśnie dlatego nie potrafisz prawdziwe i z oddaniem zatroszczyć się o bliźniego, który zjawia się przed tobą znienacka i bez zapowiedzi. Nie znasz, nie czekasz, nie troszczysz się. Poznanie to twoja przeszłość, czekanie to twoja przyszłość, a troska to twoja teraźniejszość.

Sobota, 34 tyg. Zw., 28.11.2020 Łk 21,34-36

Bycie uważnym na drobne nawet aspekty życia to modne dzisiaj zalecenie psychologów, którzy twierdzą, że uważność można nawet wytrenować przez zastosowanie określonych technik. Pozwala ona wyzwalać się z codziennych stresów i uczy wrażliwości na innych. Jezus jednak zachęca swoich uczniów do uważności w perspektywie swego przyjścia, aby przez czuwanie i modlitwę, mogli stanąć przed Nim. Dlatego czujność i modlitwa to nie elementy treningu, lecz skutek wewnętrznej przemiany i stawania się bardziej osobą, która w pełni czuje siebie, nie pomija i nie tłumi w sobie niczego, a dzięki temu odbiera i przyjmuje to wszystko, co czują inni. Warunkiem jest wyzwolenie się z lęku przed przyszłością, który objawia się w nieustannym zamartwianiu się, zajadaniu lub zapijaniu napięć i niepokojów. Twoja przyszłość ma Jego oblicze, a w Nim twarz bliźniego. Nie musisz się bać siebie ani drugiego, bo twoje i jego losy są w rękach Tego, przed którym każdy stanie z całym swoim życiem. Bądź uważny na to, co się z tobą dzieje i rozważaj przed Nim, jak być pełniej z samym sobą i z tym, który w danym momencie jest blisko ciebie.

Piątek, 34 tyg. Zw., 27.11.2020 Łk 21,29-33

Boimy się kryzysów, w których wszystko się zmienia i przestaje być takie, jak dawniej, bo odbierają nam poczucie bezpieczeństwa, wprowadzając zamęt i niepewność. Małe kryzysy można zignorować i zachowywać się tak, jakby się nic nie stało. Z dużymi się nie da. Żadne pokolenie ich nie uniknie, dlatego Jezus mówi do uczniów: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Ale kryzys jest nie tylko zagładą starego świata, zawiera też zapowiedź nowego. Obumarłe zimą drzewa wypuszczają pąki, jeszcze mało widoczne, lecz dla tych, którzy oczekują lata, wystarczająco zauważalne, aby wzbudzić nadzieję, że jest ono blisko. Chyba, że ktoś tak bardzo lubi zimę, że nie chce, aby przyszło lato. No to pomyśl o swoim życiu. Nawet mały kryzys mówi ci, że żyłeś w mroźnej pozbawionej słońca zimie. Zapragnij ciepła i blasku dnia, a wtedy rozpoznasz, że Ten, który stworzył pory roku, daje w każdym trudnym momencie szansę nowego początku.

Czwartek, 34 tyg. Zw., 26.11.2020 Łk 21,20-28

Zburzenie Jerozolimy przez Rzymian oznaczało koniec starego świata, w którego centrum była świątynia i związana z nią instytucjonalna religia. Ale tak dzieje się ze wszystkim, co nie nadąża za zmianami i staje się przestarzałe i bezużyteczne. Jezus przestrzega swoich uczniów, aby nie usiłowali bronić tego, czego nie da się uratować. Według Niego bowiem poglądy, utrwalone stereotypy i przekonania, zawarte w tradycji, mogą mieć w sobie ukryte zło. Nie widzimy go, gdy bez zastanowienia powtarzamy zasłyszane opinie lub sądy. Sytuacje kryzysowe, które odsłaniają to, co było dotąd ukrywane, pokazują, że przyszłość rzuca nowe światło na przeszłość i nie można o niej myśleć i jej oceniać tak jak dawniej. Stary świat nie odchodzi od razu i bezboleśnie, kruszeje powoli, kiedy nagle odkrywamy, że to, co dotąd uważaliśmy za coś dobrego, kryje w sobie żądło zła. Boli, gdy trzeba przyznać, że nieświadomie mogliśmy przyczyniać się do szerzenia niesprawiedliwości. Zapowiedź przyjścia Jezusa na końcu, dokonującego rewizji całego naszego życia, każe nam dorosnąć i wyzwolić się z dziecinnego poczucia bezpieczeństwa, zwalniającego nas z odpowiedzialności za to, co dzieje się w naszych relacjach z innymi. Sprawdzaj każdą swoją opinię i pogląd, i badaj, czy nie tkwi w nich coś krzywdzącego dla bliźnich. A jeśli odkryjesz, przyznaj się do błędu i odrzuć.

Środa, 34 tyg. Zw., 25.11.2020 Łk 21,12-19

Jezus zapowiada uczniom, że czekają ich prześladowania ze strony ludzi mających władzę religijną i polityczną. Z jakiego powodu? Bycie Jego uczniem daje niezależność od wszelkiej władzy, a tej żadna nie może znieść ani tolerować, gdyż w jej naturze jest podporządkowywanie sobie wszystkich za pomocą siły budzącej lęk. Niezależność od władzy i niepoddawanie się strachowi przed nią określa miarę czyjegoś człowieczeństwa, że ktoś kieruje się w swoim postępowaniu własnym sumieniem i nie poddaje się naciskom tym, którzy mają wpływy. Na tym polega dawanie świadectwa: kieruj się wewnętrznym głosem, który jest głosem ewangelii. Nie trzeba nawet przygotowywać się do obrony siebie, gdyż wewnętrzny Nauczyciel, przemawiający głosem ewangelii, podsunie odpowiednie słowo. Uczniowie będą się bronić mądrością, a nie mową nienawiści lub przemocą, te bowiem są narzędziem ich prześladowców. Niezależność jest także nie do zaakceptowania przez najbliższych, bo również w rodzinie każdy chce podporządkować sobie drugiego. Ale i tu nie potrzeba walczyć. Wystarczy wytrwać w swoich decyzjach i postanowieniach.

Wtorek, 34 tyg. Zw., 24.11.2020 Łk 21,5-11

Niektórzy uczniowie nie zrozumieli tego, co Jezus powiedział przy skarbonie świątynnej, że uboga wdowa, wrzucają dwa pieniążki, dała więcej niż bogaci. Teraz bowiem podziwiają jej wspaniałe kamienie i zdobienia, które zostały wykonane z pieniędzy bogatych. Dla nich więc bogaci okazali się ważniejsi niż biedna wdowa, ważniejsi także od Niego, będącego prawdziwą świątynią Boga. Zapowiadając, że z budowli świątynnej nie zostanie kamień na kamieniu, niszczy ich zachwyt i zwraca ich uwagę na swoją osobę, którą od śmierci dzieli zaledwie kilkadziesiąt godzin. To jakby ktoś czuwając przy łóżku umierającego, oglądał z podziwem wspaniałość sprzętu medycznego, który już do niczego się nie przyda. Jezus odchodzi i uczniowie nie zobaczą Go więcej w Jego fizycznej postaci, tak jak nie zobaczą świątyni, zburzonej przez Rzymian. Przyjdzie do nich inaczej. Tego ‘inaczej’ muszą się dopiero nauczyć. Będą mogli Go ujrzeć wewnętrznym spojrzeniem i w nim Go rozpoznają. Nikt ich nie zwiedzie mówiąc: ‘To ja jestem’ oraz ‘Nadszedł czas’. Jedno i drugie usytuowane na zewnątrz jest nieprawdziwe. Bóg patrzy na serce (1 Sm 16,7) i jedynie sercem dobrze widzi się przyszłość przychodzącą w osobie D/drugiego.

Poniedziałek, 34 tyg. Zw., 23.11.2020 Łk 21,1-4

Ludzie patrzą na siebie nawzajem powierzchownie, zatrzymując swoje spojrzenie na tym, co zewnętrzne. Spojrzenie Jezusa przenika w głąb, nie daje się zwieść tym, co pozorne, bo na zewnątrz jest On dokładnie tym, kim jest wewnątrz. Nikt więc nie może Go oszukać swoją pobożnością ani przekupić wielkością darów. W Jego oczach więcej dała biedna wdowa, która do skarbony świątynnej wrzuciła dwa pieniążki niż bogaci składający duże sumy. Skąd ta różnica w spojrzeniu między Nim a nami? My szukamy własnej wartości w nadmiarze: jeśli posiadamy czegoś dużo i stać nas na więcej, od razu czujemy się lepiej, a to dlatego, że wszelki brak nas zawstydza i upokarza. Jezus chwali ubogą wdowę, nie bogatych. Dla Niego, wrzucając do skarbony wszystko, co miała na utrzymanie, przemogła wstyd swej biedy, swego niedostatku. Oni ofiarowali duże pieniądze na materialną świątynię, o którą troszczą się kapłani. Ona ofiarowała siebie samą Bogu. Czyje więc życie jest bardziej autentyczne i prawdziwe? Odpowiedz, oceniając swoje spojrzenie.

34 Niedziela Zwykła/A, 22.11.2020 Mt 25,31-46 Uroczystość Chrystusa Króla

Jezus opowiada swoim uczniom przypowieść o tym, jak będzie wyglądał sąd ostateczny. Ale nie odwołuje się On do jakiejś boskiej wiedzy. Kryterium oceny będzie Jego człowieczeństwo. Z tego względu mówi On o sobie jako Synu Człowieczym, zasiadającym na tronie chwały. Godność królewska jest w Nim, ukryta wewnątrz, a nie w zewnętrznych przymiotach władzy. I właśnie ten król utożsamił się z potrzebującymi tak dalece, że stał się w nich wręcz nierozpoznawalny. Zarówno ci, po prawej jak i po lewej stronie pytają zdziwieni: Kiedy widzieliśmy Cię głodnym, spragnionym, nagim, chorym i w więzieniu? Pierwsi, czyli ci po prawej, przyszli z pomocą potrzebującym, bo poczuli się wezwani do działania przez ich sytuację braku, a nie dlatego, że Go w nich rozpoznali. Ich potrzeba była wystarczającym apelem, aby okazać im współczucie i uwagę. Z tymi po lewej stronie jest inaczej. Są tak religijni i według siebie – wierzący, że tylko Jemu chcą służyć. I nawet wtedy, gdy pomagają biednym, to jedynie z tego powodu, że widzą w nich Jego, Chrystusa. Ta motywacja religijna może zafałszowywać dobroć, gdyż nie kieruje jej bezpośrednio do potrzebującego. Nie patrzysz w oczy tego, kto cię potrzebuje, lecz szukasz wzrokiem Kogoś, komu chciałbyś usłużyć. Ale Go nie zobaczysz, bo On ukrył się w nim tak głęboko, że Go nie rozpoznasz.

Sobota, 33 tyg. Zw., 21.11.2020 Łk 20,27-40

Saduceusze nie wierzyli w zmartwychwstanie i jako uzasadnienie wymyślili historię siedmiu braci, którzy brali za żonę tę samą kobietę, umierając po kolei bezdzietnie. Nie ma zmartwychwstania, bo nie można rozstrzygnąć, którego ma być żoną. Pokazują w niej swój sposób myślenia o ludzkiej osobie. Zarówno mężczyzna jak i kobieta poddani są przymusowi wzbudzenia potomstwa. Ono bowiem jest celem ich istnienia. Bez dzieci są całkowicie bezwartościowi. Nawet ich wzajemna miłość i to, kim są dla siebie i dla innych, nic nie znaczy. Wszystko sprowadza się do przedłużenia życia w potomstwie, po śmierci nie ma nic. Jezus ma inny pogląd na człowieka. Widzi go nie z perspektywy ziemskich uwarunkowań, lecz tak, jak patrzy na niego Bóg. Jest On dla każdego oddzielnie. Jest Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka, Bogiem Jakuba. Z każdym związał się relacją przymierza. Nie pozwala ona traktować siebie i innych przedmiotowo, we wzajemnym podporządkowaniu. Życie każdego toczy się osobno przed Bogiem i nabiera sensu przez własne wybory, decyzje, ale też w sposobie przeżywania doświadczeń, prób i cierpień. I każdy oddzielnie zostanie na końcu przyjęty przez Boga do wspólnoty Jego dzieci, gdyż jest On Bogiem żywych, a nie umarłych.

Piątek, 33 tyg. Zw., 20.11.2020 Łk 19,45-48

Według Jezusa, Bóg chciał, aby świątynia była Jego domem modlitwy, ale ludzie odpowiedzialni za jej funkcjonowanie uczynili z niej kryjówkę bandytów. Mocne słowa. Prorok Jeremiasz wypowiedział je w formie pytania (Jr 7,11), ale Jezus zmienił je na twierdzenie, obciążające odpowiedzialnością arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych ludu. Nic dziwnego, że szukali sposobności, aby Go zabić. Będą głosić, że tymi słowami obraził uczucia wszystkich Izraelitów, dla których świątynia była przedmiotem narodowej dumy i religijnej czci. Dlaczego niektórzy wierzący czują się strasznie obrażeni, gdy inni podejmują uzasadnioną krytykę pewnych przejawów religijności i czasami wyrażają ją w mocnych i dosadnych określeniach? Przywiązując się do zewnętrznych i materialnych form religii i angażując się w ich obronę, zapominają naukę Jezusa, że świątynia Boga jest przede wszystkim w nich samych. Żadne miejsce nie stanie się domem modlitwy, jeśli ktoś nie rozpozna obecności Boga w sobie i w bliźnich. Św. Paweł pytał swoich uczniów: Czy nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i Duch Boży w was mieszka? Uczucia religijne nie powinny kierować się na zewnątrz, przeciw komuś, lecz do wewnątrz, tam, gdzie odbywa się prawdziwa rozmowa z Tym, który jest Ojcem wszystkich.

Czwartek, 33 tyg. Zw., 19.11.2020 Łk 19,41-44

Płacz Jezusa na Jerozolimą wyraża Jego smutek nad miastem, które trzydzieści parę lat później zostanie zniszczone przez Rzymian. Nie zapowiada jednak jego zburzenia w oparciu o swą boską wiedzę. Obserwuje zachowania i decyzje podejmowane przez tych, którzy rządzą. Władzę świecką w imieniu rzymskiego cesarza sprawuje Piłat, ale dbałość o życie ludzi zamieszkujących Jerozolimę i Judę jest w gestii żydowskich autorytetów religijnych. Jezus widział, jak ich działania, nastawione na czerpanie materialnych korzyści i utrzymanie religijnej instytucji, zmierzają powoli do ostatecznej katastrofy. On sam i Jego ewangelia były szansą na ocalenie przez podjęcie radykalnego nawrócenia, do którego w imieniu Boga wzywał wszystkich. Niestety, kapłani i faryzeusze Mu nie uwierzyli. Staczali się w kierunku tragicznego końca, pociągając za sobą cały lud. Nie trzeba być prorokiem, żeby dostrzec proste zasady rządzące ludzkim życiem. Jeśli ktoś nie postępuje uczciwie, nie kieruje się sumieniem, nie szanuje innych, nie mówi prawdy, oszukuje, to nawet gdy teraz ciągle ma się dobrze i odrzuca wszelkie krytyczne uwagi, w konsekwencji doprowadzi do ruiny siebie i tych, za których jest odpowiedzialny.

Środa, 33 tyg. Zw., 18.11.2020 Łk 19,11-28

Niektórzy z uczniów Jezusa, spodziewali się, że gdy przyjdą razem z Nim do Jerozolimy, wtedy ustanowi On tam zapowiadane przez siebie Królestwo Boże. Myślenie typowe dla ludzi, którzy nie czują się odpowiedzialni za bałagan w świecie i w swoim życiu, i którzy oczekują, że to Bóg przyjdzie i wyręczy ich, usuwając swoją mocą zło. Do nich Jezus adresuje swoją przypowieść o dziesięciu sługach, z których każdy otrzymał równą sumę pieniędzy, z poleceniem, aby nimi zarabiać. Powiedział im to bardzo wyraźnie: Obracajcie nimi aż wrócę. Ale jeden z nich nie posłuchał tego rozkazu i zawinął otrzymane pieniądze w chustkę. Dlaczego? Bo nie widział siebie w roli kogoś, kto inwestuje pieniądze swego pana, współpracuje z nim i angażuje się w wykonanie powierzonych mu przez niego zadań. Łatwiej na niego narzekać, że jest surowy i wymagający. Można też skarżyć się na niesprawiedliwość w świecie, usprawiedliwiając swoją bezczynność i nieustannie obwiniając innych. Ukrył się ze strachu razem pieniędzmi w zawiniętej chustce, w swoim alternatywnym świecie, odmawiając udziału w realnym życiu. O czym zapomniał? O sobie, że on sam może stać się początkiem zmian, które dotkną jego relacji z innymi. A to jest niestety bardzo trudne zadanie: chcesz, aby inni znieniali się szybko i radykalnie, a w tobie nic się nie zmienia. Zacznij więc od siebie samego.

Wtorek, 33 tyg. Zw., 17.11.2020 Łk 19,1-10

Dlaczego Jezus sam pierwszy się wprosił do domu Zacheusza, bez jego zaproszenia? Jako celnik, mający złą opinię wśród ludzi, nie miał odwagi z Nim nawet porozmawiać, a cóż dopiero gościć Go u siebie. Ale Jezus zauważył jego zainteresowanie swoją osobą. Dało mu do myślenia jego zachowanie. Ten bardzo bogaty nie zważał na to, że wspinając się na drzewo, może narazić się na śmieszność i drwiny. Czy ktoś mógłby tak się zachowywać jedynie z czystej ciekawości, żeby zobaczyć znanego nauczyciela, przechodzącego z tłumem przez miasto? Jezus zrozumiał, że Zacheuszowi chodzi o coś więcej. Z pewnością słyszał o uzdrowieniu niewidomego żebraka, czyli kogoś z marginesu. Ale on jest bogaty, nie jest żebrakiem. A jednak czuł się jak ktoś z marginesu. Uważano go bowiem za grzesznika i traktowano z pogardą. Musiało go to boleć, chociaż nie pokazywał tego po sobie. Jezus dostrzegł jego odrzucenie i wchodząc do jego domu, dał mu swoją obecność i bezwarunkową akceptację. Oczywiście, tłum bardzo pobożnych osób błędnie odczytał Jego postawę: Do grzesznika poszedł w gościnę. Pewnie nie przyjęli do wiadomości tego, że Zacheusz, przyjmując Go z radością, oddał połowę swego majątku ubogim i wyraził gotowość naprawienia wszystkich wyrządzonych krzywd. W jego geście Jezus widzi wiarę na wzór Abrahama i włącza go wspólnoty przymierza z Bogiem. Każdy ma więc szansę na nowo się w niej odnaleźć, zarówno żebrak jak i bogaty. Możesz patrzeć na innych, jak ludzie religijni, którzy swoim powierzchownym osądem, stają na przeszkodzie pragnącym się nawrócić. Nie znają oni Jezusa ani Jego ewangelii. Jeśli zaczniesz Go poznawać i słuchać Jego słowa, zobaczysz w drugim kogoś, potrzebującego akceptacji i troski.

Poniedziałek, 33 tyg. Zw., 16.11.2020 Łk 18,35-43

Wszyscy z tłumu wiedzieli, jak się zachować wobec niewidomego, siedzącego przy drodze i oczekającego na datki. To żebrak, któremu z litości, trzeba dać jakieś drobne pieniądze. A jednak ten żebrak zainteresował się tym, co się dzieje. Słysząc o Jezusie, zaczął do Niego wołać: Synu Dawida, ulituj się nade mną. Tłum był przekonany, że od Niego też spodziewa się jałmużny, no bo o co może prosić niewidomy żebrak. Ale Jezus chyba myślał o nim inaczej. Jak? Widział w nim osobę, a nie kogoś, żebrzącego o pieniądze. Dlatego kazał go przywołać i zadał mu pytanie, które pozwoliło mu wyznać jego najgłębsze pragnienie: Co chcesz, abym ci uczynił? Ludzie bez pytania rzucali mu pieniądze, Jezus potraktował go jako kogoś, równego sobie, wyszedł naprzeciw jego człowieczeństwu. Niewidomy poczuł, że rozmawia z nim ktoś, kto go na wskroś przenika i rozumie. Sam pewnie wcześniej, jaki inni, myślał o sobie jako o żebraku, a Jezus pozwolił mu stanąć wobec siebie jako człowiek. Nie prosi o jałmużnę, pieniądz, który nie zmieni jego życia, prosi Go, aby przejrzał i zobaczył siebie jako kogoś niezależnego i mającego wartość w sobie. Właśnie na tym polega wiara, która zawsze prowadzi do uzdrowienia, a ono z kolei polega na odzyskaniu szacunku do samego siebie. Kiedy spotkasz kogoś, kto oczekuje od ciebie wsparcia, nie kieruj się stereotypami, zobacz w nim człowieka i ukrytą w nim godność. Ale będzie to możliwe tylko wtedy, kiedy sam przejrzysz i zobaczysz siebie na drodze za Nim.

33 Niedziela Zwykła/A, 15.11.2020 Mt 25,14-30

Jezus odszedł do swego Ojca i powierzył bliskość swego królestwa, ukrytą w ewangelii, swoim uczniom. Obdarzył ich takim zaufaniem, że całkowicie zdał się na ich zdolności i gotowość do działania. To, co im przekazał, podobne jest do pieniędzy: są one po to, żeby nimi zarabiać i pomnażać. Czy z życiem nie jest tak samo: rozwija się, wzrasta w doświadczenie, wiedzę, umiejętności? Jest jeden wyjątek: religia. Ta jest jak talent zakopany w ziemi. Tyle, ile ktoś otrzymał, tyle zachowuje w niezmienionej postaci, nazywając swoją postawę koniecznością zachowania tradycji. Zakonserwowana w swoich niezrozumiałych formach i obrzędach, przekształciła się w religijny skansen do zwiedzania, podziwiania i bycia dumnym z tego, jak to nasi przodkowie byli głęboko religijni. A na czym ta ich religijność polegała? Na niezliczonej ilości świątków, figurek, przydrożnych kapliczek, sztandarów, obrazów, ukłonów, procesji. Co one mają wspólnego z życiem, które ma się rozwijać i dojrzewać w trosce i odpowiedzialności za siebie i za innych? Nadchodzi czas rozliczenia. Popatrz na to, co otrzymałeś i oceń: co zrobiłeś ze zdolnością szukania Boga, z pragnieniem budowania więzi w małżeństwie, z darem rodzicielstwa, z umiejętnościami nabytymi w pracy?

Sobota, 32 tyg. Zw., 14.11.2020 Łk 18,1-8

Jezus opowiada uczniom przypowieść, że zawsze powinni się modlić i nigdy się nie zniechęcać. Dlaczego jednak w przypowieści stawia im za wzór kobietę? Oni, mężczyźni mieliby się czegoś uczyć od kobiety? Niesłychane w tamtych czasach i dzisiaj. Zaczyna więc od przedstawienia sędziego, który nie bał się ani Boga, ani też nie liczył się z ludźmi. Czyż nie jest on prawdziwym mężczyzną, godnym naśladowania? I cóż ten mężczyzna myśli o kobiecie, która przyszła prosić o pomoc w swojej sprawie? To tylko kobieta, do tego jeszcze wdowa, bez pozycji i znaczenia; czy mam się zajmować kimś, kto jest nikim? Tak myślał i zrobił: zignorował zupełnie jej osobę i puścił mimo uszu jej prośbę. Czyż w realnym życiu, tak potraktowana, nie odeszłaby z gniewem, przeklinając go w myślach albo z płaczem, upokorzona w swej godności? W przypowieści Jezusa dzieje się inaczej. Niezrażona jego zachowaniem, nie ustaje w domaganiu się sprawiedliwości: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Jest tak nieustępliwa, że ów niesprawiedliwy sędzia ma jej dość i postanawia rozpatrzyć jej sprawę. Choć przypowieść skierowana jest do uczniów, to jej treść przemawia przede wszystkim do kobiet. Jakby chciał powiedzieć ich matkom, żonom, córkom: Walcz i nie poddawaj się, nawet jeśli ci, od których zależy załatwienie twojej sprawy, lekceważą cię i nie liczą się z tobą. W tej postawie widzi siłę wiary jako wzorcową relację do Boga. Zachęca, aby od kobiet uczyć się determinacji w dążeniu do zmiany niesprawiedliwych stosunków społecznych i stawania po stronie tych, którym odmawia się pomocy i wsparcia.

Piątek, 32 tyg. Zw., 13.11.2020 Łk 17,26-37

Niektóre etapy życia mają naturę kryzysu. Jest nim przede wszystkim przejście z okresu dzieciństwa w dorosłość. Nastolatek czuje, że nie ma powrotu do bezpiecznego dzieciństwa, w którym wszystkie swoje problemy mógł powierzyć rodzicom i schronić się pod ich opieką. Oczywiście, może nie przyjmować zmian, które niesie przyszłość i udawać, że jest ciągle małym dzieckiem, ale wtedy straci siebie, mentalnie będzie dzieckiem w ciele dorosłego. Tak dzieje się nie tylko w procesie dojrzewania, lecz także w wielu innych momentach dorosłego życia. Jezus o tym wiedział, przywołując dwa epizody biblijne, z Noem i Lotem. Na ich oczach zachodziły radykalne zmiany, nadchodziła zagłada starego świata, w którym dotąd żyli. Czuli, że za chwilę on się rozpadnie i nie będzie powrotu do znanej im przeszłości. Jezus więc ostrzegał swoich uczniów: nie zabierajcie ze sobą tradycji religijnej, której nauczyliście w okresie dzieciństwa, nie przyda wam się na nic, jest bezużyteczna, nie pomoże wam odnaleźć się w nowej sytuacji, starając się ją zachować, stracicie siebie. Mogli Mu odpowiedzieć: jeśli stracimy naszą dziecinną wiarę, to co nam pozostanie? Pewnie by im odpowiedział: Nic wam nie zostanie. Szukajcie w mojej ewangelii własnej drogi do Boga i dzielcie się ze sobą swoim nowym, dorosłym i odpowiedzialnym doświadczeniem wiary. 

Czwartek, 32 tyg. Zw., 12.11.2020 Łk 17,20-25

Co kryje się za pytaniem faryzeuszów, skierowanym do Jezusa: Kiedy przyjdzie Królestwo Boże? Zadali je, gdyż głosił On, że królestwo Boga jest blisko, a oni nie widzieli żadnych znaków tej bliskości. Niektórzy z nich, najbardziej radykalni uważali, że trzeba walczyć, używając siły, o ustanowienie rządów Boga na ziemi. Inni, umiarkowani, sądzili, że należy wszystkich, zarówno wierzących jak i niewierzących, zobowiązać do przestrzegania całego prawa, nawet jego najdrobniejszych przepisów, a kiedy to się stanie, Bóg zatriumfuje. Dla Jezusa, królestwo Boże nie jest jakąś zewnętrzną strukturą, narzuconą ludziom. Przychodzi w sposób niedostrzegalny, przez słowo, które dotyka i porusza ludzkie serca. Jego odpowiedź faryzeuszom jest prosta: Oto bowiem królestwo Boga jest wśród was. Nie jest czymś, co dopiero nadejdzie w wyniku walki toczonej z wrogami Boga. Objawia się przede wszystkim w Jego osobie, która jest już obecna wśród nich. Ale mogą oni doświadczyć jego mocy w swoim wnętrzu, przyjmując Jego naukę w szczerym nawróceniu, obejmującym całe ich życie. Swoich uczniów zaś ostrzega, że dzień Jego przyjścia i ustanowienia panowania Boga będzie jak błyskawica, widoczna dla wszystkich. Nie trzeba będzie nigdzie chodzić ani biegać, wystarczy cierpliwie i wytrwale, bez używania przemocy, dążyć do sprawiedliwości w byciu ze wszystkimi ludźmi. Chcesz lepszego świata, gdyż widzisz, jak zło rozszerza się jak wirus. Najpierw spójrz na swoje serce i tam, otwierając się na słowo Jezusa, zrób rachunek sumienia. A kiedy poczujesz skruchę, wówczas zobaczysz, w jaki sposób zmieniać i poprawiać swoje relacje z innymi.

Środa, 32 tyg. Zw., 11.11.2020 Łk 1711-19

Czy Jezus czekał na podziękowanie ze strony dziesięciu trędowatych, którzy zostali oczyszczeni w drodze, gdy na Jego polecenie szli pokazać się kapłanom? Nie, nie czekał, bo nie On był źródłem uzdrowienia. Spodziewał się raczej, że wszyscy rozpoznają działanie Boga i oddadzą Mu chwałę za cud, który się w nich dokonał. Niestety, uczynił to tylko jeden z nich, Samarytanin, a więc cudzoziemiec. Żydzi idąc do kapłanów, aby potwierdzili ich oczyszczenie, cieszyli się ze swego powrotu do normalnego życia i w ogóle nie myśleli o Tym, dzięki któremu to się stało. Samarytanin nie mógł wyjść z podziwu, że wykonując polecenie żydowskiego nauczyciela, zaszła w nim tak wielka zmiana. Czuł, że musi do Niego wrócić i wyznać, co dla niego uczynił Bóg. Ale też zrozumiał, że stało się to przez Jezusa, dlatego i Jemu dziękował. Wracając, wszedł w krąg bliskich więzi, z Bogiem i z Jezusem. To one były celem oczyszczenia. Tamci są wyłącznie uzdrowieni, bez tych więzi. Tylko Samarytanin usłyszał od Niego: Wstań, idź, twoja wiara cię ocaliła. To drugie ‘idź’ oznacza nową perspektywę życia, we wspólnocie Jego uczniów. Cieszysz się, że coś zmienia się w tobie, ale jeśli nie rozpoznasz w tych zmianach działania Boga, nic ci nie pomogą, stracisz je. Bóg bowiem zmienia nas przez słowo Jezusa, nie dla nas samych, lecz dla tych, od których byliśmy oddzieleni albo nie potrafiliśmy być blisko.

Wtorek, 32 tyg. Zw., 10.11.2020 Łk 17,7-10

Czekanie na wdzięczność i pochwałę jest jak wirus, który zakaża i niszczy wszelkie dobro, okazane innym. Ktoś modli się i kątem oka spogląda, czy inni patrzą z podziwem na jego uduchowioną modlitwę. Ktoś zrobił coś dobrego drugiemu i zamiast odejść i zapomnieć, przetrawia w myślach swoje dobro w oczekiwaniu na uznanie z jego strony. Jezus w wymaganiach stawianych swoim uczniom wydaje się bezwzględny: Gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Jesteśmy nieużytecznymi sługami; wykonaliśmy to, co było naszą powinnością. Czy naprawdę, czyniąc dobro, nie można się spodziewać choć odrobiny wdzięczności? Religijni niewierzący szukają rozpaczliwie potwierdzenia dla swoich dobrych uczynków, bo nie są w stanie zrozumieć, że to Bóg jest źródłem dobra. Sam Jezus nie godził się, aby nazywać Go dobrym. Powtarzał: Jeden jest tylko dobry – Bóg. On zna serca wszystkich, twoje też. Jesteś sługą Jego dobroci. Wykonuj ją codziennie, jak inne obowiązki. Przecież nie czekasz na wdzięczność, gdy posprzątasz mieszkanie lub zadbasz o prządek na podwórku.

Poniedziałek, 32 tyg. Zw., 09.11.2020 J 2,13-22 Rocznica Poświęcenia Bazyliki Laterańskiej

Jezus przyszedł do świątyni jerozolimskiej świętować Paschę, pamiątkę wyzwolenia Izraelitów z niewoli egipskiej, a zastał w niej ludzi sprzedających i kupujących zwierzęta oraz bankierów wymieniających pieniądze. Dlaczego zareagował gniewem i oburzeniem, rozpędzając wszystkich, skoro większość pielgrzymów przyjmowała to jako coś normalnego? Miał inną wizję świątyni: dla Niego była ona domem Jego Ojca, czyli miejscem, w którym mógłby przeżywać w bardzo osobisty sposób swoją relację z Bogiem. Niestety, kapłani zamienili ją w targowisko. Oczywiście, będą jej bronić jako świętości i dorabiać ideologię, że zwierzęta są potrzebne na ofiary, ale to tylko pobożna przykrywka dla traktowania religii jako dochodowego biznesu. Religijna instytucja, obliczona na przynoszenie materialnych korzyści, może tak dalece się rozrosnąć, że żadne oczyszczenie jej nie zmieni. Dlatego Jezus zapowiada: zburzcie tę świątynię, a Ja w trzy dni wzniosę ją na nowo. I tak się stało. Mocą swego zmartwychwstania ustanowił wspólnotę swoich uczniów jako świątynię swego ciała. Gromadząc się w Jego imię, nawet, gdy jest ich tylko dwóch albo trzech, stają się prawdziwym domem Boga. Jeśli instytucja religijna nie służy temu celowi, nie nadaje się do niczego i czeka ją taki sam los jak świątyni jerozolimskiej, zburzonej przez Rzymian w 70 r.

32 Niedziela Zwykła/A, 08.11.2020 Mt 25,1-13

Przed czym Jezus przestrzega swoich uczniów, opowiadając im przypowieść o 10 pannach? Przed beztroskim traktowaniem przyszłości. Wszystkie wyszły na spotkanie pana młodego, zabierając ze sobą lampy. Dla każdej było to ważne i radosne wydarzenie. Jednak 5 z nich nie zabrało ze sobą oliwy: nie pomyślały, że pan młody może się spóźnić. Pozostałe do swej radości dołożyły troskę: a może trzeba będzie dłużej czekać na jego przybycie; na wszelki wypadek, weźmy w naczyniach zapas oliwy. Głupie panny chciały przeżywać nadchodzące wydarzenie w całkowitej beztrosce. Niestety źle się to skończyło dla nich: nie zostały wpuszczone na ucztę. Mądre zatroszczyły się najpierw o to, żeby mieć w zapasie oliwę, gdy lampy zaczną gasnąć. I tak przygotowane oczekiwały na przyjście pana młodego, aby go przywitać z radością. Ważna jest kolejność: nie możesz myśleć o przyszłości, że jakoś tam będzie; masz zawsze wystarczająco dużo znaków, żeby się przygotować na to, co cię czeka. Czy wśród nas wierzących są tylko głupie panny, trzymające swe gasnące lampy, które już nie świecą, lecz na resztkach oliwy dymią zewnętrzną, pozbawioną głębszych treści religijnością? Czy znajdą się jakieś roztropne, które w ewangelii zaczną szukać mądrości, potrzebnej na okresy niepewności, kryzysu i czasu gwałtownych zmian w świecie?

Sobota, 31 tyg. Zw., 07.11.2020 Łk 16,9-15

Dla nas pieniądze mają wielką wartość, dla Jezusa jednak pieniądze to nieuczciwa mamona. Dlaczego? Bo stawiamy je wyżej od ludzkiej osoby. Parafrazując Jego słowa o szabacie, pieniądze powinny być dla człowieka, ale zazwyczaj to człowiek jest dla pieniędzy. Smutna prawda, mająca źródło w chciwości, którą Jezus dostrzega w postępowaniu faryzeuszów. Dlatego swoim uczniom zaleca, żeby pieniędzy używali w zjednywaniu sobie przyjaciół. Czyż nie taki jest sens posiadania pieniędzy? Oczywiście, nie chodzi Mu o to, żeby kupować sobie przyjaźń, co często się zdarza, gdy ktoś przy ich pomocy szuka towarzystwa, żeby się dobrze zabawić. Zjednywanie sobie przyjaciół odbywa się w inny sposób. Kiedy widzisz kogoś w potrzebie, nie bądź skąpy, chętnie okaż mu pomoc i nie przeliczaj pieniędzy, żeby mu nie dać za dużo, daj tyle ile możesz. Właśnie ta chęć podzielenia się z drugim w potrzebie buduje między wami przyjaźń, bo ten, komu pomagasz, widzi twoją dobroć, a pieniądze są tylko narzędziem. W dawaniu nie udawaj dobrego, jak faryzeusze. Bądź szczery i uczciwy, także w drobnych sprawach, które dla ciebie są małe, ale dla drugiego mogą być ważne. Ostatecznie bowiem, możesz pieniądzom przypisać wręcz religijną wartość (Mamona), a wtedy Bóg i bliźni nie mają żadnego znaczenia, liczą się tylko one.

Piątek, 31 tyg. Zw., 06.11.2020 Łk 16,1-8

Rządca, którego właściciel chce zwolnić z powodu złego zarządzania jego majątkiem, nie poddaje się, nie popada w rozpacz i zniechęcenie, że traci swoją pozycję i cale swoje utrzymanie, przeciwnie, szuka wyjścia z zaistniałej sytuacji. Najpierw ocenia swoje możliwości: nie nadaje się do pracy fizycznej, wstydzi się też żebrać. Może jednak zostać przyjęty do pracy przez dłużników swego pana, jeśli w jego imieniu anuluje im część zadłużenia. W ten sposób umożliwia im spłatę długów, których w całości nie byliby w stanie oddać, a jednocześnie, choć tylko w części, odzyskuje je dla swego pana. W postępowaniu rządcy przewija się myśl: nie możesz naprawić wszystkiego, co źle zrobiłeś wcześniej, ale coś jeszcze możesz uratować dla siebie i dla innych. Jezus pochwala właśnie ten rodzaj myślenia, gdyż niezależnie od tego, ile błędów popełniłeś, zawsze można znaleźć jakieś rozwiązanie, które otworzy nową przyszłość. Tylko nie wpadaj w panikę, że wszystko się wali, bądź odważny i zaufaj, że uda ci się wybrnąć z kłopotów.

Czwartek, 31 tyg. Zw., 05.11.2020 Łk 15,1-10

Faryzeusze nie mogą znieść, że Jezus przyjmuje przychodzących do Niego grzeszników i spożywa z nimi posiłki. W reakcji na Jego zachowanie wyczuwa się jakiś rodzaj niechęci lub nawet obrzydzenia. Pewnie myślą, jak dzisiejsi faryzeusze z kręgu prawdziwych katolików, że należy oddzielić zły czyn od osoby. Owszem, człowieka powinno się akceptować, ale trzeba potępić jego złe czyny. Problem tylko, jak to zrobić? Akceptując okazujesz życzliwość, potępiając wyrażasz niechęć. Jak te dwa uczucia przekazać jednocześnie? W obrzydzeniu nie jest możliwe oddzielenie złego czynu od osoby, jest ono uczuciem, w którym wstręt do grzechu pociąga za sobą odrzucenie grzesznika. Jezus jest bez grzechu i grzesznicy to wiedzą, przyjmuje ich całych, jak zabłąkaną owcę lub zgubioną drachmę. Kiedy zasiada z nimi do stołu, czują, że akceptuje całą ich osobę, nie ocenia i nie potępia. Mówi im, że byli zagubieni, a teraz On ich odnalazł. Nie śpieszy się, żeby wytykać im grzechy, wierzy raczej, że w tej Jego akceptacji oni sami zobaczą swoje zagubienie i zapragną się zmienić. Potępienie nikogo nie zmienia, przeciwnie, utwierdza tylko w grzechu. Czy faryzeusze to zrozumieli? Należy wątpić. Dlaczego? Bo w swej obłudnej pobożności czują obrzydzenie do samych siebie, do każdego własnego grzechu, ukrywanego przed innymi. Nie chcą akceptacji siebie jako grzeszników, gdyż myślą o sobie, że są sprawiedliwi i lepsi od wszystkich ludzi.

Środa, 31 tyg. Zw., 04.11.2020 Łk 14,25-33

Wielkie tłumy towarzyszą Jezusowi w drodze, a On im mówi, że jeśli ktoś przychodzi do Niego i nie ma w nienawiści swoich najbliższych, a nadto siebie samego, nie może być Jego uczniem. Dlaczego? Bo tworzy On ze swymi uczniami nową rodzinę, w której Jego najbliżsi nie mają wcale uprzywilejowanego miejsca tylko z tego powodu, że łączą ich więzi rodzinne. Kochamy naszych bliskich bardziej ze względu na nasze własne potrzeby niż dla nich samych, kochamy ich niezależnie od tego, jak traktują innych i gotowi jesteśmy ich bronić, mimo że źle postępują. Jak bardzo kobieta musi się oddzielić od swego dziecka i swoich uczuć dla niego, aby mu powiedzieć, że zachował się niewłaściwie wobec swego kolegi albo sprawił komuś przykrość. Podobne sytuacje zdarzają się we wszystkich naszych relacjach. Lepiej traktujemy swoich, z którymi dzielimy podobne poglądy i przekonania, niż obcych. Ten sam zły czyn tolerujemy u swoich, u obcych piętnujemy i potępiamy. A źródłem takiej postawy jest głęboko ukryty w naszych uczuciach podział ludzi: moja rodzina, moja wieś, mój naród i cała reszta obcych. Dla swoich wszystko, obcym wara od tego, co nasze. Jezus burzy ten podział. Jeśli nie pozwolisz Mu na to, to nawet twoich najbliższych będziesz dzielić: syn jest lepszy od córki, nie mówiąc o jego żonie, bo jeśli robi jakieś złe rzeczy, to tylko przez nią. Oddzielaj się od swoich uczuć rodzinnych i stawaj się uczniem Jezusa, abyś mógł żyć w prawdziwych relacjach ze wszystkimi.

Wtorek, 31 tyg. Zw., 03.11.2020 Łk 14,15-24

Każdego dnia ktoś nas zaprasza do swego życia, jak ów człowiek z przypowieści Jezusa, który wyprawił wielką ucztę dla swoich gości. Niestety, odmawiamy, bo zawsze mamy coś innego, ważniejszego do zrobienia. Wykonując swoje zaplanowane obowiązki, nie przydarzy nam się nic nowego, będziemy tylko my sami, z naszymi własnymi myślami, zmartwieniami i obawami. Oczywiście, codziennie spotykamy się z ludźmi, ale traktujemy ich obecność jako zupełnie przypadkową i bez znaczenia. A przecież w każdym takim spotkaniu kryje się zaproszenie. Do czego? Bądź gościem w czyimś życiu, choćby na chwilę. Rozsmakuj się w rozmowie, pozwól się obdarzyć słowem i uczuciami. Może pobudzą cię do myślenia inaczej, do widzenia więcej, do odczuwania głębiej. I nawet się nie spostrzeżesz, że uczestniczysz w uczcie, którą przygotował sam Bóg. Wpierw jednak musisz opuścić swoje życie tylko dla siebie i tylko z samym sobą. Gdy się znajdziesz na rozstajach dróg zawsze spotkasz kogoś, kto cię zaprosi lub nawet przymusi, abyś był jego gościem.

Poniedziałek, 31 tyg. Zw., 02.11.2020 Wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych

Zapisać w słowach cierpienie i utrwalić je w księdze, żelaznym rylcem wyryć w skale swój ból to pragnienie Hioba (Hi 19,1.23-27). A nasze pragnienie? Zapomnieć o wszystkich naszych cierpieniach, nie wracać do trudnych doświadczeń, nie rozdrapywać ran. Dlaczego nasze pragnienie tak bardzo różni się od pragnienia Hioba? Hiob wie to, czego my nie wiemy, że rana spowodowana nieszczęściem, tkwi głęboko w jego wnętrzu i przenika całą jego istotę, że nie da się jej zapomnieć ani od niej uciec. Zranienia ciała zabliźniają się, ale rany duszy nieleczone krwawią. Hiob nie chce pogodzić się z tym, że jego cierpienie nic nie znaczy, że to, co przeżywa nie ma żadnej wartości i nikogo nie obchodzi, bo przecież życie toczy się dalej, jakby nie zdarzyło się żadne nieszczęście. Dlatego domaga się uwagi i wysłuchania, bo jest przekonany, że wszystkie bóle można znieść, o ile się je opowie komuś, kto jest gotowy słuchać i zrozumieć. W pamięci o zmarłych nie chodzi tylko o modlitwę za nich i dobre o nich wspomnienia, ale także o pogodzenie się z ich stratą, z tym, że ich odejście boleśnie nas dotknęło. Nie zapominaj tego cierpienia, bo dzięki niemu będziesz mógł być blisko tych, którzy teraz przeżywają swoje nieszczęście.

Uroczystość Wszystkich Świętych, 01.11.2020 Mt 5,1-12

Świętość nie jest zewnętrzną pobożnością, zbiorem religijnych zachowań i gestów, lecz stanowi wewnętrzny wymiar naszej osoby. Nie określa nas także jako ludzi powierzchownie miłych i uprzejmych, ale wyraża, wynikającą z głębokiego przekonania, otwartość i życzliwość do ludzi. Miła powierzchowność, wystudiowana i uwodząca, sprawia dobre wrażenie, ale jedynie wewnętrzna dobroć, ukryta i niewidoczna, buduje prawdziwe więzi. Z miłą powierzchownością możemy być duszą towarzystwa, lecz tylko na czas wspólnej zabawy lub spotkania towarzyskiego. Wewnętrzna dobroć okazywana w codziennych i często zaskakujących sytuacjach czyni nas przyjaciółmi. Istnieje więc człowiek wewnętrzny i człowiek zewnętrzny. W którego więcej zainwestujesz, taki będziesz dla siebie i dla innych. Kiedy Jezus ogłasza swoje błogosławieństwa na górze, daje uczniów wzór człowieczeństwa, który nosi ukryty w sobie. Staraj się go rozpoznać i uczyń go miarą swego postępowania.

Sobota, 30 tyg. Zw., 31.10.2020 Łk 14,1.7-11

Faryzeusze jako obrońcy szabatu i w ogóle religii czuli się wyjątkowi i bardzo ważni. Dlatego byli przekonani, że należą im się pierwsze miejsca przy stole. Spojrzenie Jezusa demaskuje jednak ich prawdziwe intencje: religię traktują jako narzędzie do zdobycia prestiżu i uznania ze strony innych. Czy uczniowie dostrzegli w Jego oczach niesmak i zażenowanie, gdy obserwował, jak przepychają się, żeby zająć wyższą pozycję? Jeśli tego nie zauważali, będą się w przyszłości zachowywać gorzej niż faryzeusze. Powinni pamiętać, że sami wybierając dla siebie lepsze miejsca, lekceważą i pomijają gospodarza, który ich zaprosił. A jeśli Bóg jest gospodarzem uczty życia? Czasami bezwiednie przypisujemy sobie ważność, nie licząc się ze zdaniem innych. I gdy nas nie doceniają, przeżywamy rozczarowanie i frustrację, zakrywającą wewnętrzny wstyd. Przecież jesteś zaproszony do życia, czekaj na ostatnim miejscu aż przyjdzie Ten, który ci powie: Przyjacielu, przesiądź się wyżej.

Piątek, 30 tyg. Zw., 30.10.2020 Łk 14,1-6

Faryzeusze chcą bronić szabatu. Przed kim? Przed chorym człowiekiem? Nie, przed Jezusem, który w szabat chce uzdrowić chorego człowieka. To On jest śmiertelnym zagrożeniem dla ich ‚świętego’ dnia. Ale według Jezusa nie można tak po prostu bronić szabatu, bo to szabat. Wydaje się, że nie można bronić także kościoła, bo to kościół lub prawa jako prawa. Raczej trzeba odpowiedzieć na pytanie o prawdziwy sens szabatu: czy wolno w nim uzdrawiać, czy też nie? Można pytać dalej: jaka jest misja kościoła, obrona instytucji, czy służba ludziom? Albo, o co chodzi w prawie: czy jego przepisy powinny uwzględniać dobro wszystkich, których dotyczą, czy też chronić tylko wybraną grupę osób? Faryzeusze obecni na uczcie z Jezusem milczą. Nie znajdując odpowiedzi na Jego pytanie, pozostaje im jedynie tępy opór: trwać przy swoim i nie dać się przekonać żadnym Jego argumentom. Czego właściwie bronią? Fasadowej, tekturowej budowli, którą sami stworzyli i uczynili ideologicznym narzędziem swojej walki z innymi? Jezus zachęca ich, aby odwołali się do własnych doświadczeń i uczuć: czy własnego syna nie zaczną ratować również w szabat, jeśli wpadnie on do studni? Ale oni nie odpowiedzieli Mu na to pytanie. Musieliby bowiem przyznać, że dla Boga liczy się przede wszystkim dobroć serca i ona powinna być miarą ich religijnego zaangażowania.

Czwartek, 30 tyg. Zw., 29.10.2020 Łk 13,31-35

Jezus rzadko wypowiadał się na temat ludzi sprawujących władzę. Uważał bowiem, że choć ich decyzje mogą wpływać na życie wielu, to ich działania są jedynie grą pozorów, pod którą ukrywa się niepohamowana chciwość i żądza panowania nad innymi. Dlatego słysząc od faryzeuszów, że Herod chce Go zabić, nazywa go lisem i każe mu przekazać, że Jego los jest w rękach Boga i tylko od Niego zależy Jego przyszłość. Dał przez to swoim uczniom ważną wskazówkę: nie dajcie się zastraszyć tym, którzy rządzą; oceniajcie ich nie po tym, jaki sprawują urząd, ale po tym, jakim człowiekiem jest każdy z nich w sprawowaniu swego urzędu. Św. Paweł nie wahał się powiedzieć do arcykapłana, który podczas przesłuchania kazał go uderzyć: Uderzy cię Bóg, ściano pobielana. Sądzisz mnie według Prawa, ale każesz mnie bić niezgodnie z Prawem. Wyraził więc przekonanie, że pozycja, jaką zajmuje arcykapłan nie stawia go ponad Prawem i nie usprawiedliwia złego traktowania ludzi. Niestety wielu liczy, że popierając rządzących bezwarunkowo i bez krytycznego dystansu, zachowa dla siebie jakieś przywileje i korzyści. Tych, Jezus, podobnie jak mieszkańców Jerozolimy, ostrzega: wasz dom tylko dla was pozostanie, bo chcecie go mieć tylko dla siebie i dla swoich. Jezus gromadzi wszystkich i wszystkich przygarnia do swojej wspólnoty. Jeśli odrzucasz innych, bo nie są swoi, odrzucasz Jego i Jego ewangelię, i w końcu doprowadzisz do tego, że twój dom pozostanie pusty. Czyż taka ma być przyszłość kościoła?

Środa, 30 tyg. Zw., 28.10.2020 Łk 6,12-19 Świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza

Ewangelie przedstawiają Kościół nie jako instytucję zarządzaną przez grupę mężczyzn, której zasoby służą ich własnej korzyści, lecz jako wydarzenie dziejące się między osobami. Dlatego opisują Jezusa wędrującego z grupą swoich uczniów i to, co, spotyka ich na drodze tworzy z nich wspólnotę. Podstawową relacją jest stosunek Jezusa do Boga. Każdy z uczniów miał też jakiś własny obraz Boga, który musieli nieustannie konfrontować z tym, co On mówił o Bogu i jak do Niego się odnosił. Dla nich Bóg był raczej daleki, oddzielony przepisami prawa, do spełnienia których przymuszali ich funkcjonariusze religijni. Dla Jezusa Bóg był niesłychanie bliski, rozmawiał z Nim jak syn z ojcem, we wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Odchodził do Niego i z tym, co z Nim przeżył, wracał do swoich uczniów. Kiedy nie odchodzimy do Boga, stajemy wobec ludzi tylko z tym, co w danej chwili mamy: z różnymi nastrojami, nastawieniem i opiniami na ich temat. Jezus natomiast przywołuje swoich uczniów i wybiera ich: chce z nimi być, nawet z tym, który stał się zdrajcą. Nie czuje się skazany na ich obecność, wybierając ich, zobaczył ich jako tych, których postawił na Jego drodze sam Bóg. I właśnie ta Jego chęć bycia z ludźmi, wyrażona w wyborze apostołów, przyciągała do Niego tłumy. Kościół jest tam, gdzie ludzie chcą być ze sobą, ale na wzór tej wspólnoty, którą Jezus stworzył ze swoimi uczniami w ewangelii.

Wtorek, 30 tyg. Zw., 27.10.2020 Łk 13,18-21

Królestwo Boże, o którym Jezus mówi w swoich przypowieściach jest ukryte, ale czy aż niewidoczne? Nie, widoczne. To, dlaczego nie potrafimy go dostrzec? Bo zaczyna się ono od małych rzeczy, jak ziarnko gorczycy i odrobina zakwasu, do których nie przywiązujemy wagi, zwłaszcza, że sytuują się one w zakresie naszych codziennych obowiązków. Nie chcemy zaczynać od tego, co niepozorne, marzymy raczej o czymś, co wielkie i rzucające się w oczy. Ale z ziarnka gorczycy wyrośnie drzewo, trochę zakwasu zakwasi całe ciasto. Żeby to się stało, potrzeba czasu i wiary. Zrobiłeś swoje – posiałeś ziarno w ogrodzie, włożyłaś zakwas do mąki, resztę pozostaw Bogu. On da wzrost. I to właśnie jest najtrudniejsze, gdyż chcielibyśmy, aby to, co robimy przyniosło natychmiastowe owoce. Prawdziwe dobro, pochodzące od Boga, dojrzewa długo i zawsze rozpoczyna się od tego, co małe.

Poniedziałek, 30 tyg. Zw., 26.10.2020 Łk 13,10-17

Szabat ustanowiony przez prawo i chora kobieta zderzają się ze sobą w synagodze. Prawo reprezentuje przełożony synagogi. Jest jego stróżem i pilnuje, żeby wszyscy go przestrzegali. Nie interesuje go choroba kobiety, prawo jest od niej ważniejsze. Jezus patrzy na nią, widzi jej zdeformowane ciało, jego długotrwałą osiemnastoletnią niesprawność i towarzyszący jej ból. Jest tak wielki, że nie może go znieść, czuje go jakby to było Jego ciało, a nie jej. Dlatego bez prośby z jej strony, uzdrawia ją natychmiast: kobieto, jesteś wolna od swej niemocy. To jest ewangeliczna empatia: kiedy czujesz w swoim ciele to, co dzieje się w ciele drugiego. Stróż prawa nie jest zdolny do takiej empatii. Dla niego prawo jest najważniejsze i wszystko należy mu podporządkować, także ludzkie ciało i jego długoletnie cierpienie. Ale Jezus demaskuje jego obłudę: dla innych nie przewiduje on żadnych wyjątków od prawa, jednak, gdy chodzi o jego własne sprawy, to wiadomo, że przecież nawet w szabat trzeba napoić swego osła lub wołu. To też jest empatia – męskich stróżów prawa, inna niż Jezusa, bo ograniczona tylko do ich własnych interesów i korzyści. Strategia obłudników: jak usankcjonować prawo za pomocą religii (przez przykazanie szabatu), aby zniewolić innych, sobie zostawiając furtkę odstępstwa od prawa, gdy nie pasuje ono do własnych planów. Jezus swoją empatią rozrywa tę strategię, nakładając wstyd na wszystkich swoich przeciwników.

30 Niedziela Zwykła/A, 25.10.2020 Mt 22,34-40

Jezus wyznaje wiarę w zmartwychwstanie umarłych, gdyż dla Niego Bóg jest Bogiem żywych, nie umarłych. I właśnie wtedy jeden z pośród faryzeuszy, uczony w Prawie zadaje Mu pytanie, które przykazanie jest największe. Dla nich to przedmiot teoretycznej dyskusji, w której mogą ścierać się różne poglądy. Dla Jezusa to sprawa życia i śmierci. Miłować Boga całym sercem, duszą i umysłem to Mu się oddać bezwarunkowo, całkowicie zdając się na Niego, zwłaszcza w momentach trudnych, gdy strach o siebie bierze górę. Bez tego oddania nie można kochać bliźniego jak siebie samego. Jedni bowiem kochają drugiego bardziej niż siebie (kobiety?), inni kochają mniej (mężczyźni?). W jednym i drugim przypadku chodzi o jakąś własną korzyść. W prawdziwej miłości nie może być żadnego interesu. Miłość uzasadnia samą siebie, nie może jej motywować nic z zewnątrz. Dlaczego kocham? Nie wiem. Po prostu kocham. Pośród różnych uczuć, które tworzą wielogłosową pieśń życia, miłość to cantus firmus (stała melodia, do której odnoszą się wszystkie inne głosy). Jeśli jej nie odnajdziesz w swoich codziennych obowiązkach, twoje życie zamieni się w kakofonię, w okropnie brzmiącą mieszaninę dźwięków.

Sobota, 29 tyg. Zw., 24.10.2020 Łk 13,1-9

Różnie można podchodzić do ofiar nieszczęść, zarówno tych, spowodowanych przez innych ludzi, jak i dotkniętych katastrofami naturalnymi. Z tych samych powodów mogą cierpieć i umierać ludzie w okresie pandemii. W pierwszym odruchu współczujemy im, ale może kołacze się w nas głęboko ukryta myśl, że my mamy większe szczęście niż oni. A ponieważ okazaliśmy współczucie albo obojętność, zwłaszcza, że są oni nam zupełnie nieznani, czujemy się usprawiedliwieni, by wieść nasze dotychczasowe życie w niezmienionej formie. I tak cudze nieszczęścia niczego nas nie uczą. Uspokojeni, nie zamierzamy w żaden sposób zmienić naszego postępowania. Dlatego Jezus ostrzega: Jeśli się nie nawrócicie, czeka was podobny los. Wiedząc, co z innymi się dzieje w trakcie zakażenia koronawirusem, bądźmy bardziej ostrożni i wykonujmy wszystkie zalecenia. Nie udawajmy, że to nas nie dotyczy. Nauczmy się cenić ludzkie zdrowie i życie jako nadrzędną wartość, aby po pandemii, móc inaczej, czyli lepiej, z większą uwagą, traktować siebie i drugiego. Nie można bowiem naszego losu oddzielić od tego, co spotyka innych. Jesteśmy odpowiedzialni wzajemnie za siebie i od stopnia tej odpowiedzialności, zależy, jakim społeczeństwem będziemy.

Piątek, 29 tyg. Zw., 23.10.2020 Łk 12,54-59

Niektórzy ludzie są tak bezmyślni, że nie potrafią rozpoznać chmury przynoszącej deszcz i zamiast przed nim się schronić, zachowują się tak, jakby nie miał nadejść. Gorzej, gdy nie potrafią rozpoznać zagrożeń, związanych z pandemią, negując jej istnienie lub pomniejszając jej groźne dla zdrowia i życia działanie. W ich bezmyślności objawia się niezdolność do rozeznania tego, co słuszne. A nie jest to jakaś nadzwyczajna umiejętność, Jezus bowiem pyta: Dlaczego sami z siebie nie umiecie dojść do tego, jak należy postąpić? Jeśli ktoś nie umie wyciągać wniosków z wyglądu ziemi i nieba, nie będzie też umiał zobaczyć tego, co się dzieje w jego relacjach z bliźnimi. Czyż kłótnie i konflikty nie są wystarczającym znakiem, wzywającym do szukania jakiegoś rozwiązania? Ignorując je można doprowadzić do jeszcze głębszych podziałów. Nie kłóć się ze swoim przeciwnikiem przez całą drogę, która wiedzie ostatecznie przed oblicze Sędziego, gdyż może się okazać, że to ty zasługujesz na więzienie. Dopóki jesteście razem na drodze, podejmij wysiłek, aby dojść z nim do jakiegoś porozumienia: z jednym osiągniesz może tylko poprawne relacje, z innym uda ci się pogłębić swoją więź.

Czwartek, 29 tyg. Zw., 22.10.2020 Łk 12,49-53

Jezus poucza swoich uczniów: Przyszedłem ogień rzucić na ziemię. Ogień oczyszcza przez prawdę. Oczyszczenia wymagają najważniejsze relacje w naszych rodzinach, które nas tworzą (bez tych relacji bylibyśmy zawieszeni w próżni) i określają nasze postępowanie także w odniesieniu do innych. Po awanturze w domu trudno być miłym w pracy lub dla znajomych. Oczywiście, nie dajemy poznać, co się wydarzyło. Domowe kłótnie to walka o swoje, o to, kto ma rację, o władzę i pozycję w rodzinie, po których wszyscy odchodzą od siebie poranieni. Ale zamiast walki na śmierć i życie można prowadzić spór. Przeciwstawić się, gdy ktoś próbuje coś narzucić lub robić coś, nie licząc się z nami. I właśnie to trzeba powiedzieć: nie liczysz się ze mną, poniżasz mnie. Trudniej przyjąć to, co drugi mówi o mnie, jak ja go traktuję. Twoje odnoszenie się do innych też wymaga zastanowienia. W tych niekończących się sporach, bo dopóki nasze wzajemne relacje są żywe, będą one trwały, dokonuje się ich oczyszczenie.

Środa, 29 tyg. Zw., 21.10.2020 Łk 12,39-48

Każdy ma jakiś zakres odpowiedzialności za innych: rodzice za dzieci, przełożony za podwładnych, ksiądz za parafian. Wszystko zależy od tego, jak ktoś ją rozumie i czy w ogóle jest jej świadom. Jezus wzywa swoich uczniów, aby byli jak ów rządca z jego przypowieści, o którym mówi, że jest wierny i mądry w uważnej trosce o powierzone mu osoby. Te trzy przymioty, wierność, mądrość i troska są niezmierne ważne w okresie pandemii, kiedy coraz więcej ludzi jest zakażonych, a przed nami jeszcze trudniejsze sytuacje. Ktoś postawił cię nad innymi, bądź temu wierny i nie zachowuj się jakbyś nie był odpowiedzialny za nikogo. Bądź mądry, bierz pod uwagę fakty, bo w działaniu potrzebna jest wiedza. I wreszcie troska. Jezus użył rzeczownika, który pochodzi od czasownika uzdrawiać. W trosce trzeba znać potrzeby innych. Patrz uważnie, pytaj, w czym drugi niedomaga i nie może sobie poradzić. A co z tobą? Ci którym pomogłeś zatroszczą się również o ciebie.

Wtorek, 29 tyg. Zw., 20.10.2020 Łk 12,35-38

Obecność i nieobecność kogoś zawsze się ze sobą przeplatają. Jesus jest obecny podczas niedzielnej eucharystii, gdy czytamy ewangelię. Ale w codziennym życiu rzadko kiedy odczuwamy, że jest przy nas i swoim słowem kieruje naszym postępowaniem. Dlatego wzywa swoich uczniów, aby gdy Go z nimi nie ma, byli przygotowani na Jego przyjście. Liczymy się z innymi, gdy rozmawiamy i wspólnie coś robimy. Gdy jednak jesteśmy sami, bez nich, szybko zapominamy o naszych zobowiązaniach wobec nich i zachowujemy się jakby nie istnieli. Niełatwo być komuś wiernym pod jego nieobecność, pamiętać o nim i myśleć, gdzie jest, co robi, a przede wszystkim być przygotowanym na jego powrót. Sądzimy, że tworzymy więzi między nami, gdy jesteśmy razem, lecz może silniejsze budujemy wtedy, gdy ktoś jest nieobecny i czekamy na niego. Czy codzienność nie dostracza nam wielu takich sytuacji?

Poniedziałek, 29 tyg. Zw., 19.10.2020 Łk 12,13-21

Chciwość to żądza, która potrafi doskonale się ukryć. Któż mógłby podejrzewać, że znajdzie ją w tak wzniosłym i szlachetnym dążeniu jak walka o sprawiedliwość. Ktoś zwraca się do Jezusa z prośbą: Nauczycielu, powiedz memu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem. Przecież walczy o słuszną sprawę, należy mu się część majątku po rodzicach. Absolutnie nie myślał, że za tą prośbą, kryje się chciwość. Jezus nie tylko odmawia wtrącania się w ich rodzinny konflikt, ale także odsłania powód ich braterskiej kłótni. Jeden brat nie chce dobrowolnie dokonać podziału, drugi chce go do tego zmusić, prosząc Jezusa, aby stanął między nimi jako sędzia i wydał sprawiedliwy wyrok. Pierwszy nie chce dać, bo chce mieć więcej, drugi walczy o swoje, bo też chce mieć więcej. Obydwaj, chcąc mieć więcej, niszczą swoje braterskie relacje. Skąd taka siła w chciwości, że jest zdolna zerwać więzi, łączące bliskie osoby? Chcemy mieć więcej, bo szukamy zabezpieczenia naszej przyszłości, wyobrażając sobie, jakie to będzie wspaniałe i szczęśliwe życie, gdy będziemy mieli wszystkiego pod dostatkiem a nawet w nadmiarze. Zapominamy o tym, że nasze plany mogą w jednej chwili zostać zniweczone. Jesteśmy chciwi, ale czy warto dla majątku i pieniędzy poświęcać bliskie relacje z innymi?

29 Niedziela Zwykła/A, 18.10.2020 Mt 22,15-21

Mówiąc 'oddajcie Cezarowi, co jest Cezara, a Bogu, co należy do Boga', Jezus oddziela politykę od kościoła. Polityka rządzi się innymi prawami niż wspólnota wiary. W polityce rządzi pieniądz i każdy, kto się w nią angażuje, choćby przyjmując określone poglądy, musi mieć tego świadomość. O faryzeuszach, którzy wystawiają Go na próbę, Jezus mówił, że są chciwi na pieniądze. On sam był zawsze krytyczny w stosunku do każdej władzy, gdyż uważał, że pieniądz nie jest wcale taki wszechmocny. W kościele uczymy się wierzyć, że Bóg ma nie tyle większą siłę niż pieniądz, bo w codziennych sprawach raczej z nim przegrywa, ile, że ma zdolność działania tam, gdzie pieniądz nic nie może zrobić, gdzie liczą się odruchy współczucia i gesty dobroci. Niektórzy sądzą, że za pieniądze można kupić przyjaźń a nawet miłość, lecz więzi na nich oparte nie wytrzymają próby czasu. Pieniądze bowiem nie nauczą nikogo być lepszym. Jedynie Bóg ma władzę dotknąć czyjeś serce skruchą i odmienić jego życie. Dla Jezusa problemem jest to, że zachowania z polityki przenosimy do wspólnoty wiary, pozwalając, aby ukryta za naszymi poglądami chciwość i żądza posiadania więcej, kierowała naszym postępowaniem wobec innych.

Sobota, 28 tyg. Zw., 17.10.2020 Łk 12,8-12

Jezus nie zachęcał swoich uczniów do manifestowania publicznie swojej wiary w Niego, skoro odsuwał się od tłumów i odrzucał ich szukanie nadzwyczajnych znaków. Wiedział, że stosunek do Niego wyraża się w zwykłych, codziennych relacjach z innymi. W jaki sposób? Przyznajemy się do kogoś nie wtedy, gdy znamy jego imię lub świętujemy jakieś wydarzenia z jego życia. Przyznajemy się do niego wówczas, gdy staramy się poznać i zrozumieć to, co robi, jak się zachowuje, z czym ma trudności. Ale to nie wystarczy. Przyznać się to także zmienić się w odpowiedzi na to, co drugi odsłania nam w sobie. Nie wstydzić się jego słabości i porażek, a jego sukcesów nie przypisywać sobie, lecz dostrzegać w nich to, co się w nim dokonało. Na tym polega działanie Ducha, który objawia głębię wnętrza jednej osoby drugiej osobie. Zbluźnić przeciw Niemu to zamknąć się w sobie, nie dopuszczając innych do własnego życia i nie chcieć uczestniczyć w tym, co oni przeżywają. Rozwijamy się i dojrzewamy w swoim człowieczeństwie tylko przez obecność drugiego, w stopniu, w jakim widzimy go przez pryzmat historii Jezusa, zapisanej w ewangeliach.

Piątek, 28 tyg. Zw., 16.10.2020 Łk 12,1-7

Budowanie wizerunku dobrych ludzi przez ukrywanie słabości i błędów to pokusa, przed którą Jezus ostrzega swoich uczniów. Nie chce bowiem, żeby stali się podobni w swoim myśleniu i zachowaniu do faryzeuszów. Nie przyznając się do nagannych postaw w swoim życiu ze strachu przed tym, co pomyślą i powiedzą inni, nie będą też mogli piętnować zła w ich postępowaniu. Strach zacznie rządzić we wzajemnych relacjach, zarówno do samych siebie jak i wobec innych. Dlatego Jezus zwraca się do nich jako swoich przyjaciół, aby nie bali się reakcji tych, którzy mogą źle o nich myśleć. Mają raczej zaufać Bogu i Jego trosce o każdego z nich. Im więcej ukrywasz, tym większy strach o siebie i przed ludźmi. Boisz się, że ujawnienie zła wymaże dobre rzeczy, które zrobiłeś, ale Bóg nie zapomni o tobie i o najmniejszym twoim dobru. Oddając się w Jego ręce, miej odwagę żyć prawdą o sobie i prawdą o drugim, bez lęku, że stracisz dobrą opinię w jego oczach.

Czwartek, 28 tyg. Zw., 15.10.2020 Łk 11,47-54

Gniew Jezusa skierowany przeciw faryzeuszom i uczonym w Prawie, rośnie. Nie jest już upomnieniem lub zdemaskowaniem obłudnych zachowań, lecz napiętnowaniem karygodnych czynów. Jezus oskarża współczesne sobie pokolenie, ale przyczyny religijnej obłudy widzi w postawie przodków. Jaka to przewrotność: budują grobowce prorokom jako wyraz swojej czci dla nich, a jednocześnie przemilczają prawdę, że ich przodkowie tych samych proroków pomordowali. Przez wspaniałe pomniki wskazują na chlubną przeszłość, przedmiot swej dumy i w ten sposób wymazują z niej złe czyny. Zakłamując ją, stają się wspólnikami dawnych zbrodni. Grzechy przodków trzeba przypominać, bo są jak wirus, który zakaża następne pokolenia i wędruje przez czas. Trzeba je wyznawać w gniewie jako grzech, bez usprawiedliwiania, że takie były wtedy czasy, że ludzie tak wówczas myśleli. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla krzywdy wyrządzonej drugiemu: że okoliczności do tego zmuszały lub namowa innych. Jeśli ktoś nie dostrzega zła w swoim wychowaniu, które otrzymał od swoich najbliższych i nie potrafi go wyznać, będzie powielał ich błędy i mnożył niesprawiedliwość. Czy aż tak trudno przyznać, że w pewnych zachowaniach miałem zły przykład od moich rodziców, dziadków, środowiska, w którym wzrastałem?

Środa, 28 tyg. Zw., 14.10.2020 Łk 11,42-46

Kiedy Jezus mówi ‚biada wam, faryzeuszom’, nie okazuje  im swojej pogardy, bo przyjął zaproszenie na posiłek od jednego z nich, chce raczej napiętnować ich fałszywą religijność. Wyrasta ona z przekonania, że oddanie Bogu musi się wyrażać w widocznych formach pobożności. Wsparcie dla świątyni (różne rodzaje dziesięciny) zastępuje uczciwość wobec ludzi i osobistą relację do Boga. Ukrytym motywem takiej fałszywej pobożności jest potrzeba uznania. Po co zastanawiać się, jak traktuję swoich bliźnich? Wystarczy zrobić coś, co im sprawi przyjemność. Nie trzeba też rozważać, w jakim stopniu potrafię zaufać Bogu w kryzysowych sytuacjach. Samo pójście do kościoła i fizyczna w nim obecność daje uspokajające poczucie spełnienia religijnego obowiązku. Można robić wiele mało istotnych rzeczy dla innych i nie mieć z nimi żadnej szczerej więzi. Można również wykonywać wiele pobożnych czynów i nie mieć żadnej prawdziwej relacji. Bogiem. Ale nie oszukujemy nie tylko innych, lecz przede wszystkim siebie, stając się wewnętrznie martwi. 

Wtorek, 28 tyg. Zw., 13.10.2020 Łk 11,37-41

Zachowanie Jezusa w domu faryzeusza, który zaprosił Go na posiłek, mocno go zbulwersowało. Uważał on bowiem, że nie mogą zasiąść do wspólnoty stołu, jeśli nie oczyszczą się z wszelkich kontaktów ze spotkanymi wcześniej poganami lub nieprzestrzegającymi prawa Żydami. Myślał, że Jezus jako pobożny Żyd podziela jego poglądy. Mylił się. Dla Jezusa dbanie o zewnętrzną poprawność (czystość) jest wyrazem obłudy, bo ujawnia wewnętrzną pogardę do innych ludzi, i to właśnie ona jest prawdziwą nieczystością. Owszem, poganie, niewierzący, osoby o innych poglądach i przekonaniach, są na zewnątrz wspólnoty wiary, Żydzi są wewnątrz, ale Bóg stworzył jednych i drugich. Dlatego zachęca go: zmień swoje nastawienie do innych, staraj mieć w sobie otwartość i przyjazne uczucia wobec nich (wewnętrzna jałmużna), a zaraz wszystko będzie czyste. Nie twórz więc podziałów między ludźmi, raczej usuwaj to, co cię od nich dzieli w twoim wnętrzu, a doświadczysz obecności Boga, który jest Stwórcą wszystkich.

Poniedziałek, 28 tyg. Zw., 12.10.2020 Łk 11,29-32

To, w jakim nastawieniu toczy się ludzkie życie, zależy w dużym stopniu od oczekiwań wobec innych. Tłumy gromadzą się wokół Jezusa w nadziei, że zobaczą coś niezwykłego, co wyrwie ich z rutyny codzienności. Każde uzdrowienie, którego dokonał wywierało coraz większą presję z ich strony. Jezus nie tylko ją odrzuca, ale ostrzega, że ten rodzaj nacisku jest niewłaściwy. A przecież my też tak postępujemy, też widzimy innych przez pryzmat tego, co powinni dla nas zrobić. Nie uwolnimy się od niewypowiedzianych, ukrytych oczekiwań, które wyczuwamy od innych, jeśli nie zaczniemy inaczej myśleć o nas samych. Zamiast ciągle spodziewać się czegoś od drugiego, żeby uczynił twoje życie ciekawszym lub lepszym, pomyśl, co ty sam możesz w nim zmienić. Od siebie oczekuj nawrócenia, codziennego, wychwytującego okazje, które dostarcza mądrość ewangelii w spotkaniach z ludźmi, a poczujesz, że żyjesz w wolności od presji i w prawdziwych relacjach.

28 Niedziela Zwykła/A, 11.10.2020 Mt 22,1-14

Zdarza się podczas Mszy św. w dniu powszednim, że przychodzą osoby, które zamówiły intencję za swoich bliskich zmarłych. Siadają w ławkach pod chórem, jak najdalej od ołtarza. Nie odzywają się przez całą eucharystię ani jednym słowem. Chcą być niewidoczni i niesłyszani, jakby chcieli powiedzieć: nie ma nas tutaj. A gdzie jesteście? Tam, gdzie coś robimy, załatwiamy jakieś sprawy, kłócimy się, walczymy z kimś o coś: tam jesteśmy. Czyżby? Używasz swego ciała, swej siły, uczuć, myśli i słów jako narzędzi do zrobienia lub zdobycia czegoś, a nie po to, żeby być obecnym. Czujesz się tyle wart, ile zrobisz, załatwisz, wywalczysz. Kiedy nic nie robisz, myślisz o sobie, że jesteś nikim, bezużytecznym. Może wtedy otrzymasz zaproszenie do bycia obecnym. Nie wymawiaj się, że masz coś innego do roboty, że jakaś sprawa czeka na załatwienie, nie odrzucaj, bo kogoś nie lubisz lub nie masz chęci. Obecność jest jak najwspanialsza potrawa na stole: nie tylko daje pokój i radość, ale także pociesza i umacnia. Kiedy starasz się być obecny, zmieniasz się i stajesz się kimś nowym. A dzięki tobie zmieniają się także ci, z którymi jesteś blisko.

Sobota, 27 tyg. Zw., 10.10.2020 Łk 11,27-28

Jezus jeszcze nie skończył mówić, kiedy jakaś kobieta z tłumu przerywa Mu i wyraża swój podziw: szczęśliwa ta, która nosiła cię pod swoim sercem i cię wykarmiła; może być dumna z takiego syna. Ale Jezus odpowiada: przeciwnie, szczęśliwi są raczej ci, którzy słuchają słowa Bożego i je zachowują. Co złego jest w okazywaniu podziwu i dumy? Kobieta podnosi głos, aby cały tłum ją usłyszał, czerpie bowiem swoją wartość z tego, że tak wielu ludzi może zwrócić na nią uwagę. Podziwiając Jego matkę, nie potrafi oderwać się do własnej roli matki, którą się słucha i docenia. Czy bycie matką nie da się przeżywać inaczej? Jezus mówi o swojej matce, że należy do tych, którzy słuchają słowa Bożego i zachowują je. To ważna wskazówka. Jeśli kobieta przytula swoje dziecko niezależnie od słowa, to przytula je dla siebie, bo tego ona potrzebuje, żeby poczuć fizyczną bliskość. Może jednak przytulić swoje dziecko, gdyż ono ma taką potrzebę. Jednak wtedy musi być nastawiona na słuchanie, z którego wewnątrz fizycznej blikości rodzi się prawdziwa więź z kimś, odrębnym od niej i będącym darem Słowa, przychodzącego z Wysoka. Dostaje to, czego potrzebuje, lecz nie bierze sama, tylko otrzymuje od kogoś Innego. 

Piątek, 27 tyg. Zw., 09.10.2020 Łk 11,15-26

Jezus porównuje wnętrze człowieka do mieszkania, w którym przebywają różne duchy. Duch nieczysty określa wrogie nastawienie do innych: wszystko w ich postawie i zachowaniu nas drażni. Ale ciężko nam przyznać, że to w nas są uczucia niechęci lub złości. I choć po jakimś czasie mijają, to w kolejnych sytuacjach konfliktowych wracają z wielokrotną siłą. Stajemy się jeszcze bardziej rozdrażnieni i agresywni, często atakując innych bez powodu. Dlaczego tak się dzieje? Jezus ma prostą odpowiedź. Wnętrze człowieka nie może być niezamieszkane. Jeśli nie zaczniesz zastępować złych uczuć dobrymi, to te pierwsze będą coraz częściej pojawiać się w codziennych konfrontacjach z ludźmi, aż całkowicie nad tobą zapanują. Najpierw jednak trzeba uznać: tak, reaguję złością, odpycham innych od siebie. A następnie zwróć się do Niego: pozwól mi zrozumieć, że kochasz mnie ze wszystkimi uczuciami, które są we mnie i naucz mnie inaczej reagować, aby drugi nawet, gdy jest we mnie złość, nie czuł się przeze mnie odrzucony.

Czwartek, 27 tyg. Zw., 08.10.2020 Łk 11,5-13

Na prośbę uczniów, Jezus powiedział im, o co mają się zwracać do Boga w modlitwie. Wyczuł jednak, że chyba to nie wystarczy. Modlitwa bowiem uczy innego sposobu życia. Przedstawia im zatem sytuację, która w tej lub innej formie może przydarzyć się każdemu. W nocy czyjś przyjaciel przychodzi prosić o trzy chleby dla swego gościa, który niespodziewanie przybył do niego głodny. Proszony nie chce otworzyć zamkniętych drzwi, odmawia. Pukający nie zraża się odmową i nie obraża się na swego przyjaciela, że nie chce mu pomóc. Przeciwnie, nie ustaje prosić. Tamten, zniecierpliwiony wreszcie daje mu tyle, ile potrzebuje, a więc nie jeden i nie dwa chleby, lecz tyle, ile prosi – trzy. Natręctwo w prośbie ociera się wręcz o bezczelność. Czego Jezus chce nauczyć swoich uczniów przez ten przykład? Jeśli masz jakąś potrzebę, zanim zaczniesz prosić, dokładnie określ jaka ona jest. Prosząc, nie bądź dumny i nie unoś się honorem, gdy ktoś ci odmawia, bo to, o co prosisz, nie należy ci się. W naturę prośby wpisana jest pokora, w której nie ma poniżania siebie, lecz trzeźwa ocena sytuacji: potrzebujesz czegoś, co może dać ci ktoś inny, a ty tego nie masz. Jeśli tak mogą przebiegać relacje między ludźmi, to czyż Bóg w swojej Ojcowskiej dobroci może odmówić swoim dzieciom? Proś Go o Ducha, który cię przemieni i nie ustawaj.

Środa, 27 tyg. Zw., 07.10.2020 Łk 11,1-4

Jezus się modli, nie znamy jednak treści Jego modlitwy, ale wiemy, co się z Nim działo, gdy się modlił. Uczniowie wiedzieli, że nie mogą Mu przerywać i muszą czekać aż skończy. Czy odmawiał jakieś modlitwy i w ich trakcie miał myśli, które Go rozpraszały lub ukradkiem spoglądał na uczniów, czy Go obserwują? Nie, w modlitwie oddawał się cały Bogu: wszystko, co robił, o czym myślał, czym się martwił, powierzał Mu jako swemu Ojcu. Kiedy się modlił, oddzielał się od świata i jego wpływów, od ludzkich opinii i oczekiwań, aby w Jego postępowaniu, każdy mógł doświadczyć dobroci Boga (świętości Jego imienia) i dotknąć nadziei w lepszy świat (przyjście Jego królestwa). Ufał, że Bóg troszczy się o codzienne potrzeby, nie tylko Jego samego, lecz i tych, którzy są z Nim związani i Mu towarzyszą. A w drodze ciągle zdarzają się kłótnie i wzajemne oskarżenia. Potrzebna jest wtedy wiara w moc Bożego miłosierdzia, aby przebaczyć drugiemu i samemu sobie, i żeby mimo trudności nie załamać się w wierze. Wszystkie te prośby przekazane uczniom, były w Nim głęboko przeżywane i wyrażały Jego postawę wobec Boga i wobec nich. Módl się zatem szczerze tym, co przeżywasz i ucz się od Niego całkowitego oddawania się Bogu i powierzania się Jego Ojcowskiej trosce.

Wtorek, 27 tyg. Zw., 06.10.2020 Łk 10,38-42

Marta wydaje się być osobą bardzo gościnną, przyjmuje Jezusa i Jego uczniów w swoim domu i przygotowuje dla nich posiłek. Gościnność była zawsze ważna w każdym żydowskim domu, a później też w chrześcijańskich wspólnotach. Jej istotą było nakarmienie głodnych utrudzonych drogą. Ale Jezus jest szczególnym gościem. Siada i zaczyna nauczać, a wtedy On staje się gospodarzem, który domowników zaprasza jako gości do słuchania i karmienia się ze stołu Jego słowa. Maria, choć nie jadła cały dzień, nie czuje głodu chleba, spragniona jest słowa, dlatego siada u stóp Jezusa i słucha. Dokonuje się w niej rozstrzygająca decyzja. Co jest ważniejsze: jedzenie czy słuchanie? Nie ogląda się na swoją siostrę, nie poczuwa się do winy z powodu jej pretensji, cała jest w słuchaniu. To ona jest gospodynią, bo całą sobą przyjęła Jezusa w Jego słowie. Karmienie gości jest ważne, ale ważniejsze jest słuchanie tego, co mają do powiedzenia. Kiedy dziecko wpada do domu, wiesz, że jest głodne i chcesz od razu zrobić mu coś do jedzenia, lecz widzisz, że z wypiekami na twarzy ma ci coś ważnego do powiedzenia. Wysłuchaj go najpierw z absolutną uwagą, nierozproszoną przez żadną myśl (co mu dać jeść), a potem dopiero, gdy usłyszysz, że jest głodne, zapytaj, na co ma ochotę. Wówczas karmienie będzie dalszym ciągiem słuchania, a w słuchaniu rodzi się więź, czuła więź.

Poniedziałek, 27 tyg. Zw., 05.10.2020 Łk 10,25-37

Uczony w Piśmie wie, że najważniejsze przykazanie dotyczy miłości Boga i bliźniego, a mimo to pyta podstępnie Jezusa, co ma robić, aby jego życie było dobre. Jezus odpowiada mu krótko: praktykuj je, zamieniaj je w czyny. Zamiast iść i spełniać to zalecenie, wciąga Jezusa w dyskusję stawiając Mu nowe pytanie: A kto jest moim bliźnim? Praktykowanie miłości można zawsze zamienić na dyskutowanie o niej i można to ciągnąć w nieskończoność. Jezus nie dyskutuje tylko opowiada historię, zdarzającą się prawdopodobnie dość często. Pewien człowiek na drodze z Jerozolimy do Jerycha został napadnięty i pół umarły leżał porzucony. Kapłan i lewita, po zakończonej służbie w świątyni jerozolimskiej, gdzie oddawali cześć Bogu, modląc się i składając ofiary, też akurat przechodzili tamtędy. Gdy go zobaczyli, przeszli na drugą stronę i odeszli. Dlaczego? Myśleli, że jest martwy. Gdyby się go dotknęli byliby nieczyści przez 7 dni (Lb 19,6). W ten sposób religia może zamrażać ludzkie odruchy niesienia pomocy. Na szczęście zjawił się Samarytanin, cudzoziemiec, który na widok rannego nie miał w pamięci przepisu prawa, lecz pozwolił, aby ogarnęło go współczucie, bo tak reaguje każdy, gdy widzi kogoś w nieszczęściu. Nie pytaj, kto zasługuje na twoją troskę, bądź bliźnim dla kogoś w potrzebie, spotkanego czasami zupełnie przypadkowo i nieoczekiwanie.

27 Niedziela Zwykła/A, 04.10.2020 Mt 21,33-43

Z naszym życiem może być podobnie jak z winnicą, o której opowiada Jezus w swojej przypowieści. Właściciel winnicy wynajmuje ją rolnikom, którzy stają się tylko jej dzierżawcami. My zaś zbyt często zachowujemy się tak jakbyśmy byli absolutnymi właścicielami swego życia. Po czym to poznać? Ktoś przychodzi i czegoś się od nas domaga. Reagujemy złością, czasami wpadamy w agresję i myślimy: nikt nie ma prawa czegokolwiek ode mnie wymagać. I właśnie o to myślenie chodzi. Czy ktoś, kto jest dzierżawcą swego życia może się tak zachowywać? Każdego dnia zdarzają się sytuacje, w których ktoś czegoś od nas chce, czy to w domu czy w pracy, czy nawet w przypadkowych spotkaniach na ulicy. Z reguły nie jesteśmy przygotowani na nie, czujemy się zaskoczeni i dlatego pokazują one, jak daleko rozciąga się nasza władza nad naszym życiem. A od początku aż do dzisiaj jest ono darem Boga. Oddał nam go do naszej dyspozycji, ale to On jest jego właścicielem. Owoce naszego życia nie należą do nas, lecz do tych, których On posyła, bo taka jest natura daru: otrzymujesz go po to, aby się nim podzielić. Jeśli więc spotkasz się z jakimś wymaganiem ze strony innego, nie odrzucaj go, lecz przyjmij go jako kogoś posłanego przez Tego, który chce odebrać plon Jemu należny.

Sobota, 26 tyg. Zw., 03.10.2020 Łk 10,17-24

Uczniowie posłani przez Jezusa opowiadają Mu po swoim powrocie o zwycięstwach nad złymi duchami. Ze wszystkich swoich działań najmocniej przeżywają konfrontację i walkę ze złem. Jezus jednak nie podziela ich dumy z siły, którą dało im Jego imię. Przeciwnie, uważa, że weszli na bardzo niebezpieczną ścieżkę. Ważniejsza według Niego jest osobista relacja z Bogiem, a w niej bycie dobrym, bo On jest dobry. Ludzie religijni, widząc niesprawiedliwość w świecie, wystawieni są na pokusę, aby swoją wiarę pojmować wyłącznie jako walkę ze złem. Zamiast być uczniami Jezusa stają się wojownikami lub żołnierzami Boga i tak zapamiętują się w tej wojnie, że tracą więź z samymi sobą, z innymi, a przede wszystkim z Bogiem. A objawia się On małym dzieciom, a nie mądrym we własnych oczach, wyruszających na swoje religijne krucjaty. Życie można rozumieć jako walkę ze złem, ale szybko przekształca się ona w walkę ze wszystkimi, których traktuje się jako wrogów. Jezus rozumie życie nie jako walkę, lecz jako tworzenie więzi z innymi w oparciu o pokorne szukanie dobra, okazywanego sobie nawzajem.

Piątek, 26 tyg. Zw., 02.10.2020 Mt 18.1-5.10 Świętych Aniołów Stróżów

Dorosły, uważający się za kogoś ważnego, nie potrzebuje opieki, troski, a już z pewnością nie żadnych stróżów, którzy będą go ostrzegać przed niebezpieczeństwami lub jakimiś zagrożeniami. Ktoś może nie przejmować się rozszerzającą się pandemią, dopóki się sam nie zarazi, a złapał wirusa, bo zlekceważył ostrzeżenia. Bóg posyła nam różnych aniołów stróżów w zależności od sytuacji lub okoliczności: naszych bliskich, lekarzy, specjalistów, ludzi, którzy się na czymś dobrze znają i mogą nam udzielić wskazówek, jak postąpić. Szanuj ich i słuchaj ich głosu. Ale to jest niewykonalne dla butnych, aroganckich, pewnych siebie. Dlatego Jezus mówi do swoich uczniów: jeśli się nie zmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Dlaczego dorosły ma stać się jak dziecko? Bo ono wie, że jego życie zależy od osób, które swoją wiedzą i umiejętnościami mogą mu pomóc uniknąć błędów i wybrać właściwą drogę. Myślenie, że ktoś na wszystkim się zna i nie potrzebuje od nikogo żadnej rady stanowi największe zagrożenie nie tylko dla niego samego, lecz także dla innych, za których jest odpowiedzialny. Uniż się jak dziecko, a wtedy dostrzeżesz tych, których Bóg stawia na twej drodze jako twoich stróżów. Wsłuchuj się w ich podpowiedzi, rozważaj je, a nie narazisz swego życia i życia innych.

Czwartek, 26 tyg. Zw., 01.10.2020 Łk 10,1-12

To naturalne, że szukamy ludzi, którzy mają podobne zainteresowania, podzielają nasze poglądy lub przekonania, wyznają te same wartości. Myślimy, że z podobnymi nam łatwiej żyć, więc od innych, niepodobnych uciekamy lub ich odrzucamy. Lamentujemy, że jesteśmy między sobą podzieleni i nastawieni do siebie wrogo, lecz nikt nie chce wyjść z własnego ‘kręgu wzajemnej adoracji’. Jezus mówi do swoich uczniów: nie zamykajcie się w swoim gronie, nie tylko bądźcie otwarci na innych, różniących się od was, ale spróbujcie okazać im życzliwość Boga (bliskość królestwa Bożego); i nie róbcie tego, aby ich zmienić; to zostawcie Bogu. Określa On tę otwartość jako posłanie: wychodź do ludzi z dobrym słowem, gestem, gotowością do pomocy. Owszem, możesz spotkać się z ich strony z niechęcią lub jakąś formą agresji, ale nie rezygnuj, bo On to już przewidział: posyłam was jak owce między wilki. Wie bowiem, że te wilki mogły być wcześniej zranionymi owcami. Jednego nie pozwala robić: narzucać swej dobroci wbrew czyjeś woli; przyjmij bez urazy, że ktoś cię odrzuca i nie chce twej życzliwości; ocenę jego postawy pozostaw Bogu.

Środa, 26 tyg. Zw., 30.09.2020 Łk 9,56-62

Jezus wyrusza w kierunku Jerozolimy. Jest w drodze, ale nie zdąża ku jakiemuś bezpiecznemu miejscu, w którym będzie mógł odpocząć. Wie bowiem, że prawdziwe życie jest wędrówką, podczas której ciągle spotyka się nowe osoby, zmieniają się okoliczności, a z nimi wymagania. My zaś, przyzwyczajeni jesteśmy do innego życia, w którym wszystko da się przewidzieć, zaplanować, i co najważniejsze – kontrolować. Dlatego stawiamy warunki. Chcemy iść z kimś, ale nie uwzględniamy trudności, które mogą się pojawić. Gdy ktoś nas wzywa, każemy mu czekać aż załatwimy jakieś ważniejsze dla nas sprawy. Wreszcie podejmujemy jakąś własną decyzję, lecz nie chcemy wziąć za nią pełnej odpowiedzialności, szukając poparcia u najbliższych. Boimy się bezwarunkowo zaufać, że na tej drodze, na której nie mamy kontroli nad tym, co się wydarzy, jest Ktoś, kto nas prowadzi i nigdy nie wypuści ze swych rąk. A w prawdziwym życiu chodzi właśnie o taką bezwarunkową otwartość wobec przyszłości, która wyłania się w tym, co znajome, gdy idziemy do pracy i wracamy do domu, lecz odsłania również i to, co nieznane, gdy konfrontuje nas z czyimś zaskakującym słowem lub jego zachowaniem.

Wtorek, 26 tyg. Zw., 29.09.2020 J 1,47-51 Świętych Archaniołów Michała, Gabriela, Rafała

Ktoś czyta Biblię z ciekawości, ktoś inny, bo zrobił sobie postanowienie, że ją przeczyta w całości, ale jej treść go raczej nie interesuje. Jeszcze inny czyta ją z pobożnego obowiązku, jak księża sprawujący codzienną eucharystię, lecz ich również mało obchodzi, co w niej napisane. Wszyscy oni uważają, że jest ona nie na nasze czasy i trudno ją zrozumieć. Są i tacy, którzy czytają ją wyrywkowo, wyszukują cytaty, aby z ich pomocą walczyć i potępiać. Natanael studiował Pismo (pod figowcem). Wierzył bowiem, że znajdzie w nim wskazówki, jak ma postępować w swoim życiu (Prawo Mojżesza). Czytając proroków, uświadamiał sobie jednak, że licząc tylko na własne siły, nie jest w stanie wypełnić Bożych przykazań i dlatego ciągle upada (J 1,45.46). Zgodnie z ich zapowiedziami, oczekiwał Kogoś, kto przyjdzie i wypisze prawo Boga w sercu i pozwoli ludziom odnosić się do siebie nawzajem w duchu dobra. Wtedy zjawił się Filip i powiedział, że Kogoś takiego znaleźli – Jezusa, syna Józefa z Nazaretu. Natanael się roześmiał: Czy z Nazaretu może być coś dobrego? Filip niczego mu nie wyjaśniał, tylko go zaprosił: Chodź i zobacz. Ale to Jezus pierwszy go ujrzał i rozpoznał: Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu. Natanael się zdumiał: Skąd mnie znasz? Był przekonany, że tylko on wie wszystko o sobie, a spotkał Kogoś, kto wie o nim więcej, kto zna go jak wyłącznie Bóg może znać człowieka. I właśnie na Kogoś takiego czekał przez całe swoje życie.

Poniedziałek, 26 tyg. Zw., 28.09.2020 Łk 9,46-50

Dla wielu rywalizacja z innymi jest wyrazem pozytywnej ambicji, potrzebnej do osiągania sukcesów. Ale dla Jezusa myślenie uczniów o tym, kto z nich jest największy, odbywa się w kontekście Jego wcześniejszej zapowiedzi swej męki. Pragnąc wielkości dla siebie, każdy z nich będzie się oddalał od Niego i od tych wszystkich, którzy z różnych powodów przeżywają trudności, choroby i przeciwności losu. Dlatego ich myślom przeciwstawia realną obecność dziecka, podkreślając, że jego przyjęcie jest równoznaczne z przyjęciem Jego osoby i Boga, który Go posłał. Żeby przyjąć małe dziecko trzeba stać się mniejszym do niego, wymazując ze swoich serc marzenia o byciu kimś znaczącym. Nagrodą jednak jest inny rodzaj wielkości – doświadczenie bycia blisko z Tym, który jest nad wszystkimi, a który ukrywa swoją obecność w małym i pominiętym.

26 Niedziela Zwykła/A, 27.09.2020 Mt 21,28-32

Jezus opowiadając przypowieść o dwóch synach, kieruje ją do arcykapłanów i starszych ludu, a więc ludzi mających wysoką pozycję społeczną i religijną. Nie myślą o swojej relacji do Boga jako posłuszeństwie Jego słowu. Posłuszni mają być inni, zwłaszcza ci, którzy się buntują i swoim zachowaniem są daleko od Niego. Jednak w swojej przypowieści Jezus pokazuje, że bunt jest czymś prawdziwym i dlatego ojciec nie próbuje go złamać, gdyż tylko szczerość w relacjach z innymi może prowadzić do zmiany postępowania. Drugi syn nie buntuje się, uznaje autorytet ojca i wyraża gotowość wykonania jego polecenia, ale nie wykonuje. Myśli, że słowa wystarczą, że bycie z innymi polega na mówieniu im tego, co chcą oni usłyszeć, podkreślając ich ważność. To niebezpieczne przekonanie. Sprowadza bowiem wszystkie relacje do słownych deklaracji bez żadnego odniesienia do czynów. Mówimy do Boga, do siebie nawzajem i na mówieniu się kończy. Dlaczego oszukujemy innych i sami dajemy się oszukiwać słowami bez pokrycia? Bo bunt mamy w środku, ale nie chcemy go ujawnić, lepiej udawać i stwarzać pozory. Tak zamieniamy życie na bal manekinów.

Sobota, 25 tyg. Zw., 26.09.2020 Łk 9,43-45

Czyny Jezusa budzą podziw u wszystkich, ale z Jego słowami jest problem, nie można ich podziwiać, gdyż są do słuchania. Podziw to jedno z najbardziej niebezpiecznych uczuć, zwłaszcza w sferze religii, gdyż skupia uwagę na własnych osiągnięciach. Kiedy cię ktoś podziwia, zaczynasz czerpać z tego przyjemność i robisz wszystko, żeby cię spotkała następna porcja czyjegoś uznania. Jezus odrzuca podziw ze strony innych, bo nie jest on właściwą odpowiedzią na to, co On robi i mówi, stwarzając tylko pozór relacji i nie budując żadnej więzi. Dlatego zwracając się do uczniów, przeciwstawia się zachwytom tłumów, zapowiadając swoją mękę: Syn Człowieczy ma być wydany w ręce ludzi. Pomija tu wydarzenie zmartwychwstania. Nie chce bowiem, żeby uczniowie łączyli podziw z Jego powstaniem z martwych. Nie otwiera on przyszłości w szczerych relacjach z innymi, zamyka ją w wyobrażeniu o samym sobie jako o kimś, kogo wszyscy lubią i doceniają. Drugi jest po to, aby mnie podziwiać. Niestety, uczniowie nie zrozumieli słów Jezusa. Były przed nimi zakryte. Czym? Jako stojący blisko Niego poczuli, że jakaś część zachwytu nad Jego czynami, spłynęła także na nich. Podziw tłumów wszedł już do ich serc. Bali się Go zapytać, bo mógłby ich pozbawić przyjemności, że są ludźmi ważnymi. Czy można się obyć bez podziwu, zachwytu, polubień? Można, ale tylko wtedy, gdy będziesz gotów przyjąć trudną obecność innych, niosącą czasami cierpienie, lecz także doświadczenie prawdziwej więzi.

Piątek, 25 tyg. Zw., 25.09.2020 Łk 9,18-22

Co musiało się wydarzyć w byciu Piotra z Jezusem, że wyznał w Nim Mesjasza Boga. Podobnie jak inni Żydzi oczekiwał, że Bóg wzbudzi Kogoś, kto na wzór króla Dawida zjednoczy wszystkich rozproszonych, podzielonych, nastawionych do siebie wrogo i uczyni ich wspólnotą ludzi, traktujących się jak bracia i siostry. Widział, jak w ich własnym gronie Dwunastu, osoby tak różne, jak galilejscy rybacy, celnik współpracujący z Rzymianami i Zelota, walczący z nimi, a nawet przyszły zdrajca, są razem ze sobą, skupieni wokół Niego i słuchający Jego nauki. Był świadkiem, jak Jezus uwalniał ludzi z uzależnienia od przemocy, z pogardy do innych, jak miał odwagę czynić dobro także nie-Żydom. Dla tłumów Jezus był kimś podobnym do proroków, gdyż jak oni czynił cuda. Ale Piotr wiedział, że zmienić ludzkie serce z wrogości w przyjaźń wymaga większej mocy niż przywrócić komuś zdrowie. Nikt swoim słowem i zachowaniem nie dotykał tak mocno ludzi jak On, dlatego czuł, że musi On mieć jedyną i wyjątkową więź z Bogiem, jakiej nie ma żaden inny człowiek. Otwierając się na Jego słowa i obecność, rozpoczęła się w nim zmiana, której nie mógł niczym innym wytłumaczyć. Bez Niego nie jest możliwe spełnienie pragnienia wspólnoty, w której ludzie zachowując różnice między sobą, spierając się i kłócąc, będą dla siebie bliscy, postępując razem na drodze do Boga. A ponieważ dominują w nas inne pragnienie i żądze, dochodzenie do wspólnoty, którą zamierzył Jezus, nie obędzie się bez cierpienia. Jednak i w nim będzie On naszym Przewodnikiem, On Mesjasz Boga.

Czwartek, 25 tyg. Zw., 24.09.2020 Łk 9,7-9

Herod słysząc o wszystkim, co się wydarzyło w związku z działalnością Jezusa był bardzo poruszony i nie wiedział, co tym myśleć. Znał opinie innych, ale dotknęła go szczególnie ta, według której w osobie Jezusa powstał z martwych Jan Chrzciciel. Nie ma wyrzutów sumienia z powodu jego śmierci, interesuje go sam Jezus. Ten, kto ma władzę, wynikającą z zajmowanej pozycji jako rodzic, przełożony, nauczyciel, rzadko czuje się winny za to, co zrobił w przeszłości, zawsze bowiem znajdzie jakieś usprawiedliwienie. Herod stwierdza tylko fakt: Jana kazałem ściąć. Czy więc jego zainteresowanie Jezusem jest szczere i prawdziwe? Ciekawość w stosunku do ludzi jest dwojakiego rodzaju. Pierwsza jest powszechna. Herod szuka okazji, aby zobaczyć Jezusa, a my mówimy: widziałem bardzo ważną osobę, mam nawet z nią zdjęcie. Interesuje nas ktoś drugi, bo wielu uważa go za kogoś niezwykłego. Ale to, co czyni go kimś atrakcyjnym bezpośrednio nas nie dotyczy i nie ma większego wpływu na nasze życie. Możemy się jedynie pochwalić jego znajomością. Druga ciekawość występuje rzadko, bardzo rzadko. Nie chodzi w niej o to, aby kogoś zobaczyć, widzenie nic nie da. Ważniejsze jest wysłuchać tego, co mówi, gdyż czyjeś słowa mogą nie tylko głęboko dotknąć, ale też uruchomić wewnętrzną przemianę. Istnieje więc ciekawość drugiej osoby, która prowadzi do nawrócenia. Wcześniej jednak trzeba się wyrzec swego poczucia władzy i spojrzeć w swoją przeszłość: ilu ludzi, często bliskich, potraktowałeś lekceważąco i nie przyjąłeś ich ostrzeżeń i wezwań do zmiany swego postępowania.

Środa, 25 tyg. Zw., 23.09.2020 Łk 9,1-6

Nasze spotkania z ludźmi, także najbliższymi, odbywają się często na naszych warunkach. Towarzyszą nam nie tylko oczekiwania co do ich zachowań, spodziewamy się również, że w jakimś stopniu będą do naszej dyspozycji. Dwunastu apostołów Jezusa musiało mocno się zdziwić, że posyła On ich do ludzi, nie dając im żadnego zabezpieczenia, bezbronnych i wystawionych na odrzucenie. Zwykle wychodzimy do innych przygotowani i uzbrojeni, na wypadek, gdyby ktoś nas chciał wykorzystać lub zranić. Jezus, owszem wyposażył ich w wewnętrzną siłę, której jednak mają użyć nie do obrony siebie, lecz do uzdrawiania chorych. Przed nimi trudne zadanie: jak wyzwolić się z narzucania innym własnego sposobu bycia z nimi i przyjąć postawę posłanych przez Niego, otwartych na ich problemy i niedomagania. Jest to możliwe wtedy, gdy uwierzymy, że nad naszymi wszystkimi spotkaniami z ludźmi czuwa Bóg, w którego rękach jest nie tylko nasza osoba, ale także drugi, i to, co się między nami dzieje.

Wtorek, 25 tyg. Zw., 22.09.2020 Łk 8,19-21

Jezus nie jest zwykłym nauczycielem, przekazującym jakąś wiedzę o Bogu, której nauczył się od innych lub przeczytał w książkach. Przemawiając do zgromadzonych wokół Niego tłumów, odsłania siebie w bliskiej i bardzo osobistej relacji do Boga. Dlatego Jego nauczanie jest tak fascynujące i zarazem trudne, bo pociąga za sobą ten sam rodzaj otwartości. Nic dziwnego, że trochę wcześniej mówił o swojej nauce jako o lampie, która swoim światłem rozświetla to, co jest ukryte (por. Łk 8,16-18). Czy rozumieją to Jego matka i bracia, którzy stoją na zewnątrz i chcą się z Nim widzieć? Chcą Go tylko zobaczyć, bo przecież doskonale Go znają jako swego syna i brata. W patrzeniu z zewnątrz szukamy w drugim to, co znajome, do czego się przyzwyczailiśmy, zwłaszcza jeśli jesteśmy rodziną. Tak myśleli o Jezusie Jego matka i bracia; przecież 30 lat spędził z nimi w Nazarecie. Obserwowali Go w codziennych sytuacjach i zachowaniach, ale nie wiedzieli co się dzieje wewnątrz Niego, w Jego przeżyciach, myślach, uczuciach. Nie wystarczy patrzeć, trzeba słuchać, gdyż objawia On siebie takim, jakiego nie znają. W patrzeniu szukamy w drugim podobnego do naszych wcześniejszych o nim wyobrażeń. Tymczasem, nawet gdy kogoś dobrze znamy, objawia się on czasami jako ktoś zupełnie inny, jakbyśmy go po raz pierwszy spotkali. Zbliżamy się do niego, słuchając go i odkrywając jego wewnętrzną prawdę. W ten sposób tworzy się między nami nowy rodzaj wspólnoty, o więziach głębszych niż rodzinne, opartych o słuchanie słowa Bożego i stawanie w Jego prawdzie.

Poniedziałek, 25 tyg. Zw., 21.09.2020 Mt 9,9-13 Święto św. Mateusza, Apostoła

Stosunek do ludzi zależy od sposobu patrzenia na nich, kogo w nich widzimy. Jezus widzi człowieka, pracującego w urzędzie celnym o imieniu Mateusz. Powołując go, zasiada razem z nim i jego kolegami z pracy do wspólnego posiłku. Faryzeusze w swoim spojrzeniu zamykają ich w rolach celników i grzeszników, poza którymi nie potrafią w nich dostrzec żadnej ludzkiej historii. A ta może być złożona i czasami mocno pogmatwana. Na grzech składają się różne czynniki, nie tylko czyjaś zła wola, ale także różne okoliczności, nieświadomość konsekwencji lub zwyczajna bezmyślność. Ludzki grzech nie jest więc złem absolutnym, podobny jest bardziej do choroby, która potrzebuje lekarza, a jego lekarstwem jest miłosierdzie. Niestety, nasze patrzenie zatrzymuje się na tym, co zewnętrzne, pochopnie oceniamy i wydajemy opinię. Czego brakuje naszym spojrzeniom? Jezusowego współczucia, który nie chce nikogo pozostawić w jego grzechu, lecz pragnie mu towarzyszyć na drodze nawrócenia. A może tak samo warto spojrzeć na samego siebie jako na grzesznika, potrzebującego miłosierdzia, a nie potępienia z powodu ukrytej skazy na wizerunku kogoś pobożnego i sprawiedliwego?

25 Niedziela Zwykła/A, 20.09.2020 Mt 20,1-16

Jaka jest różnica między pierwszymi najemnikami a ostatnimi? Z pierwszymi gospodarz umówił się, że za dzień pracy zapłaci im denara. Relacja między gospodarzem a najemnikami ma charakter wymiany: płaca za pracę, i obejmuje tylko dwa momenty, początkowy w chwili zatrudnienia i końcowy przy zapłacie. Dlatego do jednego z nich mówi: Przyjacielu, czy nie umówiłeś się ze mną o denara? Weź co twoje i odejdź. Nie nawiązali z gospodarzem żadnej więzi. Z ostatnimi jest inaczej. Relacja między nimi a gospodarzem nie polega na wymianie, lecz ma coś z daru. Gdyby dał im jedną dwunastą dniówki za godzinę pracy, wymieniliby między sobą pracę i zapłatę, i by się rozeszli. Ale dostali całego denara, jakby pracowali cały dzień. Nie mogli odejść niczego nie zawdzięczając gospodarzowi, bo dano im znaczenie więcej niż zapracowali. Ci ostatni nie myśleli o sobie, że są najemnikami, którzy własnym wysiłkiem zapracowali sobie na to, co otrzymali, gdyż nikt ich nie najął przez cały dzień. W czekaniu wymazywała się w nich mentalność najemników. Mogą czuć się wyłącznie obdarowanymi, związanymi z gospodarzem jego dobrocią. Z ostatnimi nie ma żadnej umowy, jest tylko dobroć i to nieoczekiwana. Jak w takim razie myślisz o swoim życiu? Jesteś najemnikiem, który zapracował sobie na wszystko, co ma i kim jest, i nikomu nie musi być za nic wdzięczny? Obyś choć przez chwilę poczuł się obdarowany. Ale to jest niemożliwe, jeśli nie odnajdziesz się w sytuacji, w której zobaczysz, że dostałeś więcej niż zasłużyłeś. Jednak również wtedy może odezwać się w tobie mentalność najemnika i powiesz sobie: przecież to mi się należało. Tak, należało ci się i zostaniesz tylko z tym, co otrzymałeś, lecz bez więzi z Tym, który cię obdarował.

Sobota, 24 tyg. Zw., 19.09.2020 Łk 8,4-15

Ten, kto sieje jest cały skupiony na wysiewie ziarna. O niczym innym nie myśli, nic innego nie robi, także swoje uczucia kieruje na zasiew. Wychodząc siać siewca nie wyróżnia miejsc, gdzie jego ziarno ma paść. Sieje hojną ręką, nie wiedząc, na jaki rodzaj gleby trafi ziarno. Wszyscy, którzy przyszli z różnych miast i zgromadzili się wokół Jezusa, słyszą głoszone przez Niego słowo Boga, bo ono jest ziarnem. Wszyscy słyszą, a dlaczego różnie reagują? Bo przyszli z różnym nastawieniem. Już Kohelet ostrzegał: Kiedy idziesz do domu Bożego, obserwuj swoje kroki. Zbliżaj się, żeby bardziej słuchać niż składać ofiary głupców, którzy nie wiedzą, że czynią źle (Koh 4,17). Nie idź tam z przyzwyczajenia, lecz tak jakbyś szedł po raz pierwszy. Dlatego samo słuchanie nie wystarczy, musi mu towarzyszyć myślenie poszukujące zrozumienia. W słuchaniu jednak nie chodzi o rozumienie słów, lecz o zrozumienie osoby, która w słowach chce nam objawić siebie. Wymaga ono nie tylko uwagi i skupienia, lecz także czasu, aby wytrwać w gotowości do słuchania. Tak słucha się sercem, oddanym całkowicie Bogu i Jego trosce, słucha się najpierw tego, co jest wewnątrz mnie, a potem wewnątrz drugiego. Wszystkie nasze relacje z samym sobą, z Bogiem i bliźnimi od tego zależą. Zanim więc zaczniesz mówić naucz się słuchać, do końca, i nie śpiesz się z odpowiedzią dopóki nie zrozumiesz.

Piątek, 24 tyg. Zw., 18.09.2020 Łk 2,41-52 Święto św. Stanisława Kostki

Co robi Jezus, kiedy jego rodzice uświadamiają sobie jego nieobecność w drodze powrotnej do domu i zaczynają Go szukać? Jak to się stało, że nie poszedł z nimi, w jakim momencie się od nich odłączył? Wyruszył ze wszystkimi, ale szedł w grupie rówieśników spośród krewnych i znajomych. Jednak jeszcze w Jerozolimie odłączył się także od nich. Najpierw więc oddzielił się od swoich rodziców, a potem od swoich kolegów. Po co? Bo szukał siebie. Wracając do miasta, jego rodzice szukają swego syna, Jezus natomiast szuka samego siebie w świątyni. Nie tam, gdzie składa się ofiary. Usiadł wśród nauczycieli, wsłuchując się w ich słowa i zadając im pytania. Rodzice szukają Go na zewnątrz, On szuka siebie wewnątrz. Na czym polegają te poszukiwania? Rozmawiając z nauczycielami zadawał im pytania, a oni zdumiewali się, że On rozumie to, o czym dyskutują i co więcej, daje własne odpowiedzi. Nie cytuje innych, lecz wypowiada to, co On sam myśli. Dwunastoletni chłopiec odnalazł siebie w relacji do Boga, która jest fundament wszystkich innych relacji, także z najbliższymi. A to zawsze jest dla nich bolesne, bo tracą syna, który odtąd mówi, że Bóg jest Jego Ojcem i swoje decyzje podejmuje teraz przed Jego obliczem. Ten rodzaj oddzielenia, choć sprawia ból, czyni wszystkie relacje prawdziwsze, przestają być udawane, poddane kompromisom, wolne od naginania siebie i innych do wzajemnych oczekiwań. Ale ktoś, kto odnalazł siebie w Bogu, pragnie, aby również ci, którzy są blisko i z którymi się spotyka, weszli na tę samą drogę szukania siebie.

Czwartek, 24 tyg. Zw., 17.09.2020 Łk 7,36-50

Jeden z faryzeuszów poprosił Jezusa, aby zjadł z nim posiłek. Musiało mu więc bardzo zależeć na Jego obecności. Jak bardzo? Czy chciał rzeczywiście spotkać się z Nim, czy raczej wykorzystać Jego pobyt do podniesienia swego prestiżu? Nie dowiedzielibyśmy się tego, gdyby w jego domu nie pojawiła się kobieta, mająca w mieście opinię grzesznicy. Po co przyszła do Jezusa z pachnącym olejkiem? Żeby łzami obmyć Mu stopy, wytrzeć je rozpuszczonymi włosami, całować i namaszczać olejkiem. Co za ekstrawaganckie i szokujące gesty, zupełnie nieodpowiednie do uczty spożywanej w męskim gronie. Dwa światy, męski i kobiecy zderzają się ze sobą w konfrontacji z osobą Jezusa. On i ona wcześniej słyszeli o Nim. On zaprosił do swego domu znanego Nauczyciela, żeby umocnić swoją pozycję społeczną. Ona nie miała gdzie Go przyjąć, mogła jedynie przyjść do Niego, ale nie wiedziała, jak On na nią zareaguje. Gdy weszła, od razu rzuciła się do Jego stóp, a On jej nie odepchnął, nie poczuł się nawet zażenowany tym, co robiła, nie zawstydziło Go też spojrzenie faryzeusza, który z pogardą przypatrywał się jej zachowaniu. Jezus dostrzegł coś jeszcze w jego oczach: rozczarowanie, dotyczące Jego osoby. Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, kim i jaka jest ta kobieta, która się Go dotyka, że jest grzesznicą. Kto prawdziwie ugościł Jezusa? Porządny faryzeusz przyjął Go do swego domu, ale wzgardził Nim w swoim sercu. Grzeszna kobieta nie miała domu, ale przyjęła Go w całe swoje życie. Myślimy, że nasze relacje do Boga i bliźnich są w należytym porządku, dopóki nie zjawi się ktoś, kto swoim bezgranicznym oddaniem i szczerością nie pokaże nam, jak bardzo jesteśmy małoduszni i zapatrzeni w siebie.

Środa, 24 tyg. Zw., 16.09.2020 Łk 7,31-35

Są dzieci mądrości i dzieci głupoty. Do których siebie zaliczymy? Dzieci głupoty wypatrują ciągle zagrożeń na zewnątrz, ze strony innych, i zawsze potrafią znaleźć dowody potwierdzające ich strach. Oczywiście, strach jako subiektywne odczucie może stać się motorem czyjegoś postępowania, ale będzie to świadomie podjęta decyzja: nie ma już zagrożenia, lecz ktoś zachowuje się tak jakby było, gdyż nie chce podjąć wysiłku zmiany swego zachowania w nowej sytuacji. Dlatego Jezus przywołuje obraz dzieci bawiących się na rynku, z których jedne przymawiają drugim: graliśmy, a nie tańczyliście, biadaliśmy, a wy nie płakaliście. A przecież nawet ktoś niemający słuchu muzycznego umie rozpoznać melodię wesołą i smutną, i odpowiednio na nią zareagować. Głupota ma więc też swój sposób rozumowania. Z działalności Jana Chrzciciela pomija to, co istotne, a więc chrzest wzywający do nawrócenia, i zwraca uwagę na mało znaczące powstrzymywanie się od jedzenia. Z Jezusem czyni podobnie. Nic o Jego uzdrowieniach i nauce, tylko to, że jedząc i pijąc stał się żarłokiem i pijakiem, przyjacielem najgorszego rodzaju ludzi. Jaka w tym logika? Bronić się przed tym, co z zewnątrz i zawsze znaleźć powód, żeby się nie zmienić. A dzieci mądrości? I one czasami przeżywają strach, lecz dają się przekonać, że obok niego jest również zaufanie Temu, kto wprowadza w nieznaną przyszłość wymagającą zmiany.

Wtorek, 24 tyg. Zw., 15.09.2020 Łk 2,33-35

Starzec Symeon w 40 dniu od narodzin Jezusa błogosławi Jego rodziców w świątyni, ale dla Jego matki ma odrębne słowo. Składa się ono z trzech części. Dwie dotyczą Jej Syna. Najpierw, że będzie On znakiem, któremu będą się sprzeciwiać, tak samo jak wcześniej sprzeciwiano się wszystkim prawdziwym prorokom; w ostatniej, że Jego nauka i czyny odsłonią ukryte w sercach motywy i zamiary. Pomiędzy nimi, jakby w nawiasie, pojawia się słowo skierowane do niej samej: Twoją duszę miecz przeniknie. Chyba każda matka myśli o swoich dzieciach jako sprawiających radość, zwłaszcza gdy są małe jak czterdziestodniowy Jezus, choć wie, ile trudu i zmęczenia wiąże się z ich wychowaniem. Na ból przenikający do szpiku kości nie jest przygotowana. Jeśli czasami zbiera jej się na łzy to raczej z bezsilności. W swojej trosce nad dzieckiem chce je uchronić nie tylko od niebezpieczeństw, które zewsząd na nie czyhają, ale również od cierpienia. A to dlatego, że myśląc o sobie i swoim dziecku, często upragnionym i oczekiwanym, nie dopuszcza do siebie sytuacji, w której sprawi jej ono ból. Ten zaś jest nieunikniony, gdyż odziera z iluzji o idealnych matkach i równie idealnych dzieciach. Cierpienie jest nieodłączne od prawdziwych relacji, gdy tracimy kontrolę nad drugim, konfrontując się z nim takim jakim jest. Bierzemy je w nawias, sądząc, że nas nie dotknie, ale cena tego będzie wysoka: nigdy nie poznamy siebie, będziemy żyć złudzeniami, że jesteśmy ludźmi bez skazy.

Poniedziałek, 24 tyg. Zw., 14.09.2020 J 3,13-17 Święto Podwyższenia Krzyża

Jezus rozmawia z Nikodemem, starym i doświadczonym mężczyzną, który myśli o sobie, że już wszystko przeżył i nic nowego nie może go zaskoczyć. Jako faryzeusz ma opinię mądrego i szanowanego człowieka (J 3,1). Ktoś w takim wieku i z taką pozycją może tylko pouczać innych, bo czego i od kogo mógłby się jeszcze nauczyć. Nie zauważył, że kochać nigdy nie umie się wystarczająco i miłości trzeba ciągle uczyć się od nowa. Ale jak, kiedy miłość przestała być żywym uczuciem, a przez wiele lat bycia razem, każdy wszedł w koleiny rutyny i przyzwyczajeń, które ułatwiają życie i dlatego trudno z nich zrezygnować. Wtedy Jezus mówi do niego zagadkowe słowa: Nikt nie wstąpił do nieba, prócz Tego, który z nieba zstąpił. Wspinasz się do góry, żeby coś osiągnąć i wywyższając się przez to, co zdobyłeś i posiadasz, oddalasz się od tych, z którymi jesteś blisko – blisko tylko fizycznie, bez uważnej i czułej obecności. Trzeba zejść niżej, jakby się szło po raz pierwszy do szkoły i niczego się nie umiało. W tym uniżeniu, przyjmowanym z pokorą i radością, a nie ze smutkiem, że traci się siebie, otwierają się drzwi niezgłębionej miłości. Potrafi ona dostrzec w oczach drugiego nie tylko, że coś się z nimi dzieje, lecz także rozpoznać jego potrzeby czy pragnienia. Umie też wychwycić w codziennych rozmowach sygnały, które dają impuls do zmiany swego nastawienia i zrobienia czegoś, na co ten ktoś czeka, ale się od nas nie spodziewa. Czy w ogóle jest to możliwe? Owszem, jeśli ktoś uwierzy w Tego, który w swoim uniżeniu na krzyżu, doświadczył nieskończonej miłości Boga, obejmującej każdego i przenikającej wszystkie reakcje i zachowania zastygłe w rutynie.

24 Niedziela Zwykła/A, 13.09.2020 Mt 18,21-35

Dla większości ludzi nie istnieje w ogóle problem przebaczenia, gdyż nie istnieje dla nich problem relacji z innymi: inni są fizycznie obecni i nic więcej. Przebaczenie jako sposób rozwiązywania konfliktów pojawia się dopiero wtedy, gdy bycie z innymi staje się dla kogoś ważne, a czyjeś zachowanie powoduje zranienie. Piotr przychodzi do Jezusa z pytaniem, ile razy ma przebaczyć swemu bratu. Tego, kto go zranił, nazywa bratem. Chcąc zachować więź z nim, musi mu przebaczyć. Kiedy jednak trzeba przebaczać wiele razy, można zacząć wątpić w sens bycia dobrym. Znana polska pisarka powiedziała w wywiadzie: Nie wiedzieć kiedy, wszystkim znudziło się bycie dobrymi. Ładnie brzmi i może przyjemnie łaskotać uszy. Ale rodzi się pytanie, jakie to dobro, które może się znudzić? Owszem, jest takie i każdy może je zobaczyć w swoim zniechęceniu. Kto ma taką siłę i cierpliwość, żeby aż siedem razy przebaczyć? Czym ono różni się od dobra, które każe przebaczyć nie siedem, lecz siedemdziesiąt siedem razy, które nigdy nie pozwala się sobą znudzić? Jeśli ktoś uważa bycie dobrym za ciekawą, nawet fascynującą przygodę, to na pewno po jakimś czasie się znudzi, szczególnie wtedy, gdy za owo bycie dobrym nie otrzyma żadnej pochwały ani podziwu czy aplauzu, nie mówiąc o sowitej nagrodzie. Ktoś taki za bycie dobrym każe sobie słono płacić. Jeśli nie otrzyma zapłaty, wycofuje się z bycia dobrym. Taki zapomina, że Ktoś Inny, wiele razy i w wielu osobach okazał mu swoją dobroć.

Sobota, 23 tyg. Zw., 12.09.2020 Łk 6,43-49

Dlaczego wielu daje się oszukać obłudnikom? Bo wystarcza im ich pobożne mówienie, a nie zwracają uwagi na ich czyny. Obłudnik wzywa: Panie, Panie, wzdychając przy tym wzniośle i wywracając oczy ku niebu. A my mówimy: O, jaki pobożny. Potrafi tak pięknie się modlić. Widzimy go takim w kościele, ale też czasami możemy go zobaczyć na ulicy, w pracy, w domu. Może wtedy warto zwrócić uwagę, jak odnosi się do innych ludzi, z jakimi słowami zwraca się do nich i się zastanowić, czy jego relacja do Boga jest prawdziwa? Jezus więc, ostrzega: po owocu poznaje się drzewo. Można pięknie mówić o Bogu w kościele, a poza kościołem wypowiadać lub robić straszne rzeczy. Czy nie dlatego dajesz się uwieść religijnym obłudnikom, że sam nim jesteś? Jeśli ktoś buduje obraz siebie w oparciu o swoją zewnętrzną religijność, będzie szukał podobnych sobie ludzi, aby potwierdzali jego wizerunek. Nie patrz na swoją pobożność, Jezus każe patrzeć na serce. Niezależnie od tego, kim jesteś, w co wierzysz, jakie masz poglądy, ważne jest, co z niego wydobywasz. Jeśli jesteś dobrym człowiekiem, będziesz dobrze traktował innych. Jeśli jesteś kimś złym, twej niegodziwości nie przykryje żadna pobożność, prędzej czy później wyjdzie ona na jaw.
Piątek, 23 tyg. Zw., 11.09.2020 Łk 6,39-42

Ktoś jest niewidomy, a potrafi dostrzec drzazgę w oku brata? Jaki więc to rodzaj ślepoty? To ślepota ucznia, który zajął pozycję nauczyciela, choć nie ma do tego żadnych kwalifikacji. Wydaje mu się, że zna się na wszystkim i wszystkich może pouczać. Uczniów już nie ma, są sami nauczyciele i jeden drugiemu grzebie w oku, żeby znaleźć w nim jakieś zło. Tak ślepy prowadzi ślepego i prędzej czy później obaj wpadną w dół. Słowo Jezusa otrzeźwia i przywołuje do porządku: Obłudniku, usuń najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz. Czym jest ta belka? Przekonaniem, że jest się powołanym do naprawiania innych. I można się w tej misji tak zamotać, że ktoś przestanie widzieć swoje postępowanie, a zacznie wypatrywać uchybień w zachowaniu innych. W ewangelii nauczyciel jest jeden, my zawsze jesteśmy tylko uczniami, we wszystkim, a zwłaszcza w sferze dobra. Jako uczeń zobacz najpierw prawdę tego, co złego robisz, a wtedy odkryjesz prawdę w postawie drugiego. I te dwie prawdy, w tobie i w nim, dają poczucie, że nie błądzisz, lecz idziesz w dobrym kierunku.
Czwartek, 23 tyg. Zw.,10.09.2020 Łk 6,27-38

Bóg jest dobry dla niewdzięcznych i złych, to znaczy, że im nie odpłaca złem za popełnione zło. Okazując dobroć nie spodziewa się, że zły się zmieni i wejdzie na ścieżkę dobra. Jego bycie dobrym nie jest uwarunkowane tym, jak zachowuje się człowiek. Z nami wygląda to inaczej. Doznana krzywda budzi chęć odwetu. Uczucia zemsty nie da się powstrzymać, bo wydaje się jedynym sposobem przeciwstawienia się złu. Gniew i nienawiść to mocne emocje i trudno z nimi walczyć. Ale można nabrać do nich dystansu. Jak? Kiedy przestajemy w nich widzieć narzędzie obrony i nie pozwalamy, aby one były motorem naszych działań. Miłość do wrogów nie musi być jakimś wzniosłym, wymagającym męczeństwa uczuciem, lecz zwykłą otwartością, w której nie ma strachu, rodzącego agresję. Kiedy ktoś cię nienawidzi, a znajduje się w potrzebie, spróbuj przyjść mu z pomocą. Życz dobrze tym, którzy cię przeklinają i polecaj Bogu tych, którzy cię źle traktują. Jezus zaleca te działania, wiedząc, że dodawanie zła do już istniejącego nie rozwiąże problemu przemocy i niesprawiedliwości w relacjach między ludźmi. Co więcej, może przynieść szkodę. Jeśli bowiem ktoś stanie się czyimś wrogiem, a czasami się to zdarza, to nie chcielibyśmy, żeby potraktowano nas z wyrozumiałością, nie odpłacając nam naszego wybuchu agresji? Dlatego tak ważne jest nabywanie dystansu do siebie, aby zrozumieć słuszność wypowiedzianej przez Niego reguły postępowania wobec innych: Co chcielibyście, aby wam ludzie czynili, wy czyńcie im podobnie.
Środa, 23 tyg. Zw., 09.09.2020 Łk 6,20-26

Dlaczego Jezus gani bogatych? Bo odnajdują pociechę w rzeczach, które mają do swojej dyspozycji lub które mogą nabyć. Łatwiej jest podnieść sobie nastrój na zakupach niż dać się pocieszyć przez bliską osobę, wyznając jej swoje problemy. Rozpoznajemy bogatych nie po ilości pieniędzy, ale po tym, że ich posiadanie czyni zbędnym innych ludzi. No bo do czego potrzebni są ludzie, jeśli ktoś jest bogaty? W byciu sytym jest podobnie: zaspokojenie siebie i tylko siebie ma taką wartość, że drugi człowiek okazuje się tylko przeszkodą. Ale sytość trwa tylko do czasu, potem przychodzi głód. Czego? Bliskości drugiego. Jezus odróżnia radość od śmiechu. Radość pojawia się ze spotkania z ludźmi (Elżbieta z odwiedzin Maryi; pasterze z narodzin Jezusa). Śmiech jest czymś powierzchownym, krótkotrwałym, prowizorycznym, szybko mija i po nim człowieka dopada pustka, a z nią smutek i rozpacz. Tak wygląda zewnętrzne, pozbawione głębszych więzi z innymi życie. No i jeszcze te liczne polubienia: wszyscy dobrze o nas mówią. Jesteśmy wykreowani przez ich opinie, a nas samych, takimi jakimi jesteśmy wewnątrz, nie ma. A przecież nie jesteśmy idealni, potrzebujemy krytycznego spojrzenia i może je do nas skierować ktoś, kto mimo naszych niedomagań chce być z nami. A co z ubogimi, głodnymi, płaczącymi, odrzuconymi i potraktowanymi z pogardą? Są szczęśliwi, bo wiedzą, że potrzebują innych i wszystko, co od nich mogą otrzymać jest darem Tego, który w nich ukrył dla nich swoją obecność. 
Wtorek, 23 tyg. Zw., 08.09.2020 

Mt 1,1-16.18-23 Święto Narodzenia Maryi
W męskim rodowodzie Jezusa, syna Maryi, występują tylko cztery kobiety, które miały problemy ze społeczną akceptacją ze względu na swój status osób z marginesu. Trzy z nich były pogańskiego pochodzenia, a jedna była żoną poganina. Nie wspomina się tu matek Izraela: Sary, Rebeki, Lei i Racheli. Dlaczego więc umieszczono w nim poganki i jaki mają one związek z Maryją? Czyżby jako kobieta z pobożnej żydowskiej rodziny czuła się bardziej jak ktoś wyobcowany, nieprzystający do stereotypowego obrazu żydowskiej dziewczyny? Obecność Tamar, Rahab, Rut i żony Uriasza Chetyty musi dużo mówić o Niej, zwłaszcza w sytuacji poczęcia i narodzin Jezusa. Jej pozycja była dwuznaczna i nieakceptowalna społecznie, dlatego musiała bardziej zaufać Bogu, szczególnie w momencie, kiedy Józef postanowił ją oddalić, nie wiedząc, że naraża ją na społeczne odrzucenie i pogardę. Każdej kobiecie w jakimś stopniu one grożą, gdyż przeżywa różne wydarzenia w swoim życiu, o których trudno mówić, i które dla innych, zwłaszcza dla mężczyzn, mogą się wydawać niezrozumiałe i nieistotne. Maryja nie pogardzała swoją innością, przeciwnie, widziała w niej wartość, dzięki której umiała przyjąć inność każdego, i której jako matka uczyła Jezusa.

Poniedziałek, 23 tyg. Zw., 07.09.2020 Łk 6,6-11

Faryzeusze przychodzili w szabat do synagogi, aby oddać cześć wyłącznie Bogu przez powstrzymanie się od jakiejkolwiek pracy. Obserwowali więc uważnie, czy Jezus nie będzie chciał wykonać jakiegoś cudu. Ale dla Niego religia, w której czci się tylko Boga i nie robi się nic dobrego dla człowieka, ma w sobie coś nieprawdziwego. Dlatego widząc kogoś z niewładną ręką, każe mu stanąć na środku, a im zadaje pytanie, które zmienia sens szabatu i rozumienie religii. Zamiast pytać, jak uczeni w Piśmie, co wolno a czego nie wolno robić w szabat, pyta, czy wolno w szabat dobrze czynić czy źle czynić. W więź z Bogiem wpisana jest w sposób nieodwołalny relacja z drugim człowiekiem. Myśląc o Bogu, nie można nie myśleć o bliźnim, zwłaszcza potrzebującym. Jak można modlić się do Boga w czasie nabożeństwa szabatowego, mieć poczucie spełnionego wobec Niego obowiązku, a nawet być zadowolonym z modlitwy, a nie dostrzegać siedzącego obok człowieka w potrzebie? Pobożność bez współczucia dla bliźniego jest obrazą Boga. I nie można ich oddzielić w czasie, jedno musi karmić się drugim w tym samym momencie. Stając przed Bogiem, myślisz o cierpiącym, jak mu pomóc. Pomagając cierpiącemu, myślisz o Bogu, bez którego pomoc byłaby niemożliwa.
23 Niedziela zwykła/A, 0
6.09.2020 Mt 18,15-20

Jak troszczymy się o nasze relacje z bliźnimiChyba w ogóle się nie troszczymy, bo częścią tej troski jest obowiązek upominania, gdy nas lub innych źle traktują. Nie upominamy, bo nie mamy odwagi, wolimy mówić za plecami. Gdy ktoś zrobi źle, co nie dotyczy nas bezpośrednio, też nie upominamy, bo nie chcemy się wtrącać, ale do innych o tym opowiadamyUpominanie jednak to nie oskarżanie, wylewanie na drugiego swoich pretensji. To sztuka, której należy się uczyć. W upominaniu bowiem potrzebna jest pewna doza empatii i szacunku (rozmowa w cztery oczy), które uzdalniają do zrozumienia tego, przez co inna osoba przechodzi, gdy słyszy, że zrobiła coś złego. Ale zbyt wiele empatii może powstrzymać od powiedzenia i zrobienia trudnych rzeczy, zwłaszcza, kiedy ktoś odrzuca kierowane do niego uwagi. Można wówczas chcieć sobie odpuścić dalsze etapy upominania. Wszystko zależy od tego, jak bardzo ktoś jest nam bliski i dla nas ważny. Może warto o niego powalczyć, prosząc o pomoc innych. Upominanie, choć dużo kosztuje, zabiera wiele czasu i wymaga przemyśleń i starań, jest lepszą drogą niż szybka kara, która wynika bardziej z tego, że ktoś nas obraził niż że komuś wyrządził krzywdę.
Sobota, 22 tyg. Zw., 05.09.2020 Łk 6,1-5

Dwa przepisy prawa, określające, jak mamy postąpić, znajdują się ze sobą w kolizji. Jeden mówi, że jeśli ktoś zrywa kłosy rękami z cudzego pola a jest głodny, nie popełnia kradzieży. Drugi natomiast zabrania zrywania kłosów, jeśli odbywa się to w szabat, gdyż należy ono do prac zakazanych. Zgodnie z którym przepisem postąpić? W każdym z nich objawia się inny obraz Boga i Jego relacji do człowieka, a stawką jest postać religii, co jest w niej priorytetem? Faryzeusze dają pierwszeństwo zachowywaniu szabatu, niezależnie od okoliczności. Dla nich człowiek jest podporządkowany religii i ma jej służyć. Jezus bierze przykład z Dawida, dla którego pierwszeństwo ma ludzka potrzeba. Kiedy był głodny on sam i jego ludzie wziął chleb, którego wolno było spożywać wyłącznie kapłanom, jadł go i dał też swoim towarzyszom. Mówiąc, że Syn Człowieczy jest Panem szabatu, Jezus daje do zrozumienia, że to religia ma służyć człowiekowi a nie odwrotnie. Dlatego św. Ireneusz miał odwagę powiedzieć: chwałą Boga jest człowiek żyjący. Posłał On na świat swego Syna, aby zbawił człowieka, w pewnych sytuacjach nawet wbrew przepisom lub zwyczajom religijnym. O co więc walczą ci, którzy tak zaciekle bronią religii? O chwałę Boga? Nie. Raczej o zachowanie swego wizerunku jako ludzi pobożnych.

Piątek, 22 tyg. Zw., 04.09.2020 Łk 5,33-39

Faryzeusze i uczeni w Piśmie zarzucają Jezusowi coś, czego jako ludzie religijni nie mogą pojąć. Oni i uczniowie Jana Chrzciciela dużo poszczą i odprawiają modły, natomiast ci, którzy poszli za Jezusem – jedzą i piją. Pierwsi wykonują dwa ważne uczynki pobożne: post i modlitwę (brakuje najważniejszego – jałmużny), a drudzy ucztują. Do czego robią aluzję? Do uczty, którą urządził w swoim domu celnik Lewi z okazji powołania go przez Jezusa. Razem z nim usiadło do stołu wielu celników i grzeszników, co wywołało wśród faryzeuszów ‘święte’ oburzenie, jak uczniowie Jezusa mogą bratać się z ludźmi, których wszyscy uważają za grzeszników. Co tak naprawdę Jezus świętował? Nawrócenie Lewiego, który przeżył mocno wezwanie Jezusa do bycia Jego uczniem. W odpowiedzi na okazaną mu dobroć otworzył swoje serce i zaprosił do swego domu ludzi pogardzanych i odrzuconych. Przez kogo? Przez sprawiedliwych. A na czym polegała ich sprawiedliwość? Na byciu dobrym? Nie! Lewi, goszcząc grzeszników wypełnił wobec nich obowiązek jałmużny. Faryzeusze odprawiając swoje posty i modlitwy nawet o niej nie pomyśleli. Składając swoje ofiarne daniny Bogu zapomnieli, że najważniejszym przymiotem Boga jest dobroć. Jezus więc świętuje wydarzenie zbawienia: Lewi przyjął dobroć Boga i ją okazał tym, którzy jako grzesznicy naprawdę jej potrzebują. A sprawiedliwi? Mają swoje posty i modły, niech je dalej odprawiają, bez radości, którą niesie nawrócenie.

Czwartek, 22 tyg. Zw., 03.09.2020 Łk 5,1-11

Szymon Piotr potrafił dostrzec problem u swojej teściowej (wysoka gorączka). Ciekawe, czy zobaczy problem w sobie? A jakie problemy może mieć Piotr jako mężczyzna? Wszystkie kumulują się w jego pracy. Właśnie widzimy go na brzegu jeziora. Razem z innymi rybakami czyści sieci. Jezus również tam stał i się im przyglądał. A ponieważ ludzie gromadzili się, aby słuchać słowa Bożego, wszedł do łodzi Piotra i zaczął ich nauczać. Piotr też słuchał. Ale jak? Może pomyślał: On mówi do nich, a oni w skupieniu Go słuchają. Nie przypuszczał, że kiedy skończy mówić, Jezus zwróci się bezpośrednio do niego: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów. To sprawdzian słuchania: zrób to, co usłyszałeś. Zaskoczył go. Wydawało mu się, że jedyny jego problem jest w domu, z teściową i On już mu go rozwiązał. Przecież w pracy rybaka nie ma problemów, raz uda się połów, innym razem są puste sieci. Efekty w pracy zależą od wiedzy, umiejętności i szczęścia. Minionej nocy tego trzeciego zabrakło. Piotr, jak rzadko który mężczyzna, potrafi jednak przyznać się do porażki: całą noc pracowaliśmy i nic. Czuje smak goryczy, bo z pracy czerpie swoją wartość i chciałby mieć same sukcesy. A teraz, czy połów się uda zależy nie tylko wyłącznie od niego, lecz od słowa Jezusa i jego posłuszeństwa temu słowu. Kiedy zarzucili sieci i złowili więcej niż zzazwyczaj, zrozumiał, że w pracy nie może polegać tylko na sobie. Wrócił do domu. Jaki? Po sukcesach wracał zwykle rozradowany, po porażkach – przygnębiony. Teraz, dziwnie zdystansowany do swojej pracy i jej efektów, a przez to bardziej otwarty i bliski dla swojej rodziny.

Środa, 22 tyg. Zw., 02.09.2020 Łk 4,38-44

Jezus opuszcza synagogę i wchodzi do domu Szymona, prawdopodobnie zaproszony przez niego na świąteczny posiłek, bo jest szabat. Chyba jednak nie miał kto go podać, gdyż teściową Szymona trawiła wysoka gorączka. Zaskoczony, nie reaguje jednak złością, że nic nie zostało przygotowane na przyjęcie tak ważnego gościa. Wykazuje się zrozumieniem: jej stan i samopoczucie mają pierwszeństwo, dlatego prosi Jezusa o pomoc dla niej. Mężczyźni po długim nabożeństwie szabatowym w synagodze na pewno chcieli już coś zjeść, ale swój głód odsuwają na dalszy plan. Jezus najpierw uzdrawia kobietę i ta, uzdrowiona zaczyna im podawać do stołu. Ktoś może powiedzieć: uzdrowił ją, aby ich obsługiwała. Ale Jezus nie uzdrawia ludzi dla własnej korzyści. Odchodzi na pustynię, a następnie udaje się do innych miast. Swojej misji nie traktuje też jako poświęcanie się dla innych, z tego względu przyjmuje posiłek. Jest to ważna lekcja dana Szymonowi przez Jezusa. Pokazał mu, że to, co się stało w synagodze ma ścisły związek, z wydarzeniem uzdrowienia w jego domu. Synagoga i dom tworzą jedność. Będąc świadkiem uzdrowienia w synagodze, pomyślał, że może poprosić Jezusa o uzdrowienie w domu. Bo chyba taki sens ma chodzenie do synagogi: żeby coś zmieniło się na lepsze w rodzinie. Może się to stać pod warunkiem, że problemy, które przeżywa druga osoba zostaną zauważone i powierzone Temu, którego słowo ma moc uzdrawiania.

Wtorek, 22 tyg. Zw., 01.09.2020 Łk 4,31-37

Jeśli ktoś nosi w sobie wrogość do innych wyniesioną z domu i przyjdzie z nią do jakiejś wspólnoty religijnej, to będzie szukał uzasadnienia tej wrogości w swojej relacji do Boga. A wtedy stanie się w nim taką siłą, że przejmie nad nim kontrolę. Takiego właśnie człowieka spotkał Jezus w synagodze w Kafarnaum po opuszczeniu swego rodzinnego miasta. Krzyczał on wielkim głosem: Czego od nas chcesz, Jezusie Nazarejczyku? Siła wrogości wyraża się nie tylko w krzyku, ale także w tym, że przypisuje sobie prawo do występowania w imieniu wszystkich. Wrogość podsycana religią jest naprawdę groźna, bo żeruje na strachu: przyszedłeś nas zniszczyć. Kiedy więc przychodzisz do kościoła, zastanów się, czy nie oburzasz się wewnętrznie, gdy ewangelia demaskuje twoje złe uczucia wobec innych? Nie broń się, szukając dla nich usprawiedliwienia, często religijnego. Jeśli twoja obecność jest szczera, przyjmiesz upomnienie i pozwolisz je wyrzucić z siebie. Słowo Jezusa ma bowiem moc nad naszymi uczuciami: oczyszcza je z wrogości i kieruje w stronę dobra.

Poniedziałek, 22 tyg. Zw., 31.08.2020 Łk 4,16-30

Czy to, co robimy w odniesieniu do innych ludzi, ma jakiś związek z naszym wychowaniem w domu rodzinnym? W codziennych sytuacjach rzadko nad tym się zastanawiamy. Wydaje nam się, że to, jak traktowano nas w rodzinie lub szkole, jest normalnym zachowaniem, które jako już dorośli możemy bezkrytycznie stosować wobec innych. Dziecko nie kwestionuje postępowania swoich najbliższych, ale czy dorosły nie powinien tego zweryfikować? Również ewangelia podkreśla, że Jezus wychował się w Nazarecie. Jego słuchacze zgromadzeni w szabat w synagodze myśleli, że będzie On dumny ze swego pochodzenia i okaże im swój podziw. Ale Jezus wcześniej przyjął chrzest od Jana, który wszystkich wzywał do nawrócenia. Musiał więc przemyśleć to, czego nauczyło Go Jego środowisko rodzinne, konfrontując się z tym, co wyczytał w Piśmie. A czytał proroka Izajasza o potrzebie niesienia pomocy ubogim, więźniom, uciśnionym. Mieszkańcy Nazaretu sądzili, że właśnie do nich przyszedł, bo oni takimi się czuli. Lecz Jezus przypomniał im historię proroków Eliasza i Elizeusza, z których jeden poszedł pomagać pogance, a drugi uzdrowił dowódcę wrogiej armii. Takiej obrazy uczuć patriotycznych i religijnych nie mogli znieść. Wyrzucili Go ze swego miasta. Jeśli znajdujesz się w potrzebie i uważasz, że tobie należy się pomoc, a inni potrzebujący na nią nie zasługują, bo są obcy, to zamykasz swoje serce przed Bogiem, dla którego ci obcy są Jego dziećmi. Wrogość do obcych, innych wynosimy z domu. Jeśli nie napiętnujemy jej w postawach naszych rodziców czy środowiska, to będziemy ją powielać, pozwalając wrogości szerzyć się jak wirus.

22 Niedziela zwykła/A, 30.08.2020 Mt 16,21-27

Jezus zapowiada uczniom, co Go czeka w Jerozolimie, że będzie musiał wiele wycierpieć od ludzi mających władzę, że poniesie śmierć i że trzeciego dnia zmartwychwstanie. Po co im o tym mówił już w połowie drogi, a nie na kilka dni przed końcem? Przecież każdy z nas zostawia myślenie o swojej śmierci na sam koniec, zwłaszcza, gdy jest w sile wieku. Dla Jezusa umieranie jest podstawowym wymiarem codziennego życia, gdyż zawiera w sobie pierwiastek wyrzeczenia. Czyż rodzic nie musi zrezygnować z siebie, ze swoich planów, zawodowych ambicji, przyjemności, aby oddać się opiece swemu małemu dziecku, które potrzebuje całej jego uwagi i troski? Czyż nie musimy czasami poświęcić swej dumy i ustąpić drugiemu w konflikcie, żeby nie zerwać z nim bliskiej relacji? Jeśli Piotr do tej pory zawsze stawiał na swoim, nigdy nikomu nie ustępował i podkreślał swoją ważność, to rzeczywiście nie rozumie Jezusa ani tego, o czym mówił, zapowiadając swoją mękę. Chce, żeby Jezus był podobny do niego, dlatego protestuje: Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie. Wtedy jednak słyszy: Odejdź za Mnie, bo jesteś dla Mnie przeszkodą. Nasze ja niechętne umieraniu może być przeszkodą w byciu blisko Boga i innych ludzi.

Sobota, 21 tyg. Zw., 29.08.2020 Mk 6,17-29 Męczeństwo Jana Chrzciciela

Król Herod interesuje się Jezusem, gdyż słyszał, że mówi podobne rzeczy, co Jan Chrzciciel. Czyżby chęć poznania Jezusa była w nim szczera, skoro sam przyznaje się do zabicia Jana? Szczere przyznanie się do popełnionego zła to pierwszy krok na drodze do nawrócenia, ale o wiele ważniejszym problemem jest szczery żal za wyrządzoną drugiemu krzywdę. W ostatnich latach w kościołach chrześcijańskich także miały miejsce liczne wyznania grzechów wobec różnych osób i grup społecznych. Dołączano do nich nawet prośby o przebaczenie. Niestety w wielu przypadkach brakowało w nich uczucia głębokiej skruchy, a tylko ona prowadzi do prawdziwego nawrócenia i przemiany całej osoby. Po czym ją poznać? Owszem, Herod przyznał się do czynu, lecz dokonał go jako król. Nie można czynu oddzielić od sprawcy. Żałując swego czynu trzeba się wyrzec siebie jako jego sprawca. Na czym więc polega szczery żal? Ksiądz, który skrzywdził dziecko, sam rezygnuje z pełnienia funkcji księdza i z pokorą przyjmuje wyrok sądu, oddając się pokucie i naprawianiu wyrządzonej krzywdy. Mężczyzna, który zachowuje się agresywnie wobec swojej rodziny, poddaje się terapii osób uzależnionych od przemocy i na czas jej trwania zawiesza swoje bycie mężem i ojcem. Wyrzeka się też myśli, że ponieważ zaczął terapię, to będzie już dobry dla swoich najbliższych. Wrogiem żalu, będącego motorem wszelkich zmian w człowieku są dwa Herodowe uczucia, które wcale nie powstrzymały go od zamordowania Jana: smutek i dobre chęci. Nie daj się im oszukać: myśl o swoim czynie i o sobie jako jego sprawcy.

Piątek, 21 tyg. Zw., 28.08.2020 Mt 25,1-13

Czekamy na kogoś, bo wiemy, że zamierza przyjść, ale on się spóźnia, a na spóźnienie jesteśmy raczej nieprzygotowani, może jeszcze na jakieś małe. Przestajemy czekać, rośnie w nas frustracja i zdenerwowanie, a potem złość. Kiedy wreszcie przyjdzie, rzucamy się na niego z pretensjami, nie dopuszczając do głosu, nie prosząc o wyjaśnienia. Wszystkie te emocje i procesy myślowe kryją się w obrazie głupich panien, które wyszły na spotkanie pana młodego z lampami, lecz nie wzięły ze sobą oliwy. Gdy poszły ją kupić, pan młody przyszedł i drzwi zamknięto. Kiedy wróciły, zaczęły pukać i prosić: Panie, otwórz nam. Ale on odpowiedział: Nie znam was. Jak to? Czekamy na kogoś, denerwujemy się, że nie przychodzi na czas, a kiedy wreszcie się zjawia, w jego reakcji słyszymy: nie znam was? A czy rzeczywiście go znamy? Wszystko zależy od tego, czy w naszym czekaniu jesteśmy przygotowani na jego spóźnienie. Głupie panny czekając, myślą o sobie, nie o nim, ekscytują się spotkaniem z nim, lecz nie interesują się jego osobą. Nie znają go i nie chcą poznać, skupione na swoich przeżyciach. Jezus opowiedział uczniom tę przypowieść na kilka dni przed swoją śmiercią. Jak się zachowają w czasie Jego męki? Czy będą czekać na Jego niespodziewane przyjście w wydarzeniu zmartwychwstania i na zaskakujące, bo ukryte przychodzenie w innych? W prawdziwym czekaniu nie my ustalamy godzinę spotkania, wyznacza ją Ten, który ma przyjść.

Czwartek, 21 tyg. Zw., 27.08.2020 Mt 24,42-51

Na tym polega problem, że gospodarz nie wie, o jakiej porze nocy przyjdzie złodziej. Gdyby wiedział, czuwałby i nie pozwoliłby się włamać. Jednak nie jest w stanie tego przewidzieć, a przecież nie może nie spać całymi nocami, aby pilnować swego dobytku. Kradzieże się zdarzają i w każdej społeczności mamy takich, którzy z różnych powodów się ich dopuszczają. Przed złodziejem można się jakoś starać zabezpieczyć, ale co zrobić w sytuacji, kiedy Ktoś, kto ma władzę nad naszym życiem, przychodzi jak złodziej i zjawia się niezapowiedziany? Często zachowujemy się tak, jakbyśmy byli jedynymi twórcami naszego losu. Nie odpowiadamy przed nikim, jakby nie było nad nami żadnego Sędziego i cała przyszłość wyłącznie od nas zależała. Po czym to poznać? Po tym, jak traktujemy naszych bliźnich. Jezus mówi o złym słudze, który pomyślał, że jego pan opóźnia swój powrót i dlatego zaczął bić swoje współsługi, zadawać się z pijakami, prowadzić hulaszcze życie. Czy zdąży je naprawić? Nie. Bo im dłużej trwa w swoim nieliczącym się z innymi postępowaniu, tym trudniej będzie mu się zmienić. Przegra wszystko, a wcześniejsze ‘przyjemności’ zamienią się w ‘płacz i zgrzytanie zębów’. W przeciwieństwie do zwykłego złodzieja, przed którym trudno się uchronić, na przyjście Tego Złodzieja można się przygotować. Jak? Codziennie kształtuj swoją świadomość, że przed Nim odpowiadasz i staraj się wobec innych zachowywać zgodnie z Jego nauką.

Środa, 26.08.2020 Uroczystość Maryi, Matki Jezusa, czczonej w obrazie Jasnogórskim

Na weselu nie powinno niczego brakować, zwłaszcza wina. Niezadowolenie gości mogłoby przynieść wstyd gospodarzom. Pytanie tylko, kto jest gospodarzem? Nasze ludzkie możliwości, siły, chęć działania zawsze się wyczerpują i przychodzi taki moment, że nie mamy czego dać drugiemu. W pracy to wypalenie zawodowe, które minie, gdy weźmiemy urlop. Ale wypalenie w życiu: w małżeństwie, w relacji do dzieci, przyjaciół? Jak mu zaradzić? Matka Jezusa zgłasza Mu brak, bo wie, że tylko On może pomóc. Owszem, może coś zrobić, bo został zaproszony i po rozmowie z Maryją przejmuje rolę Gospodarza. I dokonuje się cud. Nie tyle wracają siły, ile wszystko zaczyna się przeżywać inaczej, w lepszym duchu, nastroju, z otwarciem na przyszłość. Czego więc uczy Maryja? Nie ukrywać kryzysów, lecz nieustannie przyznawać się do nich, gdyż ciągle pojawiają się następne. Ale cud dokona się przez posłuszeństwo Jego słowu. To, co puste napełnij tym, co masz, a On zamieni to w lepsze życie. Bo w wypaleniu nie masz chęci, ale masz wiedzę, umiejętności, doświadczenie, których nie potrafisz włączyć w wizję nowej przyszłości. Uznając swoją niemoc oddajesz ją w Jego ręce.

Wtorek, 21 tyg. Zw., 25.08.2020 Mt 23,23-26

Jezus atakuje zachowania najbardziej religijnych ludzi w swoim narodzie – uczonych w Piśmie i faryzeuszy, widząc w nich największe zagrożenie dla swoich uczniów. Przestrzeganie bowiem zewnętrznych form religijności, widoczne, rzucające się w oczy, budzi podziw i chęć naśladowania. Dla Niego zaś stanowi najgorszy rodzaj obłudy, gdyż przedstawia karykaturalny obraz Boga i człowieka. Ktoś chce być zewnętrznie w porządku wobec Niego i stara się, aby nawet z ziół oddać dziesięcinę do świątyni, choć będzie to śladowa ilość. Myśli o sobie, że jest oddany Bogu w najdrobniejszych sprawach, a okazuje się, że całkowicie pominął to, co jest ważniejsze: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. Te zaś kształtują się wewnątrz, są niewidoczne, a objawiają się w tym, jak traktujemy innych ludzi. Ale Jezus posuwa się jeszcze dalej w odsłanianiu religijnej obłudy. Dbanie o czystość zewnętrznej strony kubka ma swój cel: ukryć zdzierstwo i pobłażanie sobie, aby nikt ich rozpoznał. Nazywając faryzeusza ślepym, Jezus sugeruje, że wydaje się on mocno przywiązany do zewnętrznych form swej pobożności, uznając je za właściwe. Dlatego wzywa go do nawrócenia: zajmij się tym, co masz w środku, co cię odgradza od Boga i bliźnich, a wtedy i w zewnętrznych zachowaniach staniesz się gotowy do bycia blisko z innymi.

Poniedziałek, 21 tyg. Zw., 24.08.2020 J 1,45-51 Św. Bartłomieja

Większość spotkań z ludźmi przeżywamy jako wydarzenia przypadkowe i bez znaczenia. Nie przywiązujemy do nich wagi, bo dotyczą obcych lub znajomych. Obojętność wobec nich wpływa jednak na nasze postępowanie w stosunku do naszych bliskich. Widzimy się z nimi codzienne, rozmawiamy, ale wszystkie te sytuacje odbieramy z równą obojętnością, co z obcymi. Spotkania Jezusa z ludźmi mają innych charakter. Ewangelia mówi, że ich znalazł, jakby wcześniej ich szukał a oni byli zagubieni. To wzajemne szukanie i znajdowanie jest istotą więzi, jakie tworzy On ze swoimi uczniami. Czy w natłoku obowiązków, zajęć, trosk nie gubimy siebie i naszych biskich, traktując się nawzajem z oschłą surowością i wymaganiami? Kiedy Filip znajduje Natanaela, zaraz opowiada mu o spotkaniu Tego, który odmienił jego życie i nadał mu nowy kierunek. Jeśli więc sam doświadczyłeś zagubienia i czujesz się odnaleziony, to patrzysz na drugiego jako kogoś, którego obecność na nowo odkrywasz i który staje się wartością, ubogacającą twoje życie.

21 Niedziela Zwykła/A, 23.08.2020 Mt 16,13-20

Czy dzisiaj potrzebujemy Jezusa i Jego ewangelii? Nie. Do tego, aby chrzcić dzieci, posyłać je do pierwszej komunii, spowiedzi, udzielać bierzmowania, wystarczy nam kościół. Jezus jest nam niepotrzebny, a nawet czasami nam przeszkadza ze swoim słowem, wzywającym do zmiany lub nawrócenia, którego nie rozumiemy, bo gdy je usłyszymy, zastanawiamy się, o czym On mówi. Dlaczego tak się dzieje? Bo kościół zastygł w zewnętrznych formach swojego działania, i nam to odpowiada. Zwalnia nas bowiem z duchowego wysiłku i myślenia. Kiedy Jezus pyta uczniów, za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego, odpowiedzi przychodzą im dość łatwo. Jest podobny do znanych postaci z przeszłości: Jana Chrzciciela, Eliasza, Jeremiasza lub jakiegoś innego proroka. Ale z pytaniem, a wy za kogo Mnie uważacie, jest już trudniej. Nie można odpowiedzieć chórem, jakby wszyscy z góry wiedzieli, co powiedzieć. Odpowiedź musi dać każdy oddzielnie, osobiście, dlatego mówi tylko Szymon Piotr, a pozostali słysząc go, muszą rozważyć, czy każdy z nich zgadza się z jego wyznaniem. Łatwiej powtórzyć co powiedział papież lub księża niż samemu podzielić się tym, jak ja sam osobiście przeżywam moją relację z Bogiem. Łatwiej też posługiwać się stereotypami w ocenie ludzi niż wyrazić własne zdanie, opierając się na naszych bezpośrednich relacjach z nimi. Boimy się osobistych pytań, ale to one otwierają drogę do prawdziwych więzi, tworzących wspólnotę, jaką powołał Jezus.

Sobota, 20 tyg. Zw., 22.08.2020 Mt 23,1-12

Dlaczego Jezus w swojej mowie przeciwko faryzeuszom i uczonym w Piśmie nie zwraca się bezpośrednio do nich, lecz do tłumów i swoich uczniów? Zadając Mu podchwytliwe pytania, faryzeusze dowiedli, że nie przyjmują Jego nauki i nie chcą się pod jej wpływem zmieniać. Ciągle jednak mają ogromny wpływ na ludzi, którzy mimo, że dostrzegają ich obłudę nie przestają ich podziwiać. Dlaczego? Czyżby byli do nich podobni w kreowaniu pobożności na pokaz? Ta zaś ma wielką siłę uwodzenia, bo uczy, że wszystko może być na pokaz: małżeństwo, dzieci, rodzina. Z kimś, kto jest tak wspaniały i ma tak niezwykłe życie możesz spotkać się wyłącznie okazując mu swój zachwyt. Nie możesz stanąć przed nim ze swoimi problemami i słabościami, bo nie pasują one do jego idealnego obrazu, a on sam dla twoich codziennych zmagań jest wewnętrznie niedostępny, bo skrzętnie ukrywa to, co mogłoby zburzyć jego wizerunek. To wywyższanie się, aby pokazać się innym od jak najlepszej strony ma swoją cenę. Postawiłeś się wysoko na świeczniku i wielu cię podziwia, ale gdy nikt na ciebie nie patrzy, czujesz się nikim. Trzeba się zniżyć do poziomu swoich upadków, trudów, ciemnych stron swego charakteru, a wtedy zwyczajne sytuacje staną się miejscem budowania bliskich i głębokich więzi z tymi, którzy doświadczają tego samego, bo wszyscy w nich jesteśmy równi, mając jednego Ojca i jednego Nauczyciela.

Piątek, 20 tyg. Zw., 21.08.2020 Mt 22,34-40

Miłość nie jest ani pierwsza, ani najważniejsza, choć wielu chciałoby, żeby tak było. Nie ma też w sobie nic z romantycznych uniesień, które zdarzają się sporadycznie między zakochanymi. Jako przykazanie należy do sfery codziennego życia i dlatego w natłoku obowiązków i zadań, wypełnianych rutynowo i bezmyślnie, jest czymś tak trudnym, że prawie niewykonalnym. Nie podlega prawom, którymi rządzą się marzenia lub oczekiwania, należące do przyszłości. Może być przeżywana wyłącznie tu i teraz, w nieznośnym, sprawiającym wręcz fizyczny ból, skupieniu na osobie drugiego, kiedy trzeba się przedzierać przez własne problemy, niepokoje, brak sił i zniechęcenie. Miłość jest pierwsza w porządku przykazania, ale ostatnia, jeśli chodzi o wykonanie. Dlaczego? Bo wolimy kochać kogoś, kto jest daleko idealizując jego obraz; do kogoś tak wspaniałego serce samo się rwie, ale kochamy go tylko w marzeniach. Kochać bliźniego, czyli kogoś będącego blisko, z irytującym charakterem i zachowaniem jest o wiele trudniej, zwłaszcza, jeśli się myśli, że jest to możliwe bez oddania Bogu całego siebie, ze swoimi pragnieniami, uczuciami, myśleniem. W oddaniu tym uczymy się tracić kontrolę nad drugim, zabójczej dla miłości, gdyż władza zamienia ją w karykaturę dobroci: kocha się, aby coś osiągnąć. W prawdziwej miłości nie ma się na oku żadnej korzyści lub interesu.

Czwartek, 20 tyg. Zw., 20.08.2020 Mt 22,1-14

Jezus opowiada kolejną przypowieść, tym razem, kieruje ją do arcykapłanów i starszych ludu, którzy ciesząc się autorytetem religijnym i społecznym, mają duży wpływ na poglądy i zachowania ludzi. Mówi im o Bogu, przedstawiając Go jako króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Dla króla to ważne wydarzenie, które chciałby przeżywać razem z zaproszonymi gośćmi. Ci jednak, nawet po ponowieniu zaproszenia i opisie weselnych potraw, nie chcieli przyjść. Mieli bowiem inne ważniejsze dla nich zajęcia. Jedni odeszli do pracy na polu, drudzy do handlu, inni wreszcie pobili i zamordowali wysłane do nich sługi. Zachowanie gości odsłania jakąś istotną prawdę o nich, przede wszystkim, jak traktują siebie i innych. Ignorując zaproszenie króla odrzucają jego władzę nad sobą. To dość powszechna postawa, wyrażająca się w przekonaniu, że można lekceważyć innych i nie liczyć się z ich zdaniem. Szokuje ich nadmiar pewności siebie w stosunku do króla, który przekłada się na ich postępowanie wobec jego sług. Poczucie, że ważne jest tylko to, co ja sam robię i co sam osiągnąłem, uniemożliwia uczestniczenie w tym, co ważne dla innych. Wtedy skazujemy się nie tylko na samotność, ale także tracimy zdolność rozpoznawania wartości życia tych, którzy są blisko i chcą się podzielić z nami swoimi radościami.

Środa, 20 tyg. Zw., 19.08.2020 Mt 20,1-16

Stawka 1 denar za dzień pracy była w czasach Jezusa powszechnie stosowana i każdy był zadowolony, jeśli mógł taką zapłatę otrzymać, zwłaszcza że nie wszyscy znajdowali pełne zatrudnienie. Problem pojawia się wtedy, gdy ktoś pracuje tylko jedną godzinę i też dostaje jednego denara. Pierwsi, wynajęci od rana, myśleli, że dostaną więcej: przecież harowali cały dzień. Dla nich to jawna niesprawiedliwość: jak ktoś, kto pracował jedną godzinę może dostać tyle samo co ten, który trudził się cały dzień i to w nieporównywalnie gorszych warunkach (w najgorętszej porze dnia). Jednak gospodarz potraktował ich sprawiedliwie, zgodnie z umową i obowiązującą stawką. Dlaczego więc mają do niego pretensje? Zamiast cieszyć się, że bez stresującego czekania od razu dostali pracę, za którą otrzymali godziwą zapłatę, zaczynają zazdrościć robotnikom ostatniej godziny, którym zapłacono tyle, jakby pracowali cały dzień. Ci, z całego etatu znają tylko jedną miarę dobra: otrzymujesz go tyle, ile zapracujesz, nie ma nic za darmo. Gospodarz ma inną, tych z ostatniej godziny: daję tyle, ile potrzebujesz, nawet, gdy pracowałeś mało. Pierwsi biorą tyle, ile im się należało i odchodzą rozczarowani. Ostatni zaskoczeni dobrem, na które nie zasłużyli, czują wdzięczność. Wiąże ich ona nierozerwalną więzią z Tym, który dostrzegł ich potrzeby i się o nich zatroszczył. Tamci zostają sami ze swoim denarem, ostatni, ze współczuciem i dobrocią Gospodarza.

Wtorek, 20 tyg. Zw., 18.08.2020 Mt 19,23-30

Chyba każdy chciałby mieć dużo pieniędzy, aby nie martwić się o swoją przyszłość i móc zrealizować swoje marzenia lub plany. Co w tym pragnieniu niewłaściwego? Dlaczego Jezus zwracając się do swoich uczniów, podkreśla, że bogatemu będzie trudno wejść do królestwa Bożego? Uczniowie wiedzą, że nie wszyscy są bogaci, ale wszyscy chcą nimi być. Stąd ich przerażenie, wyrażające się w pytaniu: któż więc może być zbawiony? Odpowiedź Jezusa jest zagadkowa: U ludzi to niemożliwe, ale u Boga wszystko jest możliwe. Powiedzenie to często odnosimy do cudów, a On myśli o rezygnacji z bogactwa, które wydaje się być większym cudem niż uzdrowienie kogoś z choroby. A może właśnie bycie lub nawet pragnienie bycia bogatym jest jakąś formą choroby? Bogaty to ten, kto posiada nie tylko rzeczy materialne, lecz także osoby. Traktuje ludzi tak jakby byli jego własnością: dysponuje nimi jakby należeli do niego. Lista ułożona przez Jezusa zaczyna się od domu i kończy się na polach. Dom i pola się posiada, ale pomiędzy nimi są osoby: bracia, siostry, ojciec, matka, dzieci. Ich też się posiada jak dom i pola, i traktuje się ich jak podręczne przedmioty. Z choroby posiadania leczymy się przez całe życie, kiedy oddajemy swoją przyszłość w ręce Boga, zawierzając słowu Jezusa i wyrzekając się posiadania rzeczy i osób. Opuszczamy wszystko jako swoją własność, aby otrzymać wszystko jako dar od Boga.

Poniedziałek, 20 tyg. Zw., 17.08.2020 Mt 19,16-22

Wielu ludzi dużo pracuje i stara się zarobić jak najwięcej pieniędzy, aby kupić mieszkanie, wybudować dom, urządzić się jakoś w życiu. Młody człowiek, który przyszedł do Jezusa nie musiał tego robić, bo wszystko miał, prawdopodobnie w spadku po rodzicach. I właśnie on, kiedy już ma zabezpieczoną pod względem materialnym swoją przyszłość, zadaje Mu pytanie: jakie dobro mam czynić, żeby osiągnąć prawdziwe życie? Postępuje też zgodnie z Bożymi przykazaniami, bo zapewnia Jezusa, że wszystkie je przestrzega. Ma więc chyba idealne życie. A jednak dręczy go jakaś wątpliwość, bo dalej pyta: czego mi jeszcze brakuje? Czy bogatemu, żyjącemu uczciwie może czegoś brakować? Nie spodziewał się od Jezusa takiej odpowiedzi: jeśli chcesz być w pełni szczęśliwy (doskonały), idź, sprzedaj to, co posiadasz i daj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, wtedy przyjdź i chodź za Mną. Odszedł ogarnięty smutkiem. Czy wróci? Najpierw musi sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd się wziął w nim ten przenikający go na wskroś smutek? Przecież smucimy się, gdy tracimy bliskie osoby, a okazuje się, że smucimy się również i to często bardziej, gdy tracimy coś z tego, co posiadamy. Dlaczego? Bo rzeczy materialne dają nam poczucie bezpieczeństwa i z jego powodu, uzależniamy się od nich tak mocno, że sama możliwość ich utraty wypełnia nasze serca nieutulonym żalem. Nie potrafimy odczuwać żalu za wyrządzoną komuś krzywdę, ale żal nam rzeczy, do których się przywiązaliśmy. Czy młodzieniec przyjdzie do Jezusa i pójdzie za Nim? Zależy od tego, jak głęboko będzie w stanie przemyśleć swój smutek i czy będzie potrafił uwolnić się od niego, oddając coś drugiemu.

20 Niedziela Zwykła/A, 16.08.2020 Mt 15,21-28

Kobieta kananejska to poganka, mieszkająca w okolicach Tyru i Sydonu, poza granicami ziemi Izraela. Z racji pochodzenia i wychowania nie była Żydówką. A jednak, zwracając się do Jezusa o pomoc, nazywa Go Synem Dawida. Tak mówili o Nimi Żydzi, gdy dokonywał wśród nich cudów, widząc w Nim zapowiadanego Mesjasza. Czy w jej ustach, w ustach poganki, może brzmieć to prawdziwie? Czy język religijny, którym się posługujemy, może kłamać? Tak, i to bardzo, zwłaszcza wtedy, gdy powtarzamy za innymi słowa, które nie wyrażają prawdy ukrytej wewnątrz nas. Jezus czuje fałsz w jej prośbie i dlatego nie reaguje. Udaje ona pobożną Żydówkę, choć jest poganką, nierozumiejącą określeń, których używa. Dzisiaj też kościoły są pełne religijnych frazesów, za którymi chce się ukryć życie mające niewiele wspólnego z ewangelią. Ale Kananejka idzie dalej. Nie odchodzi obrażona, lecz wkracza na drogę nawrócenia. Zrozumiała, że przed Jezusem musi stanąć w prawdzie tego, kim jest. Pada przed Nim na kolana i mówi po prostu: Panie, pomóż mi. To nie jest język religijny, lecz zwykła ludzka prośba, wyrażająca jej zbolałe serce. Jezus również nie odpowiada jej żadnym religijnym sloganem, lecz przedstawia siebie w obrazie ojca rodziny rozdzielającego chleb swoim dzieciom siedzącym przy stole. Pojęła Jego aluzję. Cud, o który prosi niewiele jej da, jeśli nie zmieni swego stosunku do córki, wchodząc do wspólnoty Jego uczniów. Mówiąc, że i szczenięta jedzą okruchy pod stołem, wyznała swoją wiarę, za którą Jezus ją pochwalił. Przyznała bowiem, że jest poganką i musi wiele nad sobą popracować w nowej rodzinie, w której się odnalazła dzięki Niemu.

Sobota, 19 tyg. Zw., 15.08.2020 Łk 1,39-56 Uroczystość Wniebowzięcia Maryi, Matki Jezusa

W spotkaniu Maryi z Elżbietą nie uczestniczą mężczyźni. Owszem, pojawia się imię Zachariasza jako gospodarza domu, ale Maryja pozdrawia tylko Elżbietę, o której słyszała, że ona, będąc w starszym wieku, znajduje się już w szóstym miesiącu ciąży. Młoda kobieta przychodzi do starszej niosąc w sobie słowo, zapowiadające Jej, że stanie się matką Bożego Syna. Przywiodła ją do Elżbiety wiara, że ono się spełni. Tej wiary zabrakło Zachariaszowi, mężczyźnie, któremu anioł odebrał głos. Rozmawiają tylko kobiety. Najpierw Elżbieta wypowiada pochwałę Maryi, wyznając, że w Jej pozdrowieniu usłyszała głos, który napełnił radością ją samą i jej dziecko. Jaki to głos? Ufnego przyjęcia najbardziej nieznanej i nieprzewidywalnej przyszłości, jaka wpisana jest w każde mające narodzić się dziecko. Rozwija Ona tę ufność w hymnie, wzorowanym na pieśni dziękczynnej Anny z 1 Sm 2,1-10. Wychwala w nim działanie Boga, który odwraca ustalony przez mężczyzn porządek rzeczy, nadając moc przemiany temu, co słabe, poniżone, pokorne, ubogie. Mężczyźni narzucają innym swoją wizję życia, stosując często przemoc, wykorzystując władzę i pieniądze. Kobiety mogą zmieniać świat inaczej: akceptując i doceniając swoją kobiecą otwartość oraz wspierając siebie nawzajem, bo w nich Bóg ukrył siłę, która wyznacza nowy kierunek temu, co ma nadejść.

Piątek, 19 tyg. Zw., 14.08.2020 Mt 19,3-12

Faryzeusze zwrócili się do Jezusa z pytaniem: Czy wolno człowiekowi oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu? Znali odpowiedź. Prawo bowiem zezwalało mężczyźnie rozwieść się z żoną, jeśli z jakiś względów mu się nie podobała (Pwt 24,1). Dlaczego więc w ogóle Go o to pytali? Gdyby przyznał im rację, musiałby także uznać, że relacje między ludźmi w każdej wspólnocie podlegają wyłącznie zasadom prawa, które już z tego przepisu o rozwodach daje pierwszeństwo mężczyźnie i faworyzuje jego punkt widzenia. Stosunek do kobiet jest ważny, bo stanowi wzór dla wszystkich innych więzi. Jak w danej społeczności traktuje się kobiety, tak samo traktuje się innych: dzieci, biednych, chorych, obcych, niespełniających norm prawa. Jezus widzi inną podstawę tworzenia wzajemnych relacji. Jest nim akt stworzenia mężczyzny i kobiety jako równych sobie osób. Zgodnie z przepisem o rozwodzie mężczyźna może podporządkować sobie kobietę według swoich upodobań: jeśli mu nie odpowiada, oddala ją. A ten rodzaj zachowań ma swoje źródło w relacjach rodzinnych. Dlatego Jezus dodaje kolejną wskazówkę: mężczyzna musi opuścić ojca i matkę i połączyć się ze swoją żoną, stając się z nią kimś jednym. Opuszczenie ojca i matki oznacza, że mężczyzna musi wymazać ze swego myślenia, uczuć, przyzwyczajeń wszelkie stereotypy na temat siebie, kobiet i relacji do nich, i stanąć wobec swojej żony w takiej otwartości, jaka była na początku, w momencie stworzenia. Jezus nie chce unieważnić prawa, ale podkreśla, że zostało ono wprowadzone z powodu zatwardziałości mężczyzn, odmawiających nawrócenia w tworzeniu jakichkolwiek więzi. Wchodząc w relacje z innymi usiłujemy ich sobie podporządkować – to efekt wychowania. A przecież nosimy w sobie fundamentalną zdolność do bycia ze sobą w uznaniu wzajemnej równości, szacunku i ciągle pogłębiającej się bliskości.

Czwartek, 19 tyg. Zw., 13.08.2020 Mt 18,21-19,1

W naszych relacjach z bliźnimi najbardziej irytującym zjawiskiem jest brak poprawy. Ktoś mimo zwracania mu uwagi ciągle popełnia te same błędy. Może to być szczególnie frustrujące dla kogoś takiego jak Piotr, którego Jezus wybrał na pierwszego wśród apostołów. Grzech drugiego dotyka nie tylko jego osobę, lecz urażony jest przede wszystkim jego autorytet. Dlatego pyta: ile razy mam przebaczyć? Podobnie rodzicom trudno znieść powtarzające się występki dzieci: tyle razy ci mówiłem ‘nie rób tego’. Oczywiście, dzieci muszą przyjmować raniące ich, powielane codziennie zachowania rodziców. Ktoś przywiązany mocno do swojej pozycji, w poczuciu, że jest on odpowiedzialny za to, jak inni postępują, będzie więc miał ogromny problem z przebaczaniem, szczególnie wówczas, gdy zapomni, że także on ma Kogoś nad sobą, wobec którego będzie musiał zdać sprawę ze swoich czynów. Dlatego Jezus opowiada przypowieść o królu, którego sługa był mu winien niewyobrażalnie dużą sumę pieniędzy. Nie był w stanie ich zwrócić i mógł liczyć wyłącznie na łaskę swego pana. Próbuje jednak ratować swój honor, zapewniając, że wszystko mu odda. Trudno mu uznać swoją niewypłacalność wobec niego. Kiedy król mu darował, poczuł się uwolniony nie tylko od całego zadłużenia, ale także od okazanej mu łaski. Zerwał związek z otrzymanym miłosierdziem, jego serce stwardniało i stało się niezdolne do przebaczenia temu, który był mu winien niewiele. Jesteśmy gotowi przebaczyć innym jedynie wtedy, jeśli sami mamy świadomość, jak wiele przebaczył nam Bóg.

Środa, 19 tyg. Zw., 12.08.2020 Mt 18,15-21

Nasze relacje z bliźnimi są kruche. Nie tylko łatwo je zerwać, ale także trudno je odbudować. Jedną z najważniejszych zasad podtrzymywania naszych więzi z innymi jest upomnienie braterskie, które Jezus zaleca swoim uczniom. Kiedy ktoś swoim zachowaniem lub słowami nas zrani, to w pierwszym odruchu obrażamy się na niego lub reagujemy gniewem. Tej spontanicznej reakcji z reguły nie da się powstrzymać. Upomnienie może przyjść później, gdy emocje opadną, lecz go nie podejmujemy, bo za dużo z nim zachodu. Trzeba by poprosić o rozmowę, na osobności, w cztery oczy. Dobrze byłoby się też do niej przygotować, opisując zarówno co złego ktoś zrobił, jak również w czym nas zranił. Już ten początkowy etap upominania kosztuje tyle wysiłku, że najczęściej z niego rezygnujemy. Pozostaje w nas głęboko ukryty uraz. I choć po jakimś czasie znowu zaczynamy rozmawiać, to jednak te odnowione relacje stają się powierzchowne, układne, na dystans, bez bliskości. Tak może się dziać w stosunku do wielu innych osób, z którymi mamy jakieś więzi. Nie podejmując wysiłku wyjaśnienia raniących nas sytuacji, ryzykujemy, że wszystko między nami będzie zewnętrznie poprawne, ale wewnętrznie będziemy od siebie oddaleni. Żeby podjąć trud rozmowy o trudnych, a czasami bolesnych sprawach, musi komuś chyba zależeć na byciu z kimś. Jak bardzo? Tak jak Ojcu zależy na swoich dzieciach. Nie odmawia im, gdy o coś Go zgodnie proszą. 

Wtorek, 19 tyg. Zw., 11.08.2020 Mt 18,1-5.10.12-14

Zadając pytanie o to, kto jest największy w królestwie niebieskim, uczniowie przywołują obraz króla rozdającego przywileje swoim wiernym sługom. Kogo i za jakie zasługi obdarzy wyróżniającą pozycją. To typowy schemat myślenia dorosłych, którzy w swoim życiu już coś zdobyli, czegoś dokonali i dlatego spodziewają się docenienia swych wysiłków. Co oferują innym jako podstawę wzajemnej relacji? Swoje osiągnięcia. Jeśli ktoś ich nie doceni, odwracają się obrażeni. Jezus nie odpowiada bezpośrednio. Przywołuje dziecko, które nie ma jeszcze nic na swoim koncie i nie przypisuje sobie żadnego znaczenia, gdyż dla dorosłych w ogóle się nie liczy, mogą się jedynie z nim pobawić lub opowiedzieć jakąś zabawną anegdotę na temat jego zachowań. Ale właśnie ono zostaje postawione przez Niego w centrum jako punkt odniesienia wszystkich relacji. Nie mając żadnych dokonań, na podstawie których mógłby stawiać jakieś warunki, staje przed nimi wyłącznie w swojej dziecięcej otwartości. Tym, co oferuje jest jego osoba potrzebująca więzi z innymi. Jezus wzywa swoich uczniów, aby się nawrócili i stali się jak dzieci. Dla dorosłych, uważających się za ważne osoby, z długą listą osiągnięć, to szokujące wymaganie, niemożliwe wręcz do wypełnienia. Mieliby wymazać ze swojej świadomości wszystko to, co udało im się zrobić? Niestety tak, gdyż stanowi to blokadę w nawiązaniu prawdziwych relacji. W nich zaś liczy się tylko otwartość dziecka. Pasterz musi więc zostawić 99 owiec, które są jego majątkiem i nadają mu ważność, i udać się na poszukiwanie jednej, zagubionej.

Poniedziałek, 19 tyg. Zw., 10.08.2020 J 12,24-26 Św. Wawrzyńca

Jezus przybywając do Jerozolimy na święto był już znany i podziwiany przez tłumy, zwłaszcza po tym, jak wywołał Łazarza z grobu. Dlatego też wielu ludzi, którzy wcześniej nie mieli okazji się z Nim spotkać, chciało Go zobaczyć (J 12,17-21). Czy w tym pragnieniu znalezienia się blisko ważnej osoby może być coś złego? Chyba tak, bo Jezus nie chce być niczyim ‘idolem’, wystawionym na pokaz do robienia sobie z Nim ‘zdjęć’. Ważność jest czymś zewnętrznym, wykreowanym przez opinie i oceny na podstawie czyichś osiągnięć, w przypadku Jezusa – dokonanych przez Niego cudów. Pragniemy zobaczyć ‘ważnych ludzi’, bo sami chcemy być ‘ważni’. On sam postrzega siebie i uczniów inaczej: jako ziarno pszenicy, które musi obumrzeć, aby wydać obfity plon. Z niego będzie mąka, a następnie chleb – główny składnik codziennego pożywienia. W obumieraniu ziarna znika to, co zewnętrzne, a pozostaje niewidoczna wewnętrzna siła, przekładająca się na wzrost. Tak właśnie jest z dobrem. Chcemy być ważni, a więc zauważalni i docenieni. Nie bardzo staramy się być dobrzy, bo prawdziwe dobro objawia się wyłącznie w pogardzanej przez nas zwyczajności codziennych obowiązków, w drobnych, nierzucających się w oczy gestach troski i zainteresowania. Tracimy życie w ważności, zyskujemy życie w dobroci.

19 Niedziela Zwykła/A, 09.08.2020 Mt 14,22-33

Wielu ludzi szuka dzisiaj mocnych wrażeń, wyrazistych i wywołujących silne uczucia, także w sferze religii. W kościele więc nie wystarcza nam już słuchanie słowa, potrzebujemy obrazów, teatralnych przedstawień, pozwalających nam doświadczyć takich emocji, w których słowo niestety nie będzie już w ogóle słyszalne. Skąd taka potrzeba? Ze stylu życia, które prowadzimy. Trudne sytuacje, praca, wymagania ze strony innych nas przygniatają, wprowadzając wręcz w stan nieistnienia. I jedynie jakieś gwałtowne przeżycie, może nam przywrócić poczucie, że w ogóle istniejemy. Uczniowie trudząc się wiosłowaniem na morzu, będące ich codziennym zajęciem, odczuwali podobnie. Piotrowi było mało, że usłyszał głos Jezusa, pragnął przeżyć coś nadzwyczajnego. Widział Go, kroczącego po morzu i mającego władzę nad wszelkim żywiołem. Wyobrażał sobie, że idąc do Niego po wodach będzie mógł się poczuć, że nad wszystkim panuje. Jezus pokazał mu jednak, że ten rodzaj boskiej władzy ma swoje źródło w słowie i obecności, a nie w nagiej sile emocjonalnych przeżyć. Gdy zobaczył mocny wiatr, zaczął tonąć. Ale zdołał zawołać: Panie, ratuj mnie. Więź z Jezusem i z innymi nas podtrzymuje, dając radość z bycia razem, a nie to, co rozbudza w nas ekstremalne doznania.

Sobota, 18 tyg. Zw., 08.08.2020 Mt 17,14-20

Już spotkanie Jezusa z kobietą kananejską (Mt 15,21-28) wskazywało, jak ważna jest postawa wiary w relacjach z innymi ludźmi, zwłaszcza najbliższymi. Ale uczniowie nie wyciągnęli z tamtego wydarzenia żadnej nauki. Czyżby dlatego, że są mężczyznami? Jezus pochwalił wiarę kobiety, która uwidoczniła się nie tylko w wytrwałym szukaniu u Niego pomocy, lecz również w próbach zrozumienia, w jakim stopniu ona sama przyczyniła się do stanu swej córki. Ojciec epileptyka widzi, że jego syn bardzo cierpi, wpadając w ekstremalne zachowania (raz w ogień, raz w wodę). Nie dostrzega jednak, że on sam jest częścią problemów swego dziecka. Pewnie się usprawiedliwia: przecież ja wszystko robię, aby mu zapewnić najlepsze warunki życia. Należy do pokolenia ludzi przewrotnych i pozbawionych wiary, gdyż nie potrafi zobaczyć żadnych związków między tym, co się dzieje z jego synem a swoim stosunkiem do niego. I na tym właśnie polega niewiara. Żyjemy od siebie odseparowani, niezdolni do nieustannego korygowania swojego myślenia, uczuć i przekonań w zależności od jak zachowuje się inna osoba. Rodzice idą do psychologa ze sprawiającym kłopoty dzieckiem, on się nim zajmuje, zaleca terapię, a oni pozostają w błogim przekonaniu, że jego postępowanie jest całkowicie niezależne od ich postawy wobec niego. Jezus angażuje się w relację z chłopcem, kiedy mówi, ‘Przyprowadźcie Mi go tutaj’. I bierze za niego odpowiedzialność, co sprawia, że zostaje on uzdrowiony. Uczniowie mogli wcześniej to uczynić, ale mieli mniejszą wiarę niż maleńkie ziarnko gorczycy. Chyba tak jak w przypadku kobiety kananejskiej nie chcieli się za bardzo angażować.

Piątek, 18 tyg. Zw., 07.08.2020 Mt 16,24-28

Piotr protestował, kiedy Jezus zapowiadał swoją mękę. Nie mógł pojąć, że On, Syn Boga, może podlegać ludzkim cierpieniom. Chciał Mu ich oszczędzić, lecz w gruncie rzeczy myślał o sobie. Przede wszystkim, to on nie chciał cierpieć. I Jezus to rozumiał. Nikomu nie kazał szukać cierpienia, bo to cierpiętnictwo i odgrywanie roli ofiary, pozbawionej szacunku do siebie. Ale też był przekonany, że przed cierpieniem, które przychodzi jako nieuniknione, nie powinno się uciekać, bo poniesie się jeszcze większe szkody. W tej ucieczce, w pogoni za tym, co zakryje wewnętrzną mękę i da tylko pozorną, krótkotrwałą ulgę, można zatracić samego siebie. Jezus nie szukał cierpienia, ale też od niego nie uciekał. Nie unikał trudnych spraw ani niewygodnych spotkań, stawał twarzą w twarz ze swoimi przeciwnikami, bo czuł obecność Tego, który był z Nim i Go prowadził. Utorował nam drogę, aby każdy ze swoim cierpieniem mógł za Nim iść. Czy to możliwe? Ciągle przecież wolimy oszukiwać siebie i wmawiać sobie, że nic się nie stało, że nic nas nie boli i wszystko jest w porządku. Pragniemy za wszelką cenę uratować się i pozostać w stanie nienaruszonym, bo myślimy, że nikt nie stanie przy nas w sytuacjach konfrontacji z prawdą. Jeśli jednak zdobędziemy się na odwagę, aby wyrzec się własnych rozwiązań, usłyszymy Jego słowo i poczujemy moc Jego obecności.

Czwartek, 18 tyg. Zw., 06.08.2020 Mt 17,1-9 Święto Przemienienia Pańskiego

Wcześniej Piotr wyznał, że Jezus jest obiecanym Mesjaszem, Synem Boga. Chyba przyszło mu to dość łatwo, oglądając tak wiele cudów, których On dokonywał. Kiedy jednak Jezus zaczął mówić o swojej śmierci, czekającej Go w Jerozolimie, Piotr ostro zaprotestował. Cuda, objawiające moc Jezusa, tak. Cierpienie, odsłaniające kruchość Jego człowieczeństwa, nie! Usłyszał wtedy: Szatanie, twoje myślenie nie pochodzi od Boga, ale jest aż nadto ludzkie. Od tego skarcenia upłynęło sześć dni. Piotr musiał je w sobie długo trawić, a Jezus go obserwował, czy się na Niego obrazi i odejdzie, czy też przyjmie upokorzenie, pozostając na drodze za Nim. Nie odszedł, pozostał. To kluczowy moment w budowaniu więzi z innymi i tworzeniu trwałej wspólnoty. Łatwo jest bowiem być z kimś w jego sukcesach, dzieląc jego radości. O wiele trudniej wytrwać w jego porażkach, cierpiąc razem z nim. Piotr myślał, że Jezus odsunął go na ostatnie miejsce wśród uczniów, choć w odpowiedzi na jego wyznanie wiary, nazwał go skałą, na której zbuduje nową wspólnotę. Musiał się zdziwić, że wybrał On jego oraz Jakuba i Jana, zabierając ich ze sobą na górę. Czego mieli tam doświadczyć? Piotr skarcony przez Jezusa rozpamiętywał Jego słowa o Jego męce i pewnie zadawał sobie pytanie, dlaczego On, Syn Boga musi ją wycierpieć? Przecież w cierpieniu nie może być nic dobrego. A może jednak zawiera się w nim jakaś nauka, zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się ono w konfrontacji z wydarzeniami, które nas przerastają, których nie możemy ogarnąć ani zrozumieć? Dlatego ujrzeli Go przemienionego, w blasku słońca. W Jego osobie, poddającej się cierpieniu, zostało im objawione światło płynącej z niej nauki. Nie mogli więc nie usłyszeć głosu z wysoka: To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie. Gdy włączamy się w cierpienie innych, tworzymy wówczas najgłębszą więź, która jest źródłem miłości, jednoczącej Ojca i Syna.

Środa, 18 tyg. Zw., 04.08.2020 Mt 15,21-28

Kiedy kobieta kananejska, a więc poganka, zaczęła krzyczeć w stronę Jezusa: Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida, prosząc Go za swoją ciężko nękaną przez złego ducha córką, uczniowie musieli poczuć się nieswojo, zwłaszcza, że nie zareagował On w ogóle na jej krzyki. Dla nich jest ona problemem, który powinien On rozwiązać. Dlatego podchodzą do Niego z prośbą: daj jej, co chce i odeślij ją, bo robi wokół nas zamieszanie. Jeśli ktoś swoim zachowaniem za bardzo zwraca na siebie uwagę, bo coś mu dolega, chcemy mu nie tyle pomóc, ile go po prostu uspokoić. Taktyka stosowana zwykle przez rodziców wobec niesfornych dzieci. Ale Jezus całą sytuację widzi inaczej. Nie przyszedł po to, aby rozwiązywać czyjeś problemy, które ktoś ma ze swoimi bliskimi. Został posłany do tych, którzy poginęli z domu Izraela. Kobieta wie, że jej krzyki nie zrobiły wrażenia na Jezusie, upadła więc przed Nim (choć wcześniej krzyczała za Nim) i zaczęła usilnie Go błagać: pomóż mi. A więc córka ciągle jeszcze jest jej problemem. Nie potrafi powiedzieć: pomóż mojej córce. Jezus pozostaje niewzruszony i opowiada jej krótką przypowieść: nie jest dobrze zabierać chleb dzieciom i rzucać szczeniętom. Mówi jej o domu izraelskim, wewnątrz którego są dzieci, a pieski trzymane są na zewnątrz. Kobieta zrozumiała, że w oczach Jezusa ona traktuje swoją córkę jakby była na zewnątrz: widzi wyłącznie sprawiające jej kłopot zachowanie, a nie dostrzega w niej odrębnej osoby, która potrzebuje jej wewnętrznej bliskości (jak przy stole). Odpowiadając Mu, że i szczenięta jedzą okruchy spadające ze stołu ich panów, zapragnęła znaleźć się w rodzinie Jezusa, którą tworzy wspólnota Jego uczniów. Przeszła zatem całą drogę wiary, wymaganą do uzdrowienia jej córki. Teraz usłyszała: niech ci się stanie, jak chcesz. Jest ono inne od tego, wykrzyczanego na początku, bo obejmuje pragnienie wzrastania razem ze swoim dzieckiem.

Wtorek, 18 tyg. Zw., 04.08.2020 Mt 15,1-2.10-14

Faryzeusze przestrzegali skrupulatnie mycia rąk przed jedzeniem, nie tylko ze względów higienicznych, co było wskazane, ale także z powodu swoich przekonań, aby się oczyścić z wszelkich kontaktów z ludźmi, którzy nie byli jak oni prawdziwymi, bo przestrzegającymi prawa Żydami. Za przymusem mycia rąk kryło się obrzydzenie do ludzi innych niż oni. Jezus zwracając się do tłumów, czyli do wszystkich, podaje jeszcze głębszą przyczynę podziałów. Przechodzi z mycia rąk do samego jedzenia, które zakłada wspólnotę stołu. Żydzi, którzy nie jedli mięsa wieprzowego, znajdującego się w diecie pogan, nie mogli zasiąść z nimi do jednego stołu. Bali się, że spożywając wieprzowinę upodobnią się do pogan i ich stylu życia. Nie jest to więc jedynie kwestia smaku. Z lęku przed tymi, którzy się od nas różnią, ustalamy, że coś z ich zachowania jest dla nas dobre (czyste) lub złe (nieczyste). Tworzymy w ten sposób zewnętrzne bariery (strefa wolna od …), pozwalające nam zachować wobec nich dystans. W odpowiedzi na te nasze obawy przed innością, Jezus podaje prostą, choć trudną do przyjęcia zasadę: nie to, co jesz (co przychodzi do ciebie z zewnątrz) czyni cię nieczystym, lecz to, co mówisz (co wychodzi z twego wnętrza, z myśli, z uczuć, z przekonań). Boimy się złego wpływu ze strony innych, ale tylko dlatego, że w nas samych jest za mało dobra i za mało ugruntowanej wiary w jego moc.

Poniedziałek, 18 tyg. Zw., 03.08.2020 Mt 14,22-36

Jezus rzadko pozostawiał uczniów samych, oddalając się na krótko, aby się modlić na osobności. Teraz jednak kazał im wsiąść do łodzi i bez Niego przeprawić się na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy po nakarmieniu ich chlebem. Uczniowie zatem doświadczają podwójnego oddzielenia: od tłumów, które gromadząc się wokół Niego, dawały im poczucie ważności (myśleli: jest nas tak dużo), i od samego Jezusa, przy którym mogli czuć się bezpiecznie. Czemu miałoby służyć to doświadczenie? Wiążąc z tłumem poczucie ważności, nie można odkryć własnej wartości: jestem kimś tylko wtedy, kiedy jestem z innymi. Trzymając się kurczowo czyjeś fizycznej obecności, jak uczniowie w relacji do Jezusa, nie można poznać, ile jest w nas strachu i jak go przezwyciężyć. To trudna próba, ale każdy powinien ją przejść, aby nie budować więzi z innymi w oparciu o zniewalającą wzajemną zależność. Piotrowi prawie się udało. Kiedy poprosił Jezusa, aby kazał mu przyjść do Niego po wodzie, zaufał Jego słowu i szedł, lecz widząc silny wiatr, zaczął tonąć. Przeciwny wiatr był od samego początku, ale prowadziła go moc Jezusowego słowa. Dlaczego zwątpił? Bo w obliczu przeciwności zapomniał o Jego słowie i pomyślał, że są one silniejsze. Na tym polega jego mała wiara. Wystarczyło mu jej tylko na wyjście z łodzi, było jej za mało, aby wytrwać przy Jego słowie. Słuchamy Jego ewangelii w niedzielę i może jeszcze w poniedziałek próbujemy postępować w jej świetle, lecz od wtorku zaczynamy tonąć, poddając się naszym codziennym lękom i zniechęceniu.

 18 Niedziela Zwykła/A, 02.08.2020 Mt 14,13-21

Kiedy Jezus usłyszał o śmierci Jana, odpłynął łodzią i udał się na miejsce pustynne, osobno, bez tłumów. Czyżby bał się o swoje życie? Raczej nie. Przez swoje odejście chciał wyrazić swoje zdystansowanie od Heroda i jego królewskiej uczty, podczas której ścięto głowę Jana. Odsunął się nie tylko ze względu na swoich uczniów, troszcząc się o ich bezpieczeństwo, ale również tłumów, które będą Go szukały, a dla których będzie dostępny tam, gdzie nie sięga władza króla. Urodzinowe przyjęcie Heroda było ucztą śmierci, na której jako danie specjalne obok innych potraw, podano na misie głowę Jana. Szokujący obraz! Ale prawdziwy. Pokazuje to, czego zazwyczaj nie widzimy. Pod powierzchnią gestów dobroci i życzliwości toczy się inna gra - ukrytych interesów i pragnień, których skutkiem jest niszczenie czyjegoś życia. Jezus na pustyni wyprawia inną ucztę niż król. Tamta była ucztą śmierci, Jego jest ucztą miłości, dającą życie. Możemy i my wziąć w niej udział. Oczywiście, potrzeby innych są zawsze większe od tego, co mamy i co możemy im dać. Dlatego najpierw trzeba zaufać Jego słowu, bez strachu, że nam zabraknie, i zacząć po prostu dawać. A wtedy wszyscy, dający i przyjmujący poczują się obdarowani. Bo prawdziwe dawanie objawia się przez nadmiar i jest cudem działania Boga. Przez udział w niedzielnej eucharystii uczymy się doświadczać tego cudu w naszych codziennych spotkaniach z bliźnimi.

Sobota, 17 tyg. Zw., 01.08.2020 Mt 14,1-12

Nie tylko galilejscy wieśniacy z Nazaretu nie uwierzyli w Jezusa, także ludzie należący do elit, związani z dworem króla Heroda też mieli z Nim problem. Ale ten pojawił się już wcześniej w odniesieniu do osoby Jana Chrzciciela. Jeśli Herod źle potraktował Jana, wtrącając go najpierw do więzienia, a potem wydając na niego wyrok śmierci, to choć wykazywał żywe zainteresowanie Jezusem i Jego działalnością, nie mógł nagle uznać w Nim proroka posłanego przez Boga. Czyż mógłby stać Jego uczniem, bez głębokiego nawrócenia, obejmującego również wyrzeczenie się władzy królewskiej na mocy, której zabił Jana i bez wyznania swojej winy? Raczej nie. Nam też się wydaje, że jest możliwe, aby jednych ludzi traktować źle, a innym okazywać szczerą i prawdziwą życzliwość. Jeśli komuś wyrządziłeś krzywdę, to zło w niej zawarte rzuca złowrogi cień na dobro wobec kogoś innego. Jeśli żołnierz na wojnie zabije swego wroga, to skutki tego czynu odczuje jego rodzina po powrocie do domu. Człowiek jest jednością i wszystko w nim funkcjonuje jak w naczyniach połączonych. Gdy córka Herodiady zażądała głowy Jana jako wypełnienie złożonej jej przysięgi, król posmutniał. Czyżby to było uczucie zwiastujące jego nawrócenie? Ależ nie, jego smutek nie jest prawdziwy. Herodowi tylko się zdaje, że nie chce zabić Jana, lecz musi, bo zewnętrzne okoliczności wywierają na niego presję. Swoim smutkiem stara się usprawiedliwić swój czyn i przekonać siebie samego oraz innych, że mimo zamordowania Jana, pozostaje dobrym człowiekiem. Tak oto ‘dobrzy’ ludzie popełniają potworne zbrodnie.

Piątek, 17 tyg. Zw., 31.07.2020 Mt 13,54-58

W porównaniu do wykształconych w prawie i zachowujących go Judejczyków, mieszkańców Galilei uważano za wieśniaków. Jezus jako syn cieśli i wychowany w Nazarecie też był wieśniakiem. Ale nie miał w sobie pogardy do swego pochodzenia, gdyż wcale go nie ukrywał i nie wstydził się go, nie miał więc też pogardy dla mieszkańców Galilei, gdzie rozpoczął swoją działalność. Jednak nie myślał ani nie zachowywał się jak wieśniak. Ludzie o mentalności wieśniaków nie mogą znieść spośród siebie kogoś, kto się wyróżnia, ma jakiś talent, czymś się odznacza. Będą z niego szydzić, wyśmiewać, a w końcu go odrzucą. Choć uznali mądrość Jezusa i moc Jego cudów, nie potrafili przyjąć Jego nauki jako wskazówki dla swego życia: On, syn cieśli, którego rodzinę dobrze znamy, miałby nas pouczać i wywyższać się nad nami? Za taką postawą kryje się w istocie pogarda do samych siebie, maskowana fałszywym poczuciem dumy. Mieszkańcy Nazaretu byli dumni, że są Galilejczykami, a powinni poczuć się obdarzeni niezwykłą łaską, że mogą słuchać tak mądrych rzeczy od Niego i pod wpływem Jego nauki zmieniać swoje postępowanie. Woleli Go odrzucić niż przyznać, że ich życie nie jest wcale takie wspaniałe. A przecież sam Jezus, udając się nad Jordan do Jana, aby przyjąć od niego chrzest nawrócenia, opuścił Nazaret właśnie po to, aby wyzwolić się ze stereotypowego myślenia swoich współrodaków. Powrócił do swej małej ojczyzny już jako ktoś zupełnie inny, z odmienną wizją Boga i wspólnoty. Przyszedł do nich jako prorok, aby podzielić się z nimi swoim doświadczeniem, ale oni zamknięci w swoim małym świecie nie chcieli uznać w Nim kogoś, kto przychodzi od Boga. W każdym z nas jest trochę z galilejskiego wieśniaka. Nie trzeba się za to obrażać. Raczej dostrzec jego rysy w swoim patrzeniu na siebie i ludzi, i pozwolić, aby Jezus mocą swojej ewangelii wyzwalał nas z jego myślowych schematów.

Czwartek, 17 tyg. Zw., 30.07.2020 Mt 13,47-53

Dlaczego Jezus porównuje królestwo Boże do sieci wrzuconej w morze i zgarniającej wszystkie rodzaje istot, które do niej wpadają? Bo według Niego właśnie w taki sposób działa Bóg: zaginionych szuka, rozproszonych zbiera i gromadzi. Kieruje się miłosierdziem, odkładając na koniec sąd, w którym oddzieli złych od sprawiedliwych. Pierwszym gestem, którego potrzebuje każdy, niezależnie kim jest i co przeżył, jest gest dobroci. Sieć wyraża Jego wszechogarniające współczucie, w którym mogą odnaleźć się wszyscy ze swoimi różnymi historiami, bez oceniania i potępiania. Oczywiście, Jezus spotykał się z ludźmi, którzy nie przyjmowali głoszonej przez Niego bliskości Boga, pozostając niedostępni dla Jego słowa. Stawał wtedy przed pokusą, aby współczucie zamienić na gniew. Ale wiedział, że sieć miłosierdzia została już wrzucona w morze narodów i nie można jej przed czasem wyciągnąć, trzeba czekać aż cała się napełni. Dzisiaj też nie jest pełna, nie nadszedł więc jeszcze moment oddzielania dobrych od złych. Wielu nie doświadczyło nigdy bezwarunkowego gestu dobroci, zdolnego ustanowić jakiś nowy początek w ich życiu. Skazywanie ich już teraz na odrzucenie i potępienie byłoby przekreśleniem Jego misji, którą objawił w swojej ewangelii.

Środa, 17 tyg. Zw., 29.07.2020 Łk 10,38-42 Wspomnienie św. Marty

Jezus wraz z uczniami odbywał swoją podróż do Jerozolimy. W czasie drogi wyjaśniał im najważniejsze rzeczy dotyczące Jego wizji życia, którą chciał się z nimi podzielić. Nie robił tego w długich przemowach, lecz przy okazji znaczących wydarzeń, mających miejsce podczas ich wędrówki. Jednym z nich był pobyt w domu Marty, która chciała ich jak najlepiej ugościć przygotowując dla nich ucztę. Jezus rozmawiał z uczniami, a Maria, jej młodsza siostra, usiadła u Jego stóp i słuchała tego, co mówił. Marta zestresowana ilością pracy, której wymagał posiłek dla tak wielu osób, w końcu nie wytrzymała i stanęła przed Nim, wylewając na Niego swoje żale: Panie, nic Cię to nie obchodzi, że moja siostra zostawiła mnie samą w posługiwaniu, powiedz jej, żeby mi pomogła. Marta myśli, że najważniejsze w jej życiu to usługiwanie, teraz Jezusowi i uczniom (mężczyznom). W tej pokornej i cichej służbie cała jej wartość. A jednak nie taka pokorna ani cicha, gdyż wewnątrz aż się w niej gotuje od rozgoryczenia i pretensji. Czuje się pominięta i niezauważona, nikt też nie docenia jej poświęcenia i całkowitego oddania. Jezus powinien się zawstydzić i ją przeprosić, każąc Marii jej pomóc. Ale ani się nie zawstydził ani jej nie przeprosił. Dlaczego? Bo widzi kobiety w innej roli niż ‘ciche i pokorne’ służebnice usługujące mężczyznom. Mężczyźni słuchają Go, rozmawiają i dyskutują z Nim, a kobiety są powołane, aby ich obsługiwać? Nie. Maria wybrała właściwszą rolę, stała się Jego uczniem na równi z mężczyznami. Oni zaś byli chyba zszokowani, że Jezus wychwalając Marię przełamał funkcjonujące od zawsze społeczne stereotypy dotyczące miejsca kobiet we wspólnocie.

Wtorek, 17 tyg. Zw., 28.07.2020 Mt 13,36-43

Kiedy Jezus opowiedział przypowieść o pszenicy i chwaście, opuścił tłumy i wszedł do domu. Dopiero tutaj uczniowie poprosili o jej wyjaśnienie. Dlaczego Jezus do tłumów mówi w przypowieściach i wyjaśnia je tylko uczniom, na osobności? W postawie ludzi tworzących tłum musi być coś nie tak. To typ mentalności odporny na argumenty, kierujący się zasłyszanymi opiniami, niezdolny do wyrobienia sobie własnego zdania. Do niego zaś dochodzą jedynie ci, którzy chcą zrozumieć. Ludzie o mentalności tłumu nie chcą, bo to wymagałoby od nich zbyt dużego wysiłku, łatwiej przecież przyjąć i postępować zgodnie z poglądami większości. Jezus wchodząc do domu, oddzielił uczniów od tłumu i jego sposobów myślenia. Uczynił tak dlatego, gdyż wyjaśnienie przypowieści będzie dotykać uczuć mocno zakorzenionych w relacjach rodzinnych, które ze względu na swoją długą historię bardzo trudno zmienić. I wtedy usłyszał od nich prośbę o wyjaśnienie przypowieści o chwaście na polu. Pominęli zasianą na nim pszenicę a skupili się wyłącznie na chwaście. Istnienie dobra jest chyba tak oczywiste, że w ogóle nie rzuca się w oczy, to zło kłuje i skupia całą uwagę, osadza się od dzieciństwa w szczególnego rodzaju emocji. Pomijamy dobro i widzimy tylko zło, gdyż odczuwamy głęboko lęk, że ono zwycięży i że jego zwycięstwo będzie ostateczne. Nie mamy teraz żadnych dowodów, że tak się nie stanie, prócz powtarzającego się co roku zjawiska, iż pszenica mimo obecnego wśród niej chwastu, rośnie i dojrzewa aż do żniwa, wydając obfite plony. Możemy wyłącznie zaufać słowu Jezusa, że na końcu będzie podobnie: zło zostanie zebrane i wrzucone w ogień, a sprawiedliwi będą jaśnieć jak słońce w królestwie swego Ojca. Nie lękaj  się więc zła i nie próbuj z nim walczyć stosując przemoc, zaufaj w moc dobra.

Poniedziałek, 17 tyg. Zw., 27.07.2020 Mt 13,31-35

Z reguły nie przywiązujemy wagi do tego, co małe i niezauważalne, naszą uwagę zatrzymuje raczej to, co wielkie i rzucające się w oczy. Może dlatego niewiele zmienia się w naszym życiu, bo ciągle spodziewamy się czegoś, co rzuciłoby nas na kolana. I tak mija dzień za dniem a z nami nic się nie dzieje. Natomiast Jezus przekonuje w swoich przypowieściach, że prawdziwe zmiany w człowieku mają zawsze skromne początki. Ktoś pewnie chciałby, żeby dokonały się one w miarę szybko i objęły dość dużo. Ale to tak nie działa. Nie dostrzegamy bowiem, że nasze życie jest splecione z historiami innych i w każdej relacji zderzają się ze sobą nasze własne potrzeby i motywy z intencjami i działaniami drugiego. Ale kiedy nawet ktoś zacznie od małych rzeczy, lecz przez dłuższy czas nie widzi żadnych istotnych zmian, wtedy może się całkowicie zniechęcić i powiedzieć sobie: to nie był dobry pomysł, muszę jednak wziąć sprawy w swoje ręce. Taka postawa wyraża ludzką pychę, która jak mówi Jeremiasz (Jr 13,8-11) kroczy przed nieuchronnym upadkiem. Jeśli chcesz na trwałe zmienić swoje nastawienie do siebie samego, innych ludzi i do tego, co cię spotyka, spróbuj zaufać Bogu i nie zniechęcaj się, bo właśnie w małym i niepozornym działa Bóg a nie my sami.

17 Niedziela Zwykła/A, 26.07.2020 Mt 13,44-52

Mamy w sobie większą skłonność do wykluczania innych niż do włączania ich w jakieś relacje z nami. Niełatwo jest więc słuchać przypowieści Jezusa, w której przyrównuje On królestwo niebieskie do sieci zagarniającej wszelkiego rodzaju stworzenia morskie. Podczas połowu żaden rybak nie jest w stanie ocenić, jakie ryby lub inne istoty, znajdą się w jego sieci. Wrzucona w morze zgarnia wszystko. Dopiero po wyciągnięciu jej na brzeg odbywa się sortowanie tego, co zostało złowione. Nie możemy sobie wyobrazić sytuacji, w której rybacy, nurkując próbują oddzielić dobre ryby od złych podczas trwającego połowu, gdy sieć jest jeszcze w morzu. To po prostu niemożliwe. Ale my właśnie tak robimy. Już teraz, choć jeszcze nie nastąpił koniec i dzieje świata toczą się dalej dzielimy ludzi, choć nie wiemy, którzy z nich ostatecznie okażą się dobrzy a którzy źli, bo takie rozstrzygnięcie możliwe jest dopiero na końcu. W kim najmocniej przejawia się chęć wykluczania innych ze wspólnego życia i wspólnej przyszłości? W tych, którzy uważają się za sprawiedliwych i przypisują sobie prawo do oceny, kto jest dobry a kto zły. Jednak takiego osądu może dokonać tylko Bóg i to na końcu. Teraz żyjemy przed końcem, w czasie cierpliwego i wytrwałego przygarniania wszystkich, bez obrażania się na tych, którzy wyrządzili nam jakąś przykrość i patrzenia z niechęcią na inaczej myślących, całkowicie od nas różnych i nie zgadzających się z nami. Takiej postawy uczy Jezus, którego ewangelia o królestwie Boga jest siecią zagarniającą wszystkich.

Sobota, 16 tyg. Zw., 25.07.2020 Mt 20,20-28 Świętego Jakuba, Apostoła 

Niektórym kobietom wydaje się, że mogą całkowicie zabezpieczyć przyszłość swoich dzieci. Tak myślała matka Jakuba i Jana, którzy nie są wymienieni z imienia, lecz nazwani są synami Zebedeusza. W tym określeniu kryje się władza i dominacja ojca nad swymi synami. Ich matka musiała chyba dostrzegać, jak wiele ich kosztowało nieustanne podporządkowywanie się swemu ojcu. W relacjach rodzice - dzieci zawsze występuje mniejsza lub większa niesymetryczność i dysproporcja w stosunkach władzy. Rodzice mogą zrobić wszystko ze swoimi dziećmi, zwłaszcza małymi, dzieci mogą niewiele, choć szukają różnych sposobów, aby uratować odrobinę własnej niezależności, próbując się buntować przeciw takiemu przedmiotowemu traktowaniu. Matka Jakuba i Jana wyobraża sobie, że ich poddaństwo ojcu, najlepiej zrekompensować wysoką pozycją w hierarchii władzy, jaką Jezus będzie miał w swoim królestwie. Tylko, że Jezus nie myśli o sobie, że posiada jakąś władzę, nie potrzebuje jej, gdyż jest w bliskiej więzi ze swoim Ojcem. Nie przeżywa jej jako zniewolenia, raczej bezgranicznie Mu ufa, powierzając swój los w perspektywie zbliżającej się śmierci w Jego ręce. Pragnienie zabezpieczenia przyszłości swoich dzieci może więc zawierać także chęć podporządkowania ich sobie i całkowitej kontroli nad ich życiem. Każdy rodzic powinien pamiętać, że był także dzieckiem, a jako dorosły zamiast odgrywać rolę absolutnego władcy nad swoimi dziećmi, siebie samego i swoją rodzinę powierzać Ojcowskiej trosce Boga. 

Piątek, 16 tyg. Zw., 24.07.2020 Mt 13,18-23

Bez słuchania ze zrozumieniem nie potrafimy zmieniać naszych relacji z innymi i je pogłębiać. Nieustannie do siebie mówimy, ale ze wzajemnym słuchaniem jest różnie. Jezus wymienia cztery jego rodzaje. O tym, czy któreś przyniesie owoc w postaci zrozumienia, budującego bliskie więzi, decyduje czas. Pierwszy rodzaj porównuje On do ziarna posianego na drodze. Jesteś w trakcie robienia czegoś. Słuchasz nie przerywając swego zajęcia, lecz nic nie rozumiesz, bo jesteś pochłonięty tym, czym się zajmujesz i nawet nie zwróciłeś uwagi na tego, kto do ciebie mówi, tracąc okazję, aby być z nim blisko. Drugi to słuchanie, w którym czyjeś słowa przyjmujesz z życzliwym nastawieniem, gdyż wydaje ci się, że wszystko rozumiesz. To przedwczesna radość, która trwa krótko. Słowo innego przychodzi zawsze jako obce. Nie można go od razu zrozumieć, bo ten, kto mówi, zwraca się do ciebie z głębi własnej sytuacji, odmiennej od twojej. Gdy przychodzą trudności albo czymś cię zrani, odsuwasz się od niego. Myślisz: chciałem go zrozumieć, ale on tego nie przyjął. Z trzecim rodzajem słuchania jest jeszcze gorzej. Udajemy przed sobą, że słuchamy i staramy się zrozumieć, a przecież pochłaniają nas sprawy związane z naszymi codziennymi troskami i zarabianiem pieniędzy. Usprawiedliwiamy się: przecież nikt nie wykona za mnie moich obowiązków, nie mogę teraz usiąść i porozmawiać z tobą, gdyż mam ważniejsze rzeczy do zrobienia. Drugi ze swoimi sprawami, które chciałby nam powierzyć nigdy nie znajdzie w nas gotowości, aby go do końca i z przejęciem wysłuchać. Wreszcie słuchanie, które jest jedyną czynnością, które zajmuje wszystkie nasze myśli i uczucia, którego nic nie rozprasza, ani wewnątrz nas ani na zewnątrz. Tak słucha się innego tylko wtedy, gdy ma się nad sobą Boga.

Czwartek, 16 tyg. Zw., 23.07.2020 Świętej Brygidy, patronki Europy

Robimy wiele dobrych rzeczy w życiu, zwłaszcza wobec naszych najbliższych, ale też wobec innych, których spotykamy przypadkowo. Co wtedy dzieje się z naszym myśleniem? Zamienia się w przekonanie: zrobiłem coś dobrego i nikt nie powinien tego kwestionować. Utwierdzając się w takim myśleniu nie zauważymy, że ci, dla których byliśmy tacy dobrzy, w pewnym momencie nie chcą już naszej dobroci i zaczynają się od nas oddalać. Dlaczego? Jezus był dobrym obserwatorem ludzkich zachowań. Przedstawia nasze relacje z innymi w obrazie winnego krzewu. Gałązki nieprzynoszące owoców się odcina, ale te przynoszące owoc nie zostawia się bez zmiany, przycina się je, aby przynosiły więcej owoców, w przciwnym razie zdziczeją. Dobre czyny nie wystarczą. Po jakimś czasie wynaturzają się. Wszystkie więc, nawet te w naszym odczuciu najbardziej nieskalane, trzeba oczyszczać. Z czego? Z ukrytych motywów, które im często towarzyszą, z prób manipulowania drugim za pomocą pozornego dobra, z niewinnych kłamstewek, również z oczekiwania na wdzięczność i z wszelkich rozczarowań, że nie zostaliśmy docenieni. Co nas oczyszcza? Jego słowo. Dlatego bez Niego nie można przynosić owoców. Ostatecznie bowiem to Bóg ocenia naszą postawę i nasze czyny, a dokonuje tego również przez tych, którzy są ich odbiorcami. Bardzo trudno przejść od powiedzenia ‘chciałem dobrze, starałem się jak najlepiej’, do pokornego wysłuchania i przyjęcia czyjejś uwagi 'co z tego, że chciałeś dobrze, jeśli ja czuję się zraniony, wykorzystany, pominięty'. Można odpowiedzieć: ‘to twój problem’, i odciąć gałązkę, która nam nie pasuje, lecz to nie będzie Bóg, który ją odcina. I będziesz tak odcinał wszystkich odrzucających ‘twoją dobroć’ aż zostaniesz sam z tym swoim ‘nieskazitelnym dobrem’, które według ciebie nie potrzebuje żadnego oczyszczenia.

Środa, 16 tyg. Zw., 22.07.2020 J 20,1.11-18 Święto Marii Magdaleny

Maria Magdalena przychodząc do grobu Jezusa nie spodziewała się, że zobaczy odsunięty od niego kamień. Jeszcze nie wie, co o tym myśleć. Podejrzewa, że ktoś musiał zabrać Jego ciało, ale z wnętrza pustego grobu słyszy pytanie: Kobieto, jaki jest powód twoich łez? Grób to znak zamkniętej przeszłości, lecz jej przeszłość z Jezusem okazuje się otwarta, bo mówi: Zabrano Pana mego. A więc ciągle do Niego należy, choć Go nie widzi i wydaje jej się, że Go nie ma. Wtedy następuje jej pierwsze nawrócenie: odwraca się za siebie i dostrzega Jezusa stojącego. Nie może Go rozpoznać, gdyż spodziewała się Go położonego w grobie, a On stoi przed nią. Kolejny raz, tym razem od Niego, słyszy: Kobieto, dlaczego płaczesz, kogo szukasz? Jezus wie, że nie szuka ona Jego ciała, lecz Jego osoby, z którą związała się nierozerwalną więzią. Dlatego teraz już zwraca się do niej po imieniu: Mario. Ona na dźwięk swego imienia odwraca się do Tego, który do niej mówi i wyznaje: Rabbuni, Nauczycielu. To jej drugie nawrócenie: od tej chwili będzie się uczyć rozpoznawać Jego głos we wszystkich wydarzeniach swego życia. Jako Nauczyciel otworzy On przed nią całą jej przeszłość: prześwietli światłem swego słowa to, czego się w niej bała, do czego nie chciała wracać, czego nie rozumiała. Uzdolni ją także do przyjęcia przyszłości: nie będzie się bała tego, co nowe i nieznane. Przecież nieznajomemu ogrodnikowi, o którym nie wiedziała, że to Jezus, wyznała szczerze to, co przeżywała. Odtąd w głosach nieznajomych będzie umiała rozpoznać Jego głos i Jego naukę. Z tego względu Maria Magdalena została nazwana apostołką apostołów. Bez niej byłoby im trudno albo wcale dojść do wiary w zmartwychwstałego Jezusa.

Wtorek, 16 tyg. Zw., 21.07.2020 Mt 12,46-50

Matka Jezusa i Jego bracia przyszli do Niego, aby z Nim porozmawiać. Nie przyszli, aby Go posłuchać. Stoją na zewnątrz i chcą, aby przerwał swoje mówienie do tłumów i opuścił tych, którzy Go słuchają. Nie chcą wejść w grono Jego słuchaczy, chcą, aby On przyszedł do nich i z nimi porozmawiał. Chcą wszystkim pokazać, że są Jego rodziną i jak muszą być ważni, mając takiego syna i brata. Wtedy wkracza ktoś ze słuchających. Zauważył ich stojących na zewnątrz i on też chce podnieść swoją wartość, przyprowadzając Go do nich. Pomyślał bowiem, że przerwie On swoją mowę i uda się razem z nim do swoich bliskich. Ale Jezus odpowiedział mu z irytacją w głosie: Któż jest moją matką i moimi braćmi? I wskazując na swoich uczniów, ogłosił: Oto moja matka i bracia. Oni są Jego nową rodziną. Zastępuje więc naturalne więzy rodzinne więzami rodzącymi się ze słuchania. Maryja zrozumiała, że jej rola matki się skończyła i ma stać się Jego uczniem. Wszystkie nasze relacje rodzinne, w których traktujemy siebie zgodnie z powszechnie przyjętymi rolami rodzica, dziecka, rodzeństwa trzeba zacząć od nowa. Uwięzieni w stereotypowych zachowaniach pozostajemy wobec siebie na zewnątrz, wykorzystując drugiego do odreagowania swoich kompleksów. Dla Jezusa nowe więzi oparte są na słuchaniu: nie przerywaj, gdy ktoś mówi, sądząc, że ty masz mu coś ważniejszego do powiedzenia, bo jesteś jego matką, ojcem, bratem czy siostrą albo inną bardzo ważną osobą. Słuchaj uważnie, w skupieniu i czerp z mądrości tego, co słyszysz, a wtedy poczujesz jego bliskość.

Poniedziałek, 16 tyg. Zw., 20.07.2020 Mt 12,38-42

Ludzie nazywają Jezusa Nauczycielem, powinni więc słuchać Jego nauk. Tymczasem przychodzą do Niego tylko po to, że spodziewają się zobaczyć jakieś cuda. Te dwie postawy, widzieć czy słuchać odnoszą się nie tylko do religii, lecz określają także dwa sposoby życia. Na pewno łatwiej jest patrzeć, fascynować się tym, co się widzi, rejestrować w pamięci lub w urządzeniach widoki, obrazy, sceny, a potem je oglądać. Patrzenie wyprowadza nas na zewnątrz, daleko od siebie, dlatego jest tak kuszące i uzależniające. Ze słuchaniem jest trudniej. Słowo, które słyszysz lub czytasz, każe ci wrócić do siebie, prowadzi cię w głąb, odsłaniając twoje wewnętrzne intencje i motywy zachowań. Nie widzisz ich oczyma, ale możesz się im przypatrywać okiem wyobraźni i analizować. Nie nasycisz się patrzeniem, gdyż będzie cię ono coraz bardziej oddalać od samego siebie, tam, gdzie ostatecznie całkowicie się zatracisz. Przez uważne słuchanie możesz nie tylko wrócić do siebie, ale gdy przyjmiesz, że to, co słyszysz pochodzi od Boga, to usłyszane słowo, dokona twojej przemiany. Jakiej? Przybliży cię do tych, których w skupieniu i z wysiłkiem zrozumienia słuchałeś.

16 Niedziela Zwykła/A, 19.07.2020 Mt 13,24-43

Każdy rolnik chciałby mieć pole czystej pszenicy bez jednego chwastu. Każdy z nas również chce tylko dobra i w tych dobrych chęciach trudno mu znieść zło w zachowaniu innych, szczególnie tych, z którymi jest jakoś związany w rodzinie lub w pracy i którzy mogą mieć wpływ na jego życie. Czujemy, że lepiej by nam było bez nich, w najlepszym przypadku oczekujemy, że wreszcie się zmienią. Problem z dobrymi ludźmi, a raczej z ich dobrymi chęciami polega na tym, że w ogóle nie potrafią żyć z tymi, w których zachowaniu dostrzegają raniące ich słowa lub czyny. Złudne jest myślenie, że gdyby nie źli, oni – dobrzy mogliby zajaśnieć takim blaskiem jak słońce. Ale to nieprawda, szybko by się okazało, że ich dobro jest ciemne jak noc. Innej postawy uczy nas Jezus w swoich przypowieściach. W byciu dobrym nie chodzi o usuwanie zła z innych, potrzeba raczej wielkiej pokory, aby nie uważać postępujących źle za gorszych od siebie, raczej własne dobro trzeba widzieć jako małe. Ale nawet z najmniejszego ziarna może wyrosnąć wielkie drzewo. Trzeba też mieć nadzieję, że Bóg po występkach daje nawrócenie. Sprawiedliwi więc zajaśnieją jak słońce, na końcu. Przed końcem muszą uczyć się żyć w cieniu tych, którzy dopuszczają się złych zachowań i nie mogą jaśnieć, bo wszyscy jesteśmy wzajemnie odpowiedzialni za siebie i nikt nie może zbawić się sam, kosztem drugiego.

Sobota, 15 tyg. Zw., 18.07.2020 Mt 12,14-21

Jezus odsuwa się od tych, którzy chcą Go zniszczyć, gdyż jest On zagrożeniem dla ich przekonań i sposobu życia. Nie mogą znieść tego, że okazuje On zrozumienie dla ludzkich potrzeb w sytuacjach, w których oni widzą tylko konieczność zachowania prawa. Nie walczy z nimi, nie kłóci się, nie wdaje się w publiczne spory, bo wie, że w przepisach i zakazach, narzucanych innym upatrują oni swoje bezpieczeństwo i sposób postępowania, którego nie zechcą zmienić. Odchodzi tam, gdzie spotka ludzi potrzebujących Jego uzdrowienia, a więc tych, którzy dostrzegając własne problemy i dolegliwości, odkrywają je także w innych. W oczekiwaniu na Jego pomoc stają się sobie bliscy, stając się wspólnotą Jego uczniów. Tamtych, choć zamierzają Go zabić, Jezus pozostawia za sobą, zwraca się natomiast do tych, o których prorok Izajasz mówi, że są podobni do nadłamanej trzciny lub ledwo tlejącego się knotka. To właśnie do nich czuje się posłany, aby wzbudzić w nich nadzieję, którą utracili. Jego zwycięstwo nie będzie więc polegało na pokonaniu swoich przeciwników, na końcu przecież uda im się zrealizować plany zabicia Go. Wygra inaczej – w tych, którzy dzięki mocy Jego słowa odzyskają siebie i zaczną uczyć się nowego życia we wzajemnej otwartości i budowaniu bliskich więzi.

Piątek,15 tyg. Zw., 17.07.2020 Mt 12,1-8

Uczniowie Jezusa, wędrując z Nim obok pola z dojrzałym zbożem, zaczęli zrywać kłosy i jeść wykruszone ziarno. Przypadał wtedy szabat, czyli dzień odpoczynku, w którym nie wolno było wykonywać żadnych prac. Nie potraktowali zrywania kłosów jako zabronionej czynności, po prostu odczuli głód i przechodząc obok zboża mieli sposobność go zaspokoić. Ale zaraz słyszą opinię faryzeuszów, że czynią to, czego nie wolno w dzień szabatu. Musieli się zawstydzić, że nie potrafili powstrzymać się od jedzenia i ofiarować tego Bogu. To byłby przecież wspaniały dar dla Niego jako wyraz uszanowania świętego dnia odpoczynku. Wtedy wtrąca się Jezus. Całą tę sytuację widzi inaczej, z perspektywy tego, co zrobił Dawid, który myślał o swoich głodnych towarzyszach i poprosił w domu Bożym o chleb przeznaczony wyłącznie dla kapłanów. Dla Niego wspólnota ludzi, wykazująca się wzajemną troską w różnych potrzebach jest ważniejsza od świątyni i składanych w niej ofiar. Ci zaś, dla których wyrzeczenie jest największym aktem pobożności wobec Boga, zaczynają w pewnym momencie uważać wszelkie pragnienia za coś, co nie bardzo Mu się podoba albo nawet jest złe. Na spełnianie pragnień, sprawianie sobie przyjemności będą patrzeć złym okiem. Dlatego Jezus zgodnie z cytatem z proroka Ozeasza przeciwstawia miłość i miłosierdzie ofiarom i wyrzeczeniom jako dwom formom podobania się Bogu. Pyta, czego On chce, miłości czy ofiary? Chce miłosierdzia, które wychodzi naprzeciw ludzkim potrzebom. Nie chce ofiary, która jako wyrzeczenie zagłusza pragnienia i nie pozwala ich spełniać, uniemożliwiając rozwinięcie całego potencjału życia, będącego Jego darem.

Czwartek, 15 tyg. Zw., 16.07.2020 Mt 11,28-30

Jezus przywołuje do siebie nie tych, którzy odczuwają ciężary codziennego życia i narzekają, że muszą wypełniać tyle obowiązków a nikt z najbliższych nie chce im pomóc. Ci niestety będą ciągle oskarżać innych za to, że ich życie jest tak ciężkie i nie do uniesienia. Nie przyjdzie im do głowy, że sami nałożyli na siebie takie ciężary. Jeśli ktoś im powie, żeby podzielili się obowiązkami, to oburzeni stwierdzą, że nikt nie jest w stanie ich wyręczyć. Kogo więc Jezus wzywa, obiecując wytchnienie? Ludzi, którzy w pewnej chwili pomyślą: kto mi nałożył na barki te wszystkie ciężary? Sam je sobie włożyłem, w obawie, że jeśli ja ich nie podejmę, nikt się tym nie zajmie. A strach mobilizuje siłę i chęć kontrolowania: beze mnie wszystko się rozpadnie, muszę mieć na tym wszystkim pieczę. Jezus mówi: nie musisz, Bóg jest Panem nieba i ziemi, On jest nad tobą i nad wszelkim twoim działaniem. Zaufaj Mu i ucz się łagodności i pokory w sercu. Nie musisz starać się być zawsze silny, bądź łagodny wobec siebie a siła przyjdzie od Niego; nie zatracaj się w tym, co robisz, obserwuj, co się z tobą dzieje i trzymaj dystans. Ucz się też być pokorny sercem: nie myśl, że tylko ty możesz i potrafisz wykonać pewne rzeczy, nawet jeśli ich nie zrobisz, świat się nie zawali. Zaryzykuj, a wtedy znajdziesz wytchnienie, które obiecuje Jezus. Jego istotą jest szacunek do samego siebie: traktuj siebie jak osobę, której życie ma rozkwitać i przynosić radość spełnienia.

Środa, 15 tyg. Zw., 15.07.2020 Mt 11,25-27

W słowach Jezusa zapowiadającego sąd nad miastami, które odrzuciły Jego wezwanie do nawrócenia można było usłyszeć Jego gniew. Jego uczniowie musieli go również odczuć, spodziewając się rychłego wykonania wyroku. Jednak ku ich zaskoczeniu, Jezus zwraca się do Boga nie po to, aby zesłał karę na tych, którzy nie przyjęli Jego nauki, ale wyznaje w Nim swego Ojca i Pana, mającego władzę nad niebem i ziemią. Dla Jezusa to chwila zatrzymania się i rozpoznania, jaka jest Jego wola i co naprawdę Mu się podoba. Dla uczniów też. Poszli za Nim i obserwowali, jak wielu ludzi gromadzi się wokół Niego, podziwiając Jego cuda, lecz wcale nie zamierzali się do nich przyłączyć. Wielkie tłumy gapiów żądnych sensacji a ich tylko garstka. Dlaczego tak niewielu nawraca się do Niego? Bo ścieżki Boga, które odsłania Jezus są inne niż mądrość świata i zakryte przed tymi, którzy uważają się za wielkich i ważnych. Kiedy ktoś z nas angażuje się w dobro i prawdę, które odkrywa w ewangelii, a inni nie podzielają naszych przekonań i traktują je z obojętnością i lekceważeniem, może i w nas pojawić się podobne rozczarowanie a nawet złość. Wtedy warto sobie przypomnieć, że ostatecznie to Bóg zna ludzkie serca i jedynie On może pociągnąć każdego na drogę prawdziwego życia, które w Nim objawia. Dlaczego Jezus i Jego ewangelia nie pociągają tłumów? Bo w więź łączącą Go z Ojcem wchodzi się zawsze samemu na mocy osobistej decyzji. I tak się dzieje z każdą inną relacją.

Wtorek, 15 tyg. Zw., 14.07.2020 Mt 11,20-24

Nie pociąga nas dobro, które możemy uczynić ani prawda, według której moglibyśmy postępować. Owszem, chcemy, aby inni byli dla nas dobrzy i szczerzy. Ale i nawet takie pragnienie odrzucamy, gdy rodzi się w nas poczucie własnej siły i władzy i gdy nimi karmimy naszą dumę. Nie potrzebujemy wtedy, żeby ktoś był dla nas dobry, gardzimy nim i tym, co chce dla nas zrobić. Czujemy się podobnie jak mieszkańcy Kafarnaum, o których Jezus powiedział: A ty, Kafarnaum, czy aż do nieba masz być wyniesione? Przebywając wśród nich i dokonując tak licznych uzdrowień, okazał im, jak bardzo są ważni dla Boga. Każdy z nas mógł wielokrotnie usłyszeć z różnych ust, że też jest ważny i potrzebny. Niestety, przyjmując to, mogliśmy zacząć myśleć: a więc wszystko ze mną w porządku, nie muszę niczego w sobie zmieniać, mogę chodzić z podniesioną głową w przekonaniu, że to inni błądzą i robią źle. Wobec takiego myślenia, Jezus kieruje ostrzeżenie: sądzisz, że jesteś wywyższony aż do nieba, zejdziesz do otchłani. Więcej, zarzuca mu, że jest gorsze niż grzech Sodomy. Oceniamy niektórych, że zachowują się jak Sodomici, ale oni, gdyby widzieli Jego cuda i słyszeli Jego naukę, to może by się nawrócili, lecz my z naszym zadufaniem i poczuciem wyższości, chyba nie.

Poniedziałek, 15 tyg. Zw., 13.07.2020 Mt 10,34-11,1

Nosimy w sobie głębokie pragnienie życia w zgodzie i harmonii i tego właśnie oczekujemy od innych. Ale Jezus nie daje się uwieść tej idealnej wizji, bo jest ona nieprawdziwa w konfrontacji z naszym postępowaniem. Pragniemy pokoju, a przecież walczymy ze sobą o różne, często błahe sprawy. Walczą nasze uczucia, w których każdy dąży do własnej korzyści, uznania własnej racji, potwierdzenia siebie. Dlatego Jezus ten rodzaj walki zastępuje innym: Nie przyszedłem przynieść pokoju na ziemię, lecz miecz. To miecz Jego słowa, które rozcina i oddziela. Uczucia walczą do upadłego, aby zniszczyć przeciwnika i postawić na swoim. W Jego słowie odbywa się oddzielenie człowieka od jego ojca, córki od matki, synowej od teściowej, a więc w relacjach podporządkowania, w których uczucia są najsilniejsze a kłótnie najbardziej wyniszczające. Jesteś odrębny, pozwól się oddzielić i wziąć całą odpowiedzialność za siebie i swoje postępowanie. Nawet, jeśli w tym procesie oddzielania się od uczuć zależności, spotykasz się z wrogością bliskich, nie rezygnuj, wytrwaj. Słowo, które wkracza jak miecz i rozcina nasze emocjonalne zaplątanie, może stać się fundamentem zdrowych i przejrzystych relacji z najbliższymi w poszanowaniu wolności i wzajemnym rozumieniu.

15 Niedziela Zwykła/A, 12.07.2020 Mt 13,1-23

Uczniowie pytają Jezusa, dlaczego naucza tłumy, opowiadając im przypowieści? A pierwsza z nich to przypowieść o siewcy, który wyszedł siać. Ziarno i słowo są niewidoczne, dlatego ważne jest słuchanie. Stanowi ono podstawę uczenia się. Czego? Nie tyle o świecie, ile o tym, kim jesteśmy dla siebie we wzajemnych relacjach. Nie chodzi w nich o to, żeby się czegoś dowiedzieć, lecz żeby zrozumieć, a rozumiejąc zmieniać się i wzrastać. Kto chce coś tylko wiedzieć, patrzy i słucha z zewnątrz i niczego nie rozumie: wszystko jest przed nim zakryte jak w przypowieści. Kto chce zrozumieć, musi patrzeć i słuchać wewnątrz, a wówczas doświadczy nawrócenia i zostanie uzdrowiony ze swej tępoty. Patrzę, jak dwunastoletni chłopiec ćwiczy na różnych przyrządach znajdujących się na wolnym powietrzu. Przy jednym z nich asekuruje go mama, stoi przy nim i delikatnie obejmuje go ręką. Potem pomaga mu zejść. Oceniam: to jakaś przewrażliwiona na punkcie synusia matka. Jestem na zewnątrz i obserwuję, ale nie widzę i nie słyszę, co dzieje się między nimi. Nagle podchodzi tata. Prowadzi go do drugiego przyrządu i nie odstępuje go na krok. Zaczynam się zastanawiać: dlaczego on tak się zachowuje? Pytanie ‘dlaczego’ jest kluczowe, bo prowadzi do wewnątrz, do środka ich wzajemnych relacji. Na moje szczęście przychodzi olśnienie: a może ten chłopiec jest inny? Patrzę uważniej na jego reakcje. To dziecko dotknięte autyzmem. Widzę, jak jego rodzice starają się, by mógł doświadczyć tych radości, które dostępne są wszystkim dzieciom. Oto owoc patrzenia i słuchania wewnątrz. Ale najpierw chciej słuchać i zrozumieć przypowieści Jezusa, bo one poprowadzą cię do poznania tajemnicu prawdziwego życia. 

Sobota, 14 tyg. Zw., 11.07.2020 Mt 19,27-29 Świętego Benedykta, Patrona Europy

Piotr zwraca się do Jezusa z pytaniem: My opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, co z nami będzie? Opuścić nie oznacza ‘zostawić i odejść’, nie oznacza też ‘nie przywiązywać się’ do niczego i nikogo, zwłaszcza, że przywiązanie do bliskich nam osób stanowi ważną część naszych wzajemnych relacji. Łatwo również powiedzieć, że opuściło się wszystko, nie wymieniając niczego konkretnie. Jezus precyzuje, z czym się wiąże pójście za Nim i jak głęboko zmienia dotychczasowy sposób życia uczniów. Jak traktujemy rzeczy i osoby najpełniej wyraża się w posiadaniu. Posiadać dom, braci, siostry, rodziców, dzieci to mieć nad nimi władzę: kontrolować, dysponować, kierować, manipulować. I wszystko to pod tytułem, że ich bardzo kochamy i dla nich są materialne rzeczy, o które się staramy. Kiedy jednak spotykamy się ze sprzeciwem, odmiennym zdaniem, decyzją nie po naszej myśli, wtedy jeszcze mocniej zaciskamy uchwyt w kłótniach i sporach, bo posiadanie daje nam poczucie bezpieczeństwa. Dla Jezusa opuszczenie w Jego imię oznacza styl życia, w którym zarówno rzeczy jak i osoby, szczególnie te najbliższe, znajdują się nie jako nasza własność, lecz ciągle przychodzą do nas jako Jego dar, w każdym momencie od nowa, poza naszą władzą i przyzwyczajeniem przedmiotowego traktowania.

Piątek, 14 tyg. Zw., 10.07.2020 Mt 10,16-23

W tworzeniu różnych kręgów bycia razem – rodzinnych, przyjacielskich, sąsiedzkich, wreszcie wspólnot religijnych, największą przeszkodą nie są napotykane trudności, rozbieżności interesów czy różnice w poglądach, lecz nasze oczekiwania. Myślimy, że wychodząc do innych z otwartością i gotowością do zrobienia czegoś dobrego powinniśmy zostać przyjęci z podobną życzliwością. Ale Jezus ostrzega swoich uczniów: Oto Ja was posyłam jak owce między wilki. Problem nie znajduje się po stronie innych, reagujących wrogością na naszą dobroć. Chodzi raczej o to, aby spotykając się z czyjąś agresją lub odrzuceniem nie powiedzieć sobie: byłem łagodny i dobry jak baranek, a oto ktoś szczerzy na mnie zęby jak wilk; nie ma sensu być naiwną owieczką, wobec wilków trzeba być wilkiem. Wtedy jednak przestajemy wierzyć, że nad nami jest ktoś Większy i sądzimy, że pozostaliśmy sami, bez żadnej pomocy. Jezus nie skazuje nas na całkowitą bierność. W byciu łagodną owieczką zawiera się mądrość węża i niewinność gołębia. Nie rezygnuj z łagodności i dobroci wobec tych, którzy odpłacają złem lub niezrozumieniem. Szukaj sposobów, aby pozostać wobec nich otwartym i postępować z nimi zawsze uczciwie, nawet gdy oni stosują podstęp, a kiedy będzie to niemożliwe, odejdź, lecz bez uczucia rozżalenia, niechęci czy złości.

Czwartek, 14 tyg. Zw., 09.07.2020 Mt 10,7-15

Jezus podaje swoim uczniom reguły tworzenia wspólnoty w każdym miejscu, w którym będą przebywać z różnych powodów, dokąd jednak zostaną posłani przez Niego samego. Bez względu na okoliczności mają się zachowywać w poczuciu bliskości Boga i Jego władzy nad ich życiem. Do tego nie potrzeba wiele, tylko gotowość do bycia razem. Tata z małym braciszkiem w nosidełku na plecach i mama postanowili wspiąć się na górę. Ich kuzyni też z dwójką małych dzieci wybrali kolejkę linową. Pytają więc swojej czteroletniej córki, czy chce z nimi jechać kolejką. Klara chwilę myśli, a potem odpowiada: nie chcę, bo trzeba iść z całą rodziną. Tata niosąc braciszka i mama obciążona plecakiem mocno sapią wchodząc pod górę. Klara trzymając mamę za rękę nawet nie wzięła głębszego oddechu. Mama mimo wysiłku i zmęczenia cieszy się, obserwując, że ich córeczka tak dobrze sobie radzi ze wspinaczką. Na szczycie ją chwali. Ale nie mówi: jesteś ‘super’, jesteś ‘mega’, byłaś wspaniała. Klara słyszy: dobrze wybrałaś, że poszłaś razem nami, po raz pierwszy udało ci się wejść na tak wysoką górę, weszliśmy tu całą rodziną. Należy nam się nagroda, idziemy na lody. Tworzymy wspólnotę nie po to, aby coś zdobyć lub do czegoś dojść, wtedy bowiem nie widzimy siebie nawzajem, tylko wyznaczony cel. W budowaniu wspólnoty chodzi raczej o to, aby podejmując obowiązki i pokonując trudności iść przez życie razem, ciesząc się tym, co każdemu udaje się osiągnąć, każdym jego krokiem na wspólnej drodze.

Środa, 14 tyg. Zw., 08.07.2020 Mt 10,1-7

Są różne rodzaje tłumów. Jedne gromadzą się, aby manifestować, inne, aby walczyć z kimś lub o coś. A jeszcze są takie, które zbierają się, żeby po prostu popatrzeć. Ludzie tworzą tłum, aby zaistnieć i poczuć siłę w byciu razem przeciw czemuś lub komuś. Może to być również tłum wyobrażony, do którego ktoś należy, przyjmując podobną postawę w swoich myślach, uczuciach i poglądach. Wielu wierzy, że angażując się nawet w wyobraźni w takie tłumne akcje znikną ich własne, osobiste problemy, obecne zwłaszcza w relacjach z najbliższymi. Nie znikną, zostaną tylko zagłuszone i wrócą ze zdwojoną siłą w codziennych trudnościach. Jezus nie przyciągał manifestantów, wojujących i gapiów, lecz tych, którzy czuli się źle, cierpiąc na jakieś choroby i dolegliwości, którzy stracili nadzieję, że w ich życiu może cokolwiek zmienić się na lepsze. To dla nich ustanowił wspólnotę, w której nikt nie jest jak w tłumie, anonimowy, lecz ma swoje imię, w której też nie chce czuć się silny, ale z pokorą przyznając się do własnych słabości uczy się być blisko z tym, którego On postawił obok. Spontanicznie ciągnie nas do tłumu, bo w nim siła, której nam brakuje. To iluzoryczne i zwodnicze pragnienie. Jezus o tym wiedział, dlatego przywołuje swoich uczniów i uzdalnia ich do okazywania sobie nawzajem i innym współczucia i zrozumienia, bo tego najbardziej wszyscy potrzebujemy. W tłumie nie ma miejsca na słabości i kruchość, a właśnie one objęte Jego miłosierdziem otwierają nas na obecność innych tak samo spragnionych bliskości.

Wtorek, 14 tyg. Zw., 07.07.2020 Mt 9,32-38

Po dokonaniu uzdrowienia Jezus zwykle zaraz odchodzi, zabraniając uzdrowionym o tym mówić. Nie czeka na pochwały i zachwyty, nie napawa się podziwem ludzi. Wie, że prawdziwe skutki Jego działania są niewidoczne, dzieją się w ukryciu, między człowiekiem w potrzebie a Bogiem, który przychodzi z pomocą. Dlatego skupia się na przywracaniu wewnętrznego wzroku (Mt 9,27-31) i wewnętrznego słuchu (Mt 9,32-34). Pierwszy rozwija zdolność samoobserwacji. To jak przeglądanie się w lustrze, żeby zobaczyć ukryte motywy moich zachowań w świetle tego, jak inni je odbierają, szczególnie w relacjach z bliskimi, na które jesteśmy wyjątkowo ślepi. Otwarcie oczu na to, jak traktuję moich bliskich prowadzi do problemu we mnie, choć zawsze widziało się go w drugim. A problem we mnie to głos zagłuszany demonem strachu przed ujawnieniem własnej słabości i bezsilności. Kiedy Jezus go wyrzuca, niemy zaczyna mówić: wreszcie słyszy zranienia, których doświadczył i ma odwagę, by je wyznać. Jedni będą pełni podziwu dla takiej otwartości, ale zawsze znajdą się tacy, którzy skomentują: takie wywnętrzanie się jest złe, co inni o tym pomyślą. Owładnięci poczuciem wstydu dbają oni wyłącznie o zewnętrzny wizerunek i nie potrafią zdobyć się na szczerość, będącą warunkiem bliskości. Jezus zostawia ich samych z ich przekonaniami i udaje się do tych, którzy mają dość ukrywania prawdy o sobie i są gotowi zaufać Jego słowu i mocy uzdrawiania.

Poniedziałek, 14 tyg. Zw., 06.07.2020 Mt 9,18-26

Kiedy Jezus jeszcze wypowiadał słowa o nowym winie wlewanym do nowych worków skórzanych, pewien przełożony synagogi przyszedł do Niego ze swoją rodzinną tragedią: jego córka dopiero co skonała. Nieszczęście, które niesie w sobie, jest widoczne dla wszystkich: nie tylko wtedy, gdy przygnieciony jego ciężarem upada przed Nim na kolana, lecz także gdy prosi Go usilnie: przyjdź, połóż na nią swoją rękę, a będzie żyła. Jezus ze swymi uczniami idzie za nim do jego domu, gdzie śmierć dziecka przeżywa cała rodzina. Ale w tłumie jest również kobieta cierpiąca od dwunastu lat na upływ krwi. To kobieca choroba, najbardziej intymna, odbierająca poczucie kobiecości, a więc musi ją ukrywać, skazana na społeczną izolację, która dokucza bardziej niż fizyczny ból. Nie może jej wykrzyczeć, może jedynie w myślach dodawać sobie otuchy: obym tylko dotknęła jego szaty, a będę uzdrowiona. Jak bardzo musiała wierzyć w Jego moc, skoro chciała pozostać nierozpoznana, sądząc, że jej dotknięcia On nawet nie poczuje. Poczuł. I dotyk i jej wiarę. Odwracając się do niej, przywraca jej najważniejszą relację, którą straciła: do samej siebie. Choroba oddzieliła ją od swego ciała, On zwracając się do niej ‘odwagi, córko’, dał jej czułą bliskość, w której mogła po tylu latach odnaleźć siebie w swoim ciele. Jej uzdrowienie jest drogą prowadzącą do uzdrowienia w domu przełożonego synagogi. Ono również odbywa się w ukryciu, po usunięciu żądnego sensacji tłumu, bo w spotkaniach z Jezusem chodzi ostatecznie o odzyskanie wewnętrznej więzi z sobą jako fundamentu budowania wszystkich innych relacji.

14 Niedziela Zwykła/A, 05.07.2020 Mt 11,25-30

Jezus jest rozczarowany postawą mieszkańców miast, w których dokonywał licznych cudów. Ludzie z Korozain, Betsaidy i Kafarnaum pozostali głusi na Jego naukę (Mt 11,20-24). Szuka przyczyny, dlaczego jej nie przyjęli. I znajduje odpowiedź u proroków, których słowa też odrzucano. Według Izajasza to ci, którzy we własnych oczach uchodzą za mądrych i uważają siebie za rozumnych (Iz 5,21). Nie muszą być wcale wykształceni. To raczej ci, którzy myślą, że zdobyta kiedyś wiedza, nawet mała, na poziomie szkoły podstawowej, im wystarczy i nie potrzebują żadnej nowej. Nie rozumiejąc zmieniającego się świata, bo nie starają się go zgłębić, żyją zamknięci we własnych, niewzruszonych przekonaniach, z pogardą i wyższością odnosząc się do inaczej myślących. Prawda ewangelii jest przed nimi zakryta, gdyż otwiera ona na to, co nowe w każdym napotkanym człowieku. Bardziej niż świata trzeba uczyć się innych ludzi, tak różnych i nieustannie ukazujących się w nowych sytuacjach i okolicznościach. Ale będzie to możliwe tylko wtedy, gdy ktoś będzie wręcz spragniony poznawania, podobnie jak dzieci, które dopiero co odstawiono od piersi (Iz 28,9), i które, gdy rano otworzą oczy już chcą się dowiedzieć czegoś nowego.

Sobota, 13 tyg. Zw., 03.07.2020 Mt 9,14-17

Można traktować swoje relacje z innymi jak stare ubranie, trochę już znoszone, ale bardzo wygodne. Kiedy zdarzają się konflikty to sygnał, że należałoby coś w nich zmienić. Myśli się jednak, że zmienić oznacza coś naprawić, przyszyć nową łatę i zakryć miejsce przedarcia. Kolejna sprzeczka ujawnia jeszcze większe rozdarcie, łata nie pomogła, tylko pogorszyła. Tak można funkcjonować przez całe życie: pojawiające się problemy starać się jedynie załagodzić, nie dopuszczając do siebie prawdy, że trzeba się z nimi zmierzyć i próbować rozwiązać. Nie będzie to tak proste jak przyszycie łaty, raczej będzie podobne do nowego wina, które nie może fermentować w starych workach skórzanych, bo je rozerwie, lecz w nowych. Jeśli od dłuższego czasu jest coś nie tak w relacji z drugim, należy ją przemyśleć od początku, szukając źródeł konfliktów i zarazem całkowicie nowego sposobu budowania z nim więzi. Na tym polega przepis na nowe życie, które Jezus podaje w swojej ewangelii.

Piątek, 13 tyg. Zw., 03.07.2020 J 20,24-29 Święto Tomasza Apostoła

Zmartwychwstanie Jezusa objawia nowy sposób przychodzenia Boga i drugiego człowieka do nas, przełamując rutynę religijnego zwyczaju i codziennego życia. Jego przyjście konfrontuje nas najpierw z naszą nieobecnością. W jak wielu ważnych wydarzeniach nie braliśmy udziału? Z różnych powodów: z niewiedzy, zmęczenia, braku zainteresowania. Kobieta została zaproszona na 6 urodziny swojego siostrzeńca. Źle się czuła i nie poszła. Czekał na nią całe popołudnie, wyglądając przez okno i nie pozwalając innym zasiąść do stołu: była dla niego najważniejszym gościem. Matka chłopca opowiedziała jej później o całym zdarzeniu. Poruszyło ją to bardzo. Nie mogła sobie darować, że nie była obecna i przyrzekła, że już go więcej nie zawiedzie. Kiedy Jezus umarł na krzyżu, Tomasz pomyślał, że wszystko się skończyło. Jego już nie ma, po co więc spotykać się z pozostałymi uczniami? Sądził, że jego nieobecności nawet nie zauważą. Mylił się. Także Jezus zwrócił uwagę, że go nie było, przyszedł bowiem również dla niego. Nasze liczne nieobecności odsłaniają naszą niewiarę w sens obecności dla innych, pomniejszając nie tylko wartość wspólnych spotkań, ale też wyłączając nas z ruchu życia, które się toczy w byciu razem.

Czwartek, 13 tyg. Zw., 02.07.2020 Mt 9,1-8

Rodzinnym miastem Jezusa był Nazaret. Rozpoczynając swoją działalność przeniósł się jednak do Kafarnaum. I chociaż był tu obcy czuł się jak u siebie, traktując wszystkich po przyjacielsku. Kiedy więc przyniesiono Mu paralityka, zwrócił się do niego z czułością jak do kogoś bliskiego: odwagi dziecko, zostają ci odpuszczone twoje grzechy. Dlaczego nie od razu uzdrowienie, lecz przebaczenie grzechów, które je uprzedza? Bo dla chorego leżącego na noszach to początek nowego życia, na własnych nogach, samodzielnego i niezależnego. Tym niemniej przeszłość poprzedniego życia pozostanie i będzie się ciągnąć w postaci starych nawyków myślowych, uczuć i zachowań. Jezusowe przebaczenie uprzedzająco obejmuje całe to dawne życie. Będzie się ono ciągle odzywać w jego nowej przyszłości, lecz w Jego przebaczeniu zawsze znajdzie siłę, aby to, co stare stopniowo i wytrwale przezwyciężać. Pojawią się jednak ludzie, którzy takiej zmiany nie przyjmą w przekonaniu, że jest ona niemożliwa: choć będzie chodził samodzielnie, oni będą go traktować jakby leżał na noszach. Z taką postawą może się on spotkać zwłaszcza w swoim domu. Dlatego Jezus uzdrawiając go, odsyła go do swojej rodziny. Tu będzie się sprawdzać jego uzdrowienie: czy w posłuszeństwie słowu Jezusa wbrew temu jak traktują go swoi będzie potrafił być kimś niezależnym, a reakcja innych będzie potwierdzać, że coś w jego życiu się zmieniło i zmienia.

Środa, 13 tyg. Zw., 01.07.2020 Mt 8,28-34

Kiedy Jezus wsiadał do łodzi, a uczniowie za Nim, chyba nie planowali, że po burzy znajdują się na terytorium, które zamieszkiwali poganie. Pierwszymi okazali się dwaj mężczyźni znajdujący się pod władzą złego ducha, bardzo agresywni i niebezpieczni. Swoim zachowaniem budzili oni tak wielki strach, że nikt nie mógł przejść drogą obok nich. Ludzie stosujący przemoc wywołują jeszcze większe przerażenie niż wydarzenia, które burzą nasze plany i czynią przyszłość niepewną. Przeciwności nie zagrażają nam bezpośrednio, ludzie agresywni tak. Jezus nieprzypadkowo zabrał swoich uczniów na spotkanie z nimi, bo również z takimi będą mieli często do czynienia. Nie sprzeciwia się im, nie walczy z nimi, gdyż nie odczuwa wobec nich żadnego lęku. My walczymy z innymi ze strachu przed ich agresją. On jest tylko obecny, bo wie, że także oni mają w sobie głębokie pokłady lęku, skrywanego pod maską przemocy, bo wyszli przecież z grobów, z przeszłości, z dzieciństwa zranień. Jezus nie boi się ich, bo ufa bezgranicznie Bogu i sama ta ufność czyni wszelką przemoc niepotrzebną i bezzasadną. Jako narzędzie załatwiania spornych spraw między nami ciągle nas uwodzi swoją ponadludzką siłą (adrenalina). Jezus, pozwalając demonom agresji wejść w świnie, będące dla Żydów zwierzętami nieczystymi, budzącymi odrazę, uczy nas obrzydzenia do przemocy tak jak czujemy wstręt do okropnego jedzenia. Nauka będzie trwała tak długo aż wszystkie te demony zginą w obrzydzeniu. Nie wszystkim to się podoba, zwłaszcza tym, którzy nadają przemocy charakter religijny, wzywając do walki, dlatego szczególnie oni nie chcą wśród siebie Jezusa i Jego nauki.

Wtorek, 13 tyg. Zw., 30.06.2020 Mt 8, 23-27

Najpierw jest łódź, do której pierwszy wchodzi Jezus, za Nim idą jego uczniowie, a dopiero później jest morze (jezioro Galilejskie). Nie wybierają się na połów ryb, tylko chcą się przeprawić na drugi brzeg. Wiele razy przepływali, ale wcześniej bez Niego, teraz mają Go w swojej łodzi. Wiele też razy zaskakiwała ich burza na morzu – nieszczęście przychodzi z reguły niespodziewanie i nikt nie jest na nie przygotowany – i za każdym razem umierali ze strachu, że łódź zatonie a oni zginą. Teraz jest podobnie, łódź zalewają wzburzone fale i czują, że znów w oczy zagląda im śmierć, a On śpi, jakby Go nie było. Wszystko może powtórzyć się jak poprzednio: ogromne fale i paraliżujący lęk. Dzieje się jednak inaczej: podchodzą do Niego i budzą Go, wołając: Panie, ratuj, giniemy. Obudzony, otwiera oczy i mówi zdziwiony: dlaczego jesteście przerażeni, małej wiary? Strach podczas burzy nie pomaga, musi go zacząć zastępować ufność, że jest Ktoś większy, kto nad nią panuje i przeprowadzi na drugą stronę. Wtedy dopiero wstaje i ucisza wicher i morze, które są Mu posłuszne. Trudne sytuacje będą się zdarzać, są częścią życia. Ale nie musimy ich przeżywać w obezwładniającym lęku, w którym widzimy tylko grożące nam niebezpieczeństwo, nikogo poza nim. We wspólnocie uczniów podczas szalejącej burzy możemy słuchać Jego słowa, które każe nam zobaczyć w naszym strachu małość wiary, a mimo to, prowadzi nas ono aż do momentu, w którym poczujemy wewnętrzną ciszę i ufność.

Poniedziałek, 13 tyg. Zw., 29.06.2020 Mt 16,13-19 Uroczystość Świętych Piotra i Pawła

Dla wielu wystarczy wierzyć. Nieważne, w co się wierzy, w kogo, ważne, że się wierzy. Wystarczy, że się jest małżonkiem, ojcem, matką, dzieckiem i nie ma żadnego znaczenia, jakim się jest w tych relacjach. To rodzaj religijności i sposobu życia, w których nigdy nie zadaje się pytań, zwłaszcza takich, jakim ktoś jest człowiekiem, w co lub w kogo wierzy. Dlaczego? Bo wprowadzają one niepokój i zmuszają do pomyślenia o sobie i zastanowienia się nad swoimi wyborami i decyzjami. Wygodnie jest żyć bez pytań, dlatego przychodzą one od kogoś innego. Czasami stawia je ksiądz na kazaniu, pytając, po co przychodzisz do kościoła? Ale udajemy, że nie jest ono do nas skierowane. A gdyby je postawiło twoje dziecko: mamo, tato, co wy tam robicie co niedziela w kościele? Pytanie zadaje ktoś bliski i czeka na odpowiedź, bo od nich zależy, jak będzie wyglądała jego i twoja przyszłość. Odpowiadając budujesz z nim więź, bo odpowiadasz także samemu sobie. Jeśli je zignorujesz zaczniecie się oddalać od siebie. Każde więc pytanie niesie ryzyko niezrozumienia a nawet odrzucenia. Jezus pytając uczniów, za kogo wy Mnie uważacie, ryzykował wiele, ale zadał je, ufając Bogu, że ich wspólna droga z uczniami jest Jego dziełem. Kiedy usłyszał od Piotra: Ty jesteś Mesjaszem, Synem Boga żywego, wtedy zrozumiał, że ta odpowiedź przyszła z ‘góry’, od Tego, który chce, aby Jego bycie z uczniami, zapisane w ewangelii stało się fundamentem nowej wspólnoty, takiej, w której ich wzajemnej więzi nic nie rozerwie.

13 Niedziela Zwykła/A, 28.06.2020 Mt 10,37-42

Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie nie jest Mnie godny i kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godny. Zastanawiamy się, jak Jezus mógł wypowiedzieć takie słowa nie tylko do apostołów, ale do wszystkich czytających ewangelię? Może chodziło Mu o ludzi, o których się czasami mówi, że kochają za bardzo i w swoich uczuciach do najbliższych zatracają się całkowicie? Jeśli ktoś buduje swoje życie, opierając się wyłącznie na rodzicach, nigdy nie dorośnie i się nie usamodzielni. Jeśli rodzic całą swoją przyszłość widzi w dziecku, nie pozwoli mu dorosnąć i pójść własną drogą. Kiedy więc szukamy emocjonalnego oparcia w bliskich relacjach, wtedy popadamy w niewolę wzajemnych uzależnień, siebie i drugiego traktując przedmiotowo i instrumentalnie, i w konsekwencji niszcząc łączące nas więzi. Fundament naszego życia jest gdzie indziej, znajduje się w relacji do Jezusa i Jego nauki, bo w jej świetle możemy zawsze badać nasze myślenie i nasze uczucia. Owszem, to badanie siebie może być drogą przez mękę, bo może nam się wydawać, że tracimy to, do czego byliśmy tak mocno przywiązani. Ale tracimy życie w iluzji, a odzyskujemy życie w prawdzie. Jeśli twój syn pobije swego kolegę i jego matka przyjdzie do ciebie, a ty staniesz w obronie swego dziecka, stracisz siebie i syna; jeśli ją wysłuchasz, przypominając sobie Jego ewangelię i choć boli cię serce, staniesz po stronie pokrzywdzonego i wskażesz swemu synowi, że zrobił źle, zyskasz siebie, swego syna, jego kolegę i jego matkę - prawdziwe życie.

Sobota, 12 tyg. Zw., 27.06.2020 Mt 8,5-17

Setnik to rzymski dowódca wojsk okupacyjnych. Ma pod sobą żołnierzy, którym rozkazuje, boją się go Żydzi, bo jest dla nich okupantem. Jednak także on doświadcza społecznego wyobcowania. Dzieli go od innych pozycja, którą zajmuje. Nie może nawiązać bliskich więzi, bo każdy traktuje go z dystansem. Wykorzystując swoją władzę może wszystkim rozkazywać, ale paraliż sługi jest sytuacją, w której nic nie może zrobić, a chyba zależy mu bardzo na nim. Współczucie dla chorego – nawet żołnierz jest do niego zdolny – przyprowadza go do Jezusa, żydowskiego nauczyciela, od którego oddziela go właśnie pozycja okupanta. Nie śmie Go prosić, niepewny jak zareaguje, tylko przedstawia Mu jego cierpienie. I właśnie współczucie zbliża ich do siebie – pokonuje barierę pozycji, władzy, kultury, religii. Jezus odpowiada: przyjdę i uzdrowię go. Setnik jako poganin wie, że wchodząc do jego domu, przekroczy On żydowskie prawo, dlatego powstrzymuje Go: nie jestem godny, abyś wszedł pod mój dach, ale powiedz tylko słowo. Setnik, nie-Żyd zna moc słowa: i ja jestem człowiekiem, który podlega władzy, i który innym rozkazuje. W słowie rozstrzyga się wszystko, może oddalać i może zbliżać, może ranić i może leczyć. Słowo z pozycji władzy i wyższości dzieli i niszczy, słowo zrodzone ze współczucia jedna i buduje. Setnik uwierzył słowu miłosierdzia, które bierze na siebie słabości i zranienia innych, i spełniło ono jego pragnienie.

Piątek, 12 tyg. Zw., 26.06.2020 Mt 8,1-4

Świadomość bycia trędowatym to efekt czytania Kazania na Górze, w którym Jezus pokazał, jaki rodzaj myślenia, słów i uczuć oddziela nas od innych. Trąd to choroba wewnętrzna, która objawia się na zewnątrz. Obejmuje ona poczucie, że dla innych jestem kimś wstrętnym, z kim nikt nie chce być blisko. Jest w niej również strach przed odrzuceniem, który nie pozwala zrobić nawet jednego kroku w kierunku drugiego. Ale w słowach Jezusa każdy może odkryć pragnienie bliskości, które jest głębsze niż wstręt ze strony innych i własny strach. Jednocześnie zawiera się w nich moc, która od tych dwóch uczuć, oddzielających nas od siebie, może uwolnić. Dlatego trędowaty nie mówi, chcę być oczyszczony, tylko, jeśli Ty chcesz, możesz mnie oczyścić. Jezus najpierw go dotyka, dając mu swoją bliskość i okazując, że nie czuje do niego wstrętu i go nie odrzuca. Dopiero potem słyszy on Jego słowa: Chcę, zostań oczyszczony. Właśnie te słowa są bardzo potrzebne, gdyż potwierdzają jego oczyszczenie i dają nadzieję na nowe życie. Uwalniają go bowiem od myślenia, że gdyby ludzie wiedzieli, jaki trąd nosi głęboko ukryty w sobie, nie chcieliby się do niego zbliżać. Zaraz po nich otrzymuje on zakaz mówienia o tym: nie krzycz – zostałem oczyszczony, możecie się do mnie zbliżać, lecz poddaj się temu, aby każde twoje spotkanie z drugim było sprawdzianem twojego otwarcia się na jego obecność. Nawet, gdy ktoś z początku okaże ci niechęć, nie myśl, że cię odrzuca, bo jesteś jak trędowaty, pozwól mu zmienić swoją opinię, wytrwaj i nie odchodź.

Czwartek, 12 tyg. Zw., 25.06.2020 Mt 7,21-29

Prorokować, wyrzucać złe duchy, czynić cuda, wszystko w imię Jezusa: czy to nie wystarczy, aby wejść do królestwa Boga? Nie! Ale dlaczego? Przecież, tak niezwykłe czyny rozsławiają Jego imię, wzbudzają dla Niego podziw i uwielbienie. On nie chce takiej czci. Czyż tak trudno doczytać w opisach Jego cudów, że dokonywał ich często na osobności, poza spojrzeniem ciekawskich, że uciekał od oklaskujących Go tłumów? Postępował tak, bo nigdy nie chodziło Mu o własną osobę, lecz o wypełnienie woli swego Ojca, a w niej o umocnienie i pociechę dla cierpiących i potrzebujących. Pozostając w ukryciu okazywał im swoją bliskość i uwagę. Cuda, przeciwnie, jako widoczne dla wszystkich widowiska, są zawsze na zewnątrz, poza więzią, która wprowadza przez wąską bramę do królestwa Bożego. Słowa Jezusa też przychodzą z zewnątrz i tam pozostaną, jeśli będą tylko słuchane i nie staną się drogą do wewnętrznej przemiany. Kiedy zaczynam je wypełniać, osadzają się wewnątrz mnie, w mojej pamięci, myśleniu i uczuciach, stając się fundamentem – skałą, na której mogę budować całe moje życie. Wszystkie moje osiągnięcia, jeśli nie znajdą oparcia w pogłębiającej się ciągle bliskiej więzi z innymi, okażą się ostatecznie domem zbudowanym na piasku i gdy przyjdą przeciwności zamienią się ruinę.

Środa, 12 tyg. Zw., 24.06.2020 Uroczystość Narodzenia św. Jana Chrzciciela

Nie ma opisu narodzin Jana Chrzciciela, jest za to spór o to, jakie imię mu dać. Krewni i sąsiedzi zgodnie ze zwyczajem chcą go nazwać imieniem ojca, zwłaszcza, że piastuje on bardzo ważną pozycję kapłana i pewnie chciał, aby jego syn również wszedł w szeregi kapłańskie. Ale sprzeciwia się Elżbieta, nadając mu imię Jan, którego jednak nikt nie nosił z jej rodziny. Jan to imię, które nie jest ani z przeszłości ojca ani z rodzinnej przeszłości matki – to imię, które spogląda w przyszłość. My zaś ciągle oglądamy się za siebie, nie dlatego, że dawniej było lepiej, dla wielu bowiem było raczej źle, ale dlatego, że to, co było jest nam znane. I jeśli wtedy były wydarzenia, które nas mocno poraniły, to wolimy trzymać się przeszłości, bo wydaje nam się, że wszystko o niej wiemy i dzięki temu możemy w pełni kontrolować nasze życie. A przyszłość, która przychodzi z innymi ludźmi, zwłaszcza z dziećmi, które się ciągle zmieniają, jest tak nieznana, że aż zatrważająca. A może dać się porwać nieprzewidywalności nowego życia i zamiast pytać w strachu, rozważać w radosnym zdumieniu: Kim będzie to dziecko? Przecież jeśli ręka Boga była przy jego narodzinach, to czyż nie poprowadzi go też w przyszłość?

Wtorek, 12 tyg. Zw., 23.06.2020 Mt 7.6.12-14

Nie dawajcie psom tego, co święte i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, nie poszarpały was samych. Do kogo może odnosić się to powiedzenie, które Jezus kieruje do swoich uczniów? Psy, zwłaszcza zdziczałe i świnie to zwierzęta nieczyste, budzące obrzydzenie. W księdze Przysłów (26,11) symbolizują one ludzi dotkniętych głupotą. Jak ich rozpoznać? To ci, którzy przypisują sobie rolę sędziego: wszystkich osądzają, tylko nie samych siebie. Wszelkie rozmowy z nimi, dyskusje, argumenty są daremne, gdyż w swoim myśleniu pozostają niewzruszeni i nawet Bóg nie jest w stanie ich zmienić. Żaden wirus nie wybije im głupoty z głowy, bo stwierdzą, że jest ona karą boską za grzechy innych. Na ten rodzaj głupoty podatni są szczególnie ludzie religijni, którzy uważają się za lepszych ze względu na swoją pobożność. Jezus każe mierzyć swoją relację do Boga sposobem odnoszenia się do bliźnich, podając Złotą Regułę postępowania: Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie. Albowiem to jest istota Prawa i Proroków. Jak ją czytać? Zgodnie z zasadą ciasnej bramy i wąskiej drogi: bliźniemu lepszą część, sobie - gorszą, bo każdy chciałby otrzymać to, co lepsze a nie gorsze. I do tego trzeba jeszcze badać swoje uczucia, czy nie żal mi dać drugiemu lepszej części, dla siebie pozostawiając gorszą. I jak mi daleko do radości z tego, że dostałem gorszą część a drugi – lepszą.

Poniedziałek, 12 tyg. Zw., 22.06.2020 Mt 7,1-5

Wszystkie nasze zachowania spotykają się z jakąś odpowiedzią innych. Wiele z nich pogłębia nasze wzajemne relacje. Są jednak i takie, w których drugi czuje się pomniejszony lub odrzucony i odchodzi. Jednym z nich jest postawa osądzania, która tak mocno może wniknąć w czyjeś myślenie i uczucia, że staje się wręcz spontanicznym odruchem. Kiedy widzę i rozmawiam z kimś nawet po raz pierwszy, to od razu go oceniam, w myślach i spojrzeniu: jak wygląda, jak się zachowuje, jakie ma poglądy, orientację, religię i wiele innych elementów, które składają się na mój sąd o nim. Jezus natomiast ostrzega: Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni i w tym nawyku osądzania – samotni. Słyszymy te słowa i wiemy, że nie potrafimy powstrzymać się od oceniania, dlatego kieruje On do nas kolejne: jakim sądem sądzicie, takim będziecie osądzeni. Kiedy osądzam, nie buduję więzi, a mój sąd nad drugim wraca do mnie jako oskarżenie przeciwko mnie. Stawiam bowiem siebie ponad wszystkich i jak Bóg staję się sędzią. Właśnie rola sędziego to belka we własnym oku. Gdy z niej zrezygnuję, to zamiast sądu nad innym w poczuciu wyższości, będę umiał się zdobyć, pamiętając z pokorą o własnych słabościach, na przyjacielskie upomnienie drugiego. Ilekroć więc osądzam innych, jestem obłudnikiem i potrzebuję nawrócenia.

12 Niedziela zwykła/A, 21.06.2020 Mt 10,26-33

Do kogo Jezus mówi w dzisiejszej ewangelii? Do apostołów. To część mowy, której początek słyszeliśmy w poprzednią niedzielę. Zaraz potem ostrzega ich, że posyła ich jak owce między wilki, ale nie powinni się ich bać. Kim są ludzie, których Jezus nazywa wilkami, swoi czy obcy? Oczywiście, że swoi. Nie obcy, lecz współrodacy czyhali na życie proroka Jeremiasza. Zawsze znajdą się tacy, którzy swoim zachowaniem lub słowami będą usiłowali w innych wzbudzać strach. Postępują tak, bo rządzenie i władza nad innymi to ich sposób życia. Czy można się przed nimi jakoś obronić? Jezus uświadamia swoim uczniom, że bezpieczeństwo może dać bliskość królestwa Bożego, a nie zaciskanie pięści i przygotowywanie się do ataku. Choćby na granicach ustawiono armie i czołgi mające strzec bezpieczeństwa kraju, strachu w ludziach wcale nie będzie mniej. Bo ile w nas jest strachu, zależy nie od wojska, broniącego granic, ale od naszej wiary w obecność i władzę Boga nad wszystkim. Jak to możliwe, że ludzie religijni mają w sobie tyle lęku, dopatrując się zewsząd wrogości i niebezpieczeństwa? Myślą, że strach, który odczuwają pochodzi z zewnątrz, od obcych i różnych, nie dostrzegają strachu wewnątrz siebie, mającego postać lęku przed śmiercią. Jezus pokazuje, że właśnie ten lęk jest źródłem wszystkich naszych strachów, a odpowiedzią na niego nie jest siła tych, którzy mają władzę i mogą nas obronić, lecz osobista decyzja złożenia swej ufności w Tym, który pokonał śmierć.

Sobota, 11 tyg. Zw., 20.06.2020 Łk 2,41-51 Wspomnienie Niepokalanego Serca Maryi

Wiele rzeczy w życiu dzieje się zgodnie ze zwyczajem i rutyną. Nikt z Nazaretu nie zastanawiał się, po co obchodzi się święto Paschy w Jerozolimie, wszyscy wiedzieli, także dzieci, że od zawsze chodzi się tam co roku w pielgrzymce. Zwyczaj, zwłaszcza religijny to potężna siła, bo strzeże i daje poczucie bezpieczeństwa. Rodzice Jezusa byli przekonani, że jak zawsze po zakończeniu święta wraca On z nimi do domu. Nie musieli się o niego martwić, wiedzieli, że rytuał powrotu prowadzi go i chroni. Jakże się pomylili. Tym razem, po raz pierwszy zgubił się – im czy zwyczajowi? Jego Matka myślała, że Jezus pozostając w Jerozolimie bez nich i nie ze względu na święto, odrzucił ich, dlatego rozgoryczona mówi do Niego: Synu, dlaczego nam to uczyniłeś? Ojciec twój i ja umierając ze strachu szukaliśmy Ciebie. Dorośli, którzy wszystko w życiu robią w rytm swoich przyzwyczajeń, bo tak wygodnie i przewidywalnie, rzadko rozumieją swoje dorastające dzieci, dla których wszystko zaczyna się zmieniać i nic nie jest raz na zawsze zagwarantowane. Dlatego Jezus pyta zdziwiony: Dlaczego Mnie szukaliście? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? A co należy do Jego Ojca? Słuchanie różnych nauczycieli i zadawanie im pytań w poszukiwaniu własnej drogi w życiu. A może dorośli zamiast szukać swoich dzieci, które się wcale nie zgubiły, pójdą w ich ślady i zaczną się zastanawiać, czy sami nie zagubili się kompletnie w rutynie codzienności? To nie zwyczaj jest źródłem dobrych i głębokich więzi między nami, lecz myślące i czujne serce, które odkrywa nowe i niezwykłe rzeczy, dziejące się z innymi.

Piątek, 11 tyg. Zw., 19.06.2020 Mt 11,25-30 Uroczystość Najświętszego Serca Jezusa

Podczas spotkań Jezusa z ludźmi, w czasie których nauczał i uzdrawiał, zawsze znajdowali się mówiący o Nim źle: To żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników (Mt 11,19). Mówili tak, bo pojawiał się w towarzystwie osób powszechnie pogardzanych, a oni sami uważali się za lepszych. Gdy ktoś mówi o innych z pogardą, wtedy myśli, że jest kimś lepszym od niego. Z Jezusem jest inaczej. On patrzy na ludzi z głębi swej bliskiej, synowskiej relacji z Ojcem, dla którego wszyscy są Jego dziećmi. Niektórzy są jak zagubione owce i dlatego potrzebują Jego szczególnej uwagi (Mt 9,36). A kto nie jest zagubiony? Jeśli nawet uważam się za kogoś lepszego, to pogardzam innym dlatego, że wstydzę się czegoś w sobie i nie mogę tego znieść. Może więc jednak wszyscy jesteśmy zagubionymi owcami? Nie tylko ci, którym się nie układa i coraz bardziej się pogrążają, ale też i ci, którym się wszystko udaje, a przecież w środku czują się niepewni i zalęknieni. Do takich właśnie Jezus kieruje swoje wezwanie: przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i przygnieceni jesteście, a Ja wam dam odpoczynek. Bo wykrzykiwanie głośno dookoła, że nie jestem zagubioną owcą i wszystko ze mną w porządku kosztuje wiele sił i jest naprawdę wyczerpujące. Czy nie lepiej przyznać się z pokorą do swego zagubienia i powierzyć się Jego trosce?

Czwartek, 11 tyg. Zw., 18.06.2020 Mt 6,7-15

W modlitwie wyraża się nie tylko nasz stosunek do Boga, ale również do świata. Jeśli nawet ktoś nie wierzy, że On go stworzył, to musi jakoś określić swoje miejsce w świecie jako całości większej od niego. Jezus więc kieruje swoje słowa do ludzi, dla których życie nie jest jakimś przypadkiem ani wynikiem działania sił, nad którymi nie mają żadnej kontroli. Zwraca się do tych, którzy z powagą przyjmują odpowiedzialność za swoje losy i wiedzą, że nie zależą one od żadnych magicznych próśb rzucanych w niebo. To ci, którzy szukają sensu i wartości we wszystkich wydarzeniach, których doświadczają i nie podchodzą obojętnie do spotykanych na swej drodze osób. Takie podejście do życia nie jest chyba możliwe, jeśli ktoś nie uzna, że jego własna historia splata się z inną – z historią Boga, który ma Imię i do którego można mówić jako do Osoby. A ponieważ jest On ponad wszystkim i wszystko przenika, to wie, co każdemu z nas jest potrzebne. Bóg w swoim Ojcowskim odnoszeniu się do nas kieruje się więc macierzyńską czułością, bo kto jak nie kobieta wyczuwa wszelkie potrzeby swego dziecka: nie tylko, żeby miało co jeść, ale także, żeby żyło w zgodzie i dobrych relacjach z innymi, aby życiowe próby nie były ponad jego siły, i nawet, gdy spotka je coś złego, aby znalazło sposób wyjścia.

Środa, 11 tyg. Zw., 17.06.2020 Mt 6,1-6.16-18

Według Pisma istnieją trzy uczynki podstawowe, określające trzy najważniejsze relacje, które odzwierciedlają nasze myślenie o sobie i o naszym życiu: jałmużna mówi, jak traktujemy drugiego człowieka, modlitwa – kim jest dla nas Bóg, wreszcie post – jak widzimy samych siebie. Ostrzegając, żeby tych uczynków nie wykonywać przed ludźmi, aby je widzieli, Jezus uświadamia nam naszą spontaniczną skłonność, aby wszystko robić na pokaz. Wszystko może być na sprzedaż, nawet ludzkie dusze i wszystko może być też na pokaz, nawet to, co najbardziej intymne. Co takiego jest w tej skłonności, że jej ulegamy i często się zatracamy? Dlaczego spojrzenie i uwaga innych są tak ważne, że bez nich czujemy, jakby nas nie było? Kiedy ktoś nas zauważa i wyraża swoje uznanie, czyli pochwałę, daje nam poczucie istnienia i nadaje sens temu, co robimy. Stąd nasze oczy zwrócone są ciągle na zewnątrz, obserwując, czy ktoś nas widzi i zauważa. Jezus wzywając, aby wszystko robić raczej w ukryciu, nie żąda czegoś niemożliwego, ale chce, abyśmy przestali szukać spojrzeń innych, a skupili się na tym, co i jak robimy. Przecież to wszystko widzi Bóg, nawet najbardziej skryte zakamarki naszych działań. Burzymy się wewnętrznie: nie wystarczy, że widzi nas Bóg. Jeśli nie widzą nas ludzie i nas nie docenią, skąd weźmiemy chęć i siłę do czynienia dobra? Z siebie, z wartości tego, co robię, niezależnie, czy ktoś to widzi czy nie.

Wtorek, 11 tyg. Zw., 16.06.2020 Mt 5,43-48

Odwołując się do tradycji przodków, zalecającej, aby miłować bliźniego a nienawidzić nieprzyjaciela, Jezus uświadamia nam, że jesteśmy ukształtowani przez różne okoliczności w duchu głębokiego podziału między ludźmi. Mamy przyjaciół i wrogów. Jednych lubimy, z drugimi nie chcemy mieć nic wspólnego. Zarówno miłość do przyjaciół jak i nienawiść do wrogów to uczucia. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, to nienawiść do niego jest nawet silniejsza od wcześniejszej miłości. Nienawiść więc to potężne uczucie. Jak można przejść od nienawiści do miłości kogoś, kto w swoich zachowaniach pozostaje naszym nieprzyjacielem? Żadne uczucie nie pokona nienawiści, bo karmi ją lęk, że wróg chce mnie zniszczyć i zdobyć władzę nade mną. Właśnie strach kreuje podział na przyjaciół, którzy są ze mną i wrogów, którzy są przeciwko mnie. Jezus wprowadza innych podział, niezależny od uczuć: są dobrzy i źli, sprawiedliwi i niesprawiedliwi. Wynika on z uznania władzy Boga nad wszystkimi ludźmi. Jeśli Bóg ma władzę nade mną i nad moim wrogiem, to nie muszę się go bać i bronić się przed nim uczuciem nienawiści, która mnie od niego uzależnia: muszę z nim walczyć. Miłość nieprzyjaciół zakłada wiarę w Ojcowską władzę Boga, który wie, że zarówno dobrzy jak i źli są Jego dziećmi. Wiara zastępuje lęk i uczy oddawać tych, którzy nas prześladują w ręce Boga, pozwalając nam zamiast nieustannej walki z nimi, skupić się na czynieniu dobra, także wobec naszych wrogów, bo ich również obejmuje On swoją troską.

Poniedziałek, 11 tyg. Zw., 15.06.2020 Mt 5,38-42

W codziennych sytuacjach życia ciągle dochodzi do kłótni o coś, w trakcie której w sposób nieunikniony i często niezamierzony ranimy się nawzajem. Także wtedy, gdy ktoś czegoś od nas wymaga lub wręcz żąda, a w nas rośnie złość i chęć odrzucenia. Działa tu zasada odwetu: oko za oko, ząb za ząb. Kiedy Jezus mówi ‘nie stawiajcie oporu złemu’, nie domaga wcale bierności wobec zła, lecz wzywa do powstrzymania się przed chęcią zemsty i skupienia się na tym, co się ze mną dzieje, gdy spotyka mnie ze strony drugiego krzywda, zwłaszcza nieuzasadniona. Gdy ktoś podczas kłótni obraża mnie (uderzy w prawy policzek), to, o co się kłócimy, znika, a pozostaje jedynie uczucie poniżenia i upokorzenia. Gdy ktoś chce siłą coś mi zabrać lub zmusza mnie do czegoś, chce mi pokazać swoją władzę nade mną i wyższość. Mówi mi: jesteś nikim, mogę zrobić z tobą co zechcę. To rodzaj pogardy, który rozpala gniew, gdyż narusza moją godność. Wzywając do nadstawienia drugiego policzka, oddania lub zrobienia więcej niż ktoś ode mnie żąda, Jezus wskazuje, że godność mojej osoby zależy przede wszystkim ode mnie. Wchodząc w spiralę odwetu, nikt nie odzyska własnej godności, a we wzajemnej walce wszyscy mogą wyjść tylko poranieni. Nie chodzi też o to, żeby zmienić drugiego, który mnie obraża lub poniża, ale o to, żeby nie utracić szacunku do samego siebie i nie uważać siebie za kogoś, kto zasługuje na takie poniżające traktowanie.

11 Niedziela Zwykła/A, 07.06.2020 Mt 9,36-10,8

Jezus spotykając się z ludźmi w ich synagogach i głosząc im ewangelię o bliskości Boga widział w nich osoby dotknięte różnymi chorobami i dolegliwościami. Jak mógł je dostrzec, kiedy do synagogi przychodziło się odświętnie ubranym a świąteczny wygląd zakrywał wszystko, co wewnątrz. Chyba wiedział, że każdy, nawet gdy w danym momencie tego nie czuje i sprawia wrażenie zadowolonego, ma w sobie jakieś mniejsze lub większe bóle, które nie mijają. Patrzył ze współczuciem i widział ich zagubienie – zatrważający brak poczucia, że jest się na drodze, która dokądś prowadzi. To stan, w którym ktoś odbija się od jednego obowiązku do drugiego, od jednej przyjemności do następnej, i nie wie, co się z nim dzieje i dokąd to zmierza. My też jesteśmy zdolni do współczucia, obejmującego jednak tylko jedną sytuację, jedno zdarzenie – ktoś z niego wychodzi i nasze współczucie ustaje. Jego współczucie trwa, obejmuje całe życie, uprzedza kolejne upadki i jeszcze głębsze zagubienie. Dlatego mówi, że żniwo wielkie a robotników mało i zawsze będzie mało, bo ludzkich bolączek będzie ciągle przybywać i nie wyeliminuje ich materialna pomyślność. A że miłosierdzie można okazać wyłącznie każdemu z osobna, bo jest doświadczeniem dostępnym jedynie w bliskiej relacji, dlatego przywołuje swoich uczniów i udziela im mocy swego współczucia posyłając ich do tych, którzy go potrzebują.

Sobota, 10 tyg. Zw., 13.06.2020 Mt 5,33-37

Kiedy mówimy, chcemy, aby inni przyjmowali nasze słowa jako prawdziwe. Mówienie prawdy jest bowiem podstawą zaufania między ludźmi i w każdym jest ukryte pragnienie bycia osobą, której można ufać i na której można polegać. Czasami jednak ktoś podważa naszą prawdomówność zarówno w odniesieniu do ważnych spraw jak i błahych rzeczy codziennego życia. Czujemy wtedy, że kwestionuje nie tylko nasze słowa, ale także naszą osobę, że uważa nas za kogoś, kto źle widział, źle słyszał, źle ocenił i dlatego kogoś takiego nie możne brać poważnie. Nie chcemy czekać aż sprawa się wyjaśni, szukamy potwierdzenia naszych słów, podnosząc głos do krzyku, powołując się na innych ludzi, obdarzonych autorytetem lub w ostateczności przysięgając na Boga. Ta cała walka o to, aby inni uważali nas za osoby godne zaufania pokazuje, że jesteśmy istotami kruchymi i nie mamy w sobie mocy potwierdzenia samych siebie. Mówiąc: Niech wasza mowa będzie tak, tak, nie, nie, Jezus wzywa nas do złożenia w ręce Boga sprawę naszej prawdomówności, nawet jeśli trzeba będzie czekać na Jego poświadczenie. Powiedzenie prawdy w stopniu, w jakim ją znam i rozumiem, musi wystarczyć: ona sama się obroni, a co ponadto, może tylko ją zaciemnić.

Piątek, 10 tyg. Zw., 12.06.2020 Mt 5,27-32

Przykazanie ‘nie cudzołóż’ mówi o zewnętrznym czynie cudzołóstwa. Dopóki ktoś go nie popełni nie ma grzechu. Odnosi się ono do żony innego mężczyzny i jest wykroczeniem przeciwko niemu, a nie przeciw kobiecie, która nie jest w nim brana pod uwagę. Jezus daje własne rozumienie tego przykazania, włączając w jego treść osobę kobiety – każdej, niezależnie od jej statusu małżeńskiego lub pozycji społecznej. Kiedy kobieta pojawia się w przestrzeni publicznej spotyka się najpierw ze spojrzeniem mężczyzn, jej obecność przyciąga ich wzrok. Męskie spojrzenie może mówić: ‘jesteś piękna’ albo ‘podobasz mi się’. Może jednak wyrażać też pożądanie, które dla Jezusa jest cudzołóstwem popełnionym w sercu. Nie zabiera ono innemu mężczyźnie żony, gdyż nie ma czynu, jest grzechem wobec kobiety. Kiedy mężczyzna w obecności swojej żony patrzy pożądliwie na inną, reakcja jego żony mówi mu, że dopuścił się już cudzołóstwa w swoim sercu. Gdy jest sam, zazwyczaj nie uświadamia sobie tego grzechu, a polega on na tym, że traktuje kobietę wyłącznie jako uprzedmiotowione ciało a nie jako osobę, której nie można posiadać ani dowolnie rozporządzać jak rzeczą. Sygnalizuje mu to zachowanie kobiety, która rozpoznaje w jego spojrzeniu pożądliwość i czasami jej ulega, widząc w niej obietnicę bliskości i trwałej relacji – obietnicę, która zwykle się nie spełnia, bo niszczy ją męska chęć posiadania i dominacji. Dlatego oboje potrzebują nawrócenia – mężczyzna, żeby nauczyć się widzieć w kobiecie osobę, kobieta, żeby odzyskać własną godność i szacunek dla siebie.

Czwartek, 10 tyg. Zw., 11.06.2020 J 6,51-58 Uroczystość Ciała i Krwi Chrystusa

W innych ewangeliach dopiero w dzień przed śmiercią Jezus, dzieląc się chlebem z uczniami mówił, że to jest Jego Ciało. W dzisiejszym fragmencie u Jana mówi o tym, będąc w drodze. Dlaczego? Bo odtąd Jego obecność w geście dzielenia się chlebem, będzie im towarzyszyć na ścieżkach ich życia aż do końca. Nie mówi, ‘kto spożywa ten chleb’, sam, oddzielony od innych, w egoistycznej pobożności, oderwanej od wspólnoty. Mówi raczej, kto spożywa z tego chleba’, z chleba, którego jest mało, ale który potrafi nakarmić tłumy, bo zawsze jest go więcej niż ja potrzebuję i swoim nadmiarem wzywa, aby się podzielić z tymi, którzy pragną obecności. Tajemnica tego chleba zawiera się właśnie w obecności, ale ukrytej. Kiedy jemy zwykły chleb czujemy jego materialną postać, która znika, lecz zaspokaja głód i daje siły fizyczne. Najedzeni do syta tym chlebem pozostajemy jednak samotni. Kiedy spożywamy z chleba, który jest Jego Ciałem, fizyczna forma znika, ale pozostaje Obecność Kogoś, kto do nas mówi, komu odpowiadamy i z kim możemy podzielić się wszystkim, co przeżywamy. Obecność ta jest nie tylko dla mnie. Jako zawsze większa, obejmuje również tych, którzy jak ja doświadczają samotności i nie mogą się w niej odnaleźć. Wkracza ona w głąb, poza zewnętrzność ciała i ze swej głębi wydobywa bliskość, która wracając do ciała zmienia je i przez dotyk, muśnięcie, przytulenie, tworzy nierozerwalną więź. Być na Eucharystii i spożywać Jego Ciało to dzielić się Jego Obecnością, ukrytą w słowie i chlebie, we wspólnym wędrowaniu przez życie.

Środa, 10 tyg. Zw., 10.06.2020 Mt 5,17-19

Jezus przyszedł nie po to, aby znieść Prawo lub Proroków, ale żeby je wypełnić. Prawo i Prorocy zawierają reguły postępowania, które pomagają nam odpowiedzieć na pytanie, jak mam się zachować w danej sytuacji wobec bliźnich. Nie wymienia On jednak żadnego konkretnego przepisu ani prorockiej wskazówki, lecz podaje jako wiodącą, regułę najmniejszego przykazania. Kiedy jesteśmy na spacerze i do buta wpadnie nam drobny kamyk, na początku prawie go nie czujemy, po jakimś czasie zaczyna nam dokuczać, a kiedy po kilku kilometrach nie możemy już wytrzymać i zdejmujemy but, widzimy, że na stopie zrobiła się rana. Tak działa reguła najmniejszego przykazania: jeśli go pominiesz, bo mało ważne lub nieistotne, to w perspektywie dłuższego czasu efekt tego pominięcia może okazać się bardzo bolesny. Niech ten drobny kamyk wpadnie teraz do buta naszego towarzysza na spacerze. Nam idzie się komfortowo, nie chcemy się zatrzymywać, ale on na końcu drogi będzie miał zakrwawioną stopę. W byciu razem, nawet przez krótki czas liczą się drobne sprawy. Naucz się je traktować poważnie najpierw u siebie, żeby zrozumieć, jak ważne są również dla drugiego.

Wtorek, 10 tyg. Zw., 09.06.2020 Mt 5,13-16

Tych, którzy się odnaleźli w błogosławieństwach, Jezus nazywa solą ziemi. Nie znajdując uznania w oczach świata, mogą poczuć się niepotrzebni. Słyszą: jesteś nikim, nic nie znaczysz, nie masz żadnych wpływów i nikt się z tobą nie liczy. Wtedy ważna jest wierność sobie i przekonanie o wartości tego, co stanowi nasze wewnętrzne doświadczenie. W błogosławieństwach bowiem zawiera się mądrość życia, w którym dzielimy się z innymi tym, co tworzy wewnętrzną bliskość. Można budować sieć licznych znajomości, chwaląc się swoimi osiągnięciami i sukcesami, a jednocześnie nie mieć żadnych przyjaciół. W przyjaźni spotykamy się w naszych najgłębszych potrzebach, w prawdziwych i szczerych uczuciach, w cierpliwym i wiernym słuchaniu siebie nawzajem. Bez tej mądrości życie traci swój sens i staje się bezwartościowe jak sól, która zwietrzała i żadnej potrawie nie nadaje już smaku.

Poniedziałek, 10 tyg. Zw., 08.06.2020 Mt 5,1-12

Kiedy Jezus zobaczył tłumy ludzi, wszedł na górę i usiadł, a wtedy przyszli do Niego uczniowie, których powołał nad jeziorem Galilejskim. Wielu stojących u podnóża zostało przez Niego uzdrowionych i pewnie dlatego tak licznie się zgromadzili. To się ciągle powtarza: uzdrowienie jest po to, aby zapomnieć o nieszczęściu i chorobie i żyć jak ci, którym się pod każdym względzie powodzi. Zaczynając swoje kazanie na górze, Jezus koryguje ten rodzaj myślenia. Nazywając szczęśliwymi ubogich w duchu, zaskakuje wszystkich wizją życia, która idzie wbrew powszechnym przekonaniom i wydaje się być sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Ale On widzi ludzkie życie inaczej. My patrzymy z zewnątrz i oceniamy ludzi i siebie na podstawie tego, co posiadamy i co osiągnęliśmy. To wszystko buduje naszą pozycję w oczach innych, ale nie określa, jakimi jesteśmy osobami. Bo o tym decyduje to, co jest wewnątrz nas. Szczęśliwi ubodzy w duchu to ci, którzy się troszczą o wewnętrzną pomyślność, o to, by być w zgodzie ze swoim niedostatkiem i smutkiem, z byciem pominiętym i niezauważonym; także o to, by nie tłumić pragnienia sprawiedliwości dla zdobycia doraźnej korzyści i o to, by pielęgnować w sobie współczucie i szczerość, i cenić bardziej bycie razem niż rywalizację; a kiedy przyjdzie szyderstwo i cierpienie, złożyć je w ręce Boga. Takiej wizji życia nie da się zrealizować w tłumie. Trzeba się przyłączyć do Jego uczniów i iść do Niego na górę.

Niedziela Trójcy Świętej/A, 07.06.2020 J 3,16-18

Miłość to dziwne uczucie: jest, ale jej nie ma. Jest jako gotowość do kochania, nie ma jej w odniesieniu do konkretnej osoby. Ten stan uśpienia polega na tym, że czekamy aż ktoś swoim wyglądem, zachowaniem lub obecnością rozbudzi w nas zdolność kochania. Jakie to muszą być sprzyjające okoliczności, atrakcyjność czyjegoś wyglądu, sytuacji, w której się znalazł, żeby mogło to się stać? Z miłością Boga jest inaczej. Nie jest gotowością do kochania, lecz jest niewyczerpanym źródłem objawiającym się w działaniu. Bóg nie czeka, żeby kochać, lecz daje i posyła swego jedynego Syna niezależnie od okoliczności. Kochać nie czekając? Czy to jest w ogóle możliwe? Czekanie w miłości spowodowane jest uprzednią oceną, osądem: ten/ta/to mnie pociąga lub odpycha. Bóg posyłając Jezusa, nie sądzi, daje Go bezwarunkowo, aby każdy kto w Niego wierzy, otrzymał siebie samego w darze nowego, niezniszczalnego życia. W nim się zawiera siła bycia posłanym do kochania tych, którzy w danym momencie pojawiają się przed nami. Mamy więc wybór: albo ich ominiemy i pójdziemy dalej, czekając na lepszą okazję albo wbrew naszej ocenie zrobimy krok w ich kierunku i obdarzymy ich gestem lub czynem z nieprzebranego skarbca Jego miłości. 

Sobota, 9 tyg. Zw., 06.06.2020 Mk 12,38-44

Było wiele wdów, które czuły się zaszczycone, że mogą gościć w swoich domach uczonych w Piśmie i poczęstować ich wystawną ucztą. Ich zewnętrzny splendor, honorowe miejsca podczas spotkań religijnych i towarzyskich, rzucająca się w oczy pobożność, czyniły ich w oczach tłumu bardzo ważnymi osobami. Goszcząc ich u siebie, wdowy mogły myśleć i mówić: patrzcie, jaka jestem wyróżniona – był u mnie uczony w Piśmie. I może jeszcze mały portrecik z nim, żeby pochwalić się przed znajomymi. To ważność zapożyczona od kogoś, kto tylko stwarza pozory wielkości, a wewnątrz jest pusty i niezdolny do zbudowania prawdziwej więzi. Czy jest jakaś wdowa, która ma poczucie własnej wartości, niezapożyczonej od tzw. ważnych osób? Jezus usiadł przed skarboną w świątyni w nadziei, że taką znajdzie. I znalazł: w paradzie bogatych, przekonanych o swej wielkości jakaś biedna wrzuciła jeden grosz. Jezus zwraca się do swoich uczniów, podkreślając, że ona wrzuciła najwięcej, bo dała wszystko, co miała. Ten jeden grosz odpowiada temu, kim ona jest. Mogła pożyczyć i dać więcej, pokazując innym, że jest kimś większym niż w rzeczywistości. Być na zewnątrz dokładnie tym, kim się jest wewnątrz: odpowiedniość trudna do osiągnięcia, bo chyba lubimy stwarzać pozory i nimi karmić swoje poczucie wartości. Jak do tego dojść? Naśladując Jezusa, który ukrył swoje Synostwo Boże pod postacią sługi, dając się rozpoznać jedynie przez będących blisko.

Piątek, 9 tyg. Zw., 05.06.2020 Mk 12,35-37

Osoba Jezusa i Jego nauka są ściśle ze sobą związane. Od tego, kim On jest zależy to, jak będzie się traktować Jego ewangelię. I odwrotnie: to, w jaki sposób odnosimy się do Jego ewangelii, pokazuje, jaką rolę odgrywa On w naszym życiu. Nasza tradycyjna religijność, z którą nie potrafimy się jakoś rozstać, uczyniła z Jego osoby puste imię, bez treści, bo ona zawiera się w Jego ewangelii, opowiadającej o Jego losach. A tej przecież nie czytamy, nie przyjmujemy do siebie, nie zatrzymujemy w pamięci, nie przekładamy w nasze czyny i zachowania. Dlaczego? Bo nasze własne imię i imię naszych bliźnich też jest puste. Nie przywiązujemy wagi do tego, co mówimy, jak postępujemy i tak samo lekceważąco traktujemy innych. Komentując stwierdzenie Dawida z Ps 110, Jezus widzi nie tylko siebie jako kogoś, będącego kimś więcej niż tylko jego potomkiem, ale uczy dostrzegać także w innych osoby mające udział w Jego wyjątkowej relacji z Bogiem. Może więc zaczniemy być bardziej uważni w stosunku do samych siebie. I może zaraz potem dojdzie do nas, że jeśli ktoś jest dla nas naprawdę ważny, to trzeba z powagą odnosić się do jego słów i do tego, co robi.

 

Czwartek, 9 tyg. Zw., 04.06.2020 Mt 26,36-42 Święto Jezusa Chrystusa, Najwyższego Kapłana

Kiedy Jezus zapowiadał, że Piotr się Go zaprze, on zapewniał: Jeśli musiałbym razem z Tobą umrzeć, nie wyprę się Ciebie. Jezus mu nic nie odpowiedział, zostawił go samego z tym mocnym zapewnieniem, w którym deklaruje być blisko Niego i pozostać Mu wiernym do końca. Będę zawsze z tobą i cię nie opuszczę: często powtarzana deklaracja. I oto zaraz pojawia się okazja, żeby to sprawdzić. Jezus przychodzi z uczniami do Getsemani i poleca im usiąść, a sam się oddala, aby się modlić. Oni są tu, On jest tam. Ale bierze ze sobą najbliższych: Piotra i dwóch synów Zebedeusza, aby byli z Nim, jak w wielu wcześniejszych wydarzeniach. Właśnie im, którzy są blisko mówi o swoim smutku i trwodze przed zbliżającą się śmiercią, i prosi, aby razem z Nim czuwali. Takie chwile przeżywa się w samotności, przed Bogiem. Dlatego idzie On nieco do przodu, aby o swej śmierci mówić do swego Ojca. Uczniowie mają Go w zasięgu wzroku, nie odszedł daleko. Czy będą patrzeć i Mu towarzyszyć w najtrudniejszym momencie Jego życia? Nie, zasnęli, dopadło ich zmęczenie spowodowane zapewnianiem Go, że będą z Nim. Wierność drugiemu nie bierze się z pewności siebie ani z tego, co jest w nas mocne, lecz z uznania własnej kruchości, która potrzebuje Boga jako źródła współczucia, i która w nim rozpoznaje kruchość drugiego.

Środa, 9 tyg. Zw., 03.06.2020 Mk 12,18-27

Nie tylko Saduceusze z czasów Jezusa, ale wielu innych ludzi uważało i uważa, że nie ma żadnego zmartwychwstania. Według nich do życia potrzebne jest wyłącznie prawo, regulujące zasady postępowania w byciu razem. Chcieli Jezusa ośmieszyć, podając przykład kobiety, która zgodnie z przepisem prawa musiała poślubić po kolei siedmiu braci, umierających bezdzietnie. Ich dyskredytujące Go pytanie brzmiało: którego z nich będzie żoną przy zmartwychwstaniu? Odpowiedź Jezusa jest prosta: czy nie dlatego błądzicie, że nie znacie Pisma ani mocy Boga? Dla Saduceuszów moc Boga ogranicza się do pomocy w wypełnianiu prawa, dla Jezusa obejmuje całe życie, łącznie ze śmiercią. Śmierć zrywa relacje między ludźmi, ale czy zrywa też relację z Bogiem? W lęku przed śmiercią tracimy z oczu naszych bliźnich i żadne prawo nie pomoże nam zachować więzi z nimi. Czy strach jest barierą odgradzającą nas od Boga tak jak oddziela nas od ludzi? Istnieje w nas pragnienie więzi, która wykracza poza zasady prawa, więzi głębszej niż lęk przed śmiercią, takiej, w której spotykają się ludzkie osoby w absolutnej otwartości, bez uprzedzeń i stereotypów, wynikających z prawa. Dlatego Jezus przywołuje Mojżesza, do którego Bóg mówi z ognistego krzewu, zanim ogłosił prawo i przykazania: Ja jestem Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba. Jego bycie z każdym z nich oddzielnie musi być silniejsze od śmierci. Nie jest więc On Bogiem umarłych, lecz żyjących.

Wtorek, 9 tyg. Zw., 02.06.2020 Mk 12,13-17

Państwu (cezarowi) oddajemy tylko podatki i wynikające z nich obowiązki, ale nie oddajemy duszy, nie oddajemy uczuć, zwłaszcza tych najlepszych, które mieszkają w duszy. Niektórzy są gotowi oddać państwu i ciało i duszę, wtedy jednak spodziewają się od rządzących tego, czego można oczekiwać tylko od Boga. Kiedy religijny człowiek powierza swoją duszę państwu, to z cezara tworzy bożka, któremu będzie musiał niewolniczo się kłaniać. Dusza należy wyłącznie do Boga. To rodzaj oddania, które nie pozwala zaangażować naszych najgłębszych pragnień w doraźne, zewnętrzne sprawy, jakby od ich przebiegu zależała nasza przyszłość i całe nasze życie. Duszę oddajemy Bogu, który jej nie zatrzymuje dla siebie, lecz nasze wewnętrzne zaangażowanie, oczyszczone z egoizmu kieruje ku naszym bliźnim. To jest właśnie droga Boża zgodna z prawdą, której naucza Jezus.

Poniedziałek, 9 tyg. Zw., 01.06.2020 J 19,25-34 Święto Matki Kościoła

Powierzając swojej Matce umiłowanego ucznia, a uczniowi zlecając opiekę nad swoją matką, Jezus pokazuje, czym jest odpowiedzialność w naszych relacjach z innymi. Żyjemy zawsze w dwóch wymiarach: wspólnoty (Matka Jezusa), bo ona nas uprzedza oraz własnej, osobistej historii (Jego uczeń), którą odkrywamy stopniowo. Zwykle czujemy się odpowiedzialni jedynie za własne życie lub naszych najbliższych. Wspólnota w jej szerszym wymiarze, obejmującym dziesiątki ludzi, z którymi się spotykamy, rozmawiamy, coś razem robimy, raczej nas nie obchodzi. Nie interesuje nas, w jakiej kulturze żyjemy, jak ludzie siebie traktują, w co wierzą, jakie mają przekonania. Nie zdajemy sobie sprawy, ile rzeczy z naszego społecznego środowiska – stereotypowe myślenie, schematy zachowań – wsącza się w nasze umysły, uczucia i postrzeganie świata. Po słowach Jezusa, uczeń wziął Jego Matkę do siebie. Jak mógł to zrobić, skoro ciągle stoją oboje pod krzyżem? To rodzaj wewnętrznej decyzji, która ma taką siłę, jakby była już dokonanym czynem. Żadne trudności i przeszkody nie odwiodą go od niej. Wspólnoty, w których żyjemy, tworzące rozszerzające się kręgi, mogą przechodzić różne kryzysy. Można się wycofać i zamknąć się w sobie, albo przyjąć odpowiedzialność za nie, którą Jezus zleca nam ze swego krzyża.

 

Niedziela Zesłania Ducha Świętego/A, 31.05.2020

W pieśni angielskiego poety Marvell’a (XVII w.) występuje kosiarz, który kosi łąkę. Jest pochłonięty cięciem trawy, cały na niej skupiony, aż przychodzi Julianna i to, co on robił z trawą, ona zrobiła z jego myślami i z nim samym.Jej pojawienie się tnie jego myśl tak głęboko, że odwraca całą jego uwagę od tego, czym się dotąd zajmował i kieruje ją ku jej osobie. Cięcie ma traumatyczny przebieg, czyni go kimś nowym, nie jest już kosiarzem, lecz mężczyzną, do którego Bóg przyprowadza kobietę. Przyjście zmartwychwstałego Jezusa przez zamknięte drzwi wygląda podobnie, cięcie jest nawet głębsze, bo pokazując im swoje ręce i bok odciśnie w nich obraz Swego ukrzyżowania, który pozostanie w ich pamięci i myśleniu już do końca ich życia. To inny rodzaj wstrząsu niż przed Jego śmiercią. Tamten był w smutku, ten – w radości, ale ukrytej w mocy Ducha, w którym człowiek otrzymuje od Boga największy i najważniejszy dar potrzebny mu w relacjach z innymi: zdolność przebaczania sobie i innym. Z jednym ograniczeniem: nie można przebaczać w zastępstwie ofiar. Krzywdzicielom mogą przebaczyć tylko pokrzywdzeni, w przeciwnym razie pierwsi będą dalej wyrządzać krzywdy, powiększając liczbę pokrzywdzonych.

Sobota, 7 tyg. Wielkanocy, 30.05.2020 J 21,20-25

Jezus mówi najpierw do Piotra ‘Paś owce moje’, a potem ‘Pójdź za Mną’. Idąc za Nim, Piotr odwrócił się i zobaczył za sobą, ucznia, którego On miłował, a który na jego prośbę podczas ostatniej wieczerzy, zapytał Jezusa, kto Go zdradzi. Wtedy Piotr pytał, kim jest zdrajca i pewnie poczuł się lepiej, że nie jest nim on, zapewniając Jezusa, że odda za Niego życie, by kilka godzin później trzy razy się Go zaprzeć. Teraz pyta Jezusa o los Jego umiłowanego ucznia. Piotr chce wiedzieć, jakie plany ma On wobec niego. Przyjmując odpowiedzialność za Jego owce, myśli, że troszczyć się o drugiego to wiedzieć o nim wszystko, ale tego rodzaju wiedza może łatwo stać się potężnym narzędziem kontrolowania innych. Można ją wykorzystać, aby wpływać na czyjeś decyzji, manipulować, grozić i uzależniać od siebie. Dlatego Jezus odpowiada mu stanowczo i raczej niegrzecznie: A co ciebie to obchodzi? Ty pójdź za Mną. Piotr nie będzie miał dostępu do relacji między Jezusem a Jego umiłowanym uczniem, o ile ten ostatni nie podzieli się z nim. Będzie też musiał się nauczyć, że ważniejsze jest, aby samemu iść za Nim i od Niego uczyć się troski o innych, pozostając w świętej niewiedzy, która jest miarą wiary w moc Jego słowa większego niż cały świat.

Piątek, 7 tyg. Wielkanocy, 29.05.2020 J 21,15-19

Zmartwychwstały Jezus spotyka się ze swoimi uczniami po raz trzeci i ostatni, jednak nie w Jerozolimie, ale w Galilei, w miejscu, w którym spotkali się pierwszy raz na początku ich wspólnej drogi. Zmartwychwstanie więc nie tylko otwiera nową przyszłość, lecz również obejmuje i przenika wszystkie wydarzenia przeszłości, dotąd nie zbadane, nie poddane ocenie, po prostu wrzucone bez ładu i składu do jednego worka pamięci. Dzielimy się wspomnieniami, jak było, ale nie pytamy, co się z nami i innymi działo i dlaczego. Czy ma to związek z trzykrotnym pytaniem Jezusa, skierowanym do Piotra, czy Go miłuje? Za pierwszym i drugim razem Piotr odpowiada, że Go kocha, myśląc pewnie o całej drodze, którą razem przeszli i o raczej pozytywnych przeżyciach. Przy trzecim razie ogarnia go smutek. To ten smutek, którego zabrakło po jego trzykrotnym zaparciu się Jezusa przed Jego śmiercią. Wtedy nie było w nim skruchy, raczej odrętwienie i gdyby nie zmartwychwstanie nie pojawiłaby się wcale. Dopiero doświadczenie spotkania z Jezusem wzbudza żal, pominięty w wielu wydarzeniach naszej przeszłości. Te nieopłakane szczerze i głęboko sytuacje krzywdy wyrządzonej sobie i innym blokują naszą zdolność kochania. Skrucha Piotra toruje drogę wyznaniu: Panie, Ty wszystko wiesz, Ty znasz mnie i wiesz, że Cię kocham. A wtedy Jezus mu odpowiada: Paś owce moje. Odtąd Piotr wie, że zapierał się Jezusa w wielu innych wydarzeniach swego życia, także w tych, kiedy jeszcze Go nie znał. Zapieranie się Go oznacza bowiem zaparcie się miłości do tych, których On powierza naszej trosce.

Czwartek, 7 tyg. Wielkanocy, 28.05.2020 J 17,20-26
Nie możemy kochać, jeśli sami nie czujemy się kochani. Nie kochając, traktujemy siebie i innych z góry i z zewnątrz, uciekając się do władzy, która wymusza bycie razem i narzuca siłą jedność myślenia i działania. Właśnie władza nad innymi jest bardzo wyraźnym znakiem braku miłości: zamiast kochania rządzenie. Tkwimy w tym niekochaniu całe lata, choć z początku może czekaliśmy na kogoś, kto nas obdarzy swoją miłością. Ale potrzeba miłości jest zawsze większa. Kto mógłby ją zaspokoić? Kiedy Jezus mówi o Bogu, nazywając Go swoim Ojcem, to wyznaje, że On jest w Nim, nie na zewnątrz. Tak samo mówi o swoich uczniach, że On jest w nich: Ja w nich, a Ty we Mnie. Nasze ludzkie kochanie mimo naszych najlepszych intencji jest jakoś bardzo zewnętrzne, nie wchodzi do środka i jest w nim więcej niekochania niż miłości. Kochać wewnątrz może tylko On, gdyż wie, co to znaczy mieć miłość Boga w sobie, miłość wyzbytą władzy i rządzenia, miłość obdarzającą czułością w najbardziej nieoczekiwanych momentach i wynajdującą ciągle nowe, zaskakujące gesty. Tak kochać można tylko przez Niego, pozwalając wkroczyć Jego słowu i wnieść miłość Boga w te wydarzenia naszego życia, w których czuliśmy porzuceni i niekochani. A wtedy zobaczymy prawdziwą potrzebę miłości ukrytą wewnątrz.

Środa, 7 tyg. Wielkanocy, 27.05.2020 J 17,11-19

W swojej modlitwie do Ojca Jezus mówi o uczniach: kim są dla Niego i jaką rolę odegrali w Jego życiu. Najpierw widzi w nich osoby, które Bóg postawił na Jego drodze. Wszystkie spotkania i bycie z nimi nie były przypadkowe. Każda ich obecność Była wyzwaniem: jak się wobec nich zachować, czym się z nimi podzielić, jakim być dla nich. Jezus czuje się do nich posłany, aby im przekazać słowo, które otrzymał od Ojca. I jest to słowo prawdy, które ich wyzwala z zależności i niewoli myślenia i postępowania według ducha świata. Ale jest to również słowo, które ich strzeże i chroni, z jednym wyjątkiem: wspomina Judasza, nazywając go synem zatracenia. Judasz wyszedł z wieczernika w noc, zanim Jezus rozpoczął swoją pożegnalną mowę. Nie słyszał już słów, które mogłyby go ustrzec od złego: chciał sam się uratować, a mógł wytrwać w oczekiwaniu aż uratuje go Jego słowo. I choć Piotr się Go zaparł a pozostali uciekli, to słowo, które wtedy słyszeli, ocaliło ich. Kiedy słuchali Go w strachu i niezrozumieniu, nie myśleli, że Jego słowo będzie im towarzyszyć i podtrzymywać w tym, co będą przeżywać, i że zaprowadzi ich do pustego grobu, otwierając przed nimi przyszłość nowego innego życia.

Wtorek, 7 tyg. Wielkanocy, 26.05.2020 J 17,1-11

Jezus kończy swoją ostatnią rozmowę z uczniami modlitwą skierowaną do Boga. Rozmawiając z nimi patrzył na nich, przekazując im w przededniu swej śmierci najważniejsze dla Niego i dla nich słowa. Ale teraz odwraca od nich oczy i podnosi je ku niebu. Są zamknięci w wieczerniku i jest noc. Jego spojrzenie wznosi się tak wysoko, że dosięga Tego, który obejmuje wszystko, całą rzeczywistość, wszystko co jest, co było i będzie. I co widzi? Całe swoje życie wraz ze swoją śmiercią objęte zamysłem Ojca. Nie tylko to, widzi też istotę życia, czym ono naprawdę jest i czym zawsze będzie: aby Ciebie znali jedynego prawdziwego Boga i Tego, którego posłałeś, Jezusa Chrystusa. Znać Boga to wysoko patrzeć, wystarczająco wysoko, aby poczuć, że Jego obecność ogarnia mnie całego, z całą moją historią i z wszystkimi pragnieniami, które dopiero się obudzą. Znać Jezusa, którego On posłał to widzieć siebie i wszystkie swoje relacje z innymi w świetle Jego słowa i pozwolić, aby On je zmieniał i rozwijał. Chyba patrzymy za nisko, rozglądając się jedynie wokół bieżących spraw. I chyba też widzimy niewiele, bo tylko własne doraźne plany, które nie pozwalają dostrzec samego siebie i obecności innych. Kto jednak usłyszy modlitwę Jezusa jak Jego uczniowie, podobnie jak oni będzie się mógł odnaleźć w Jego spojrzeniu wzniesionym ku niebu, kiedy przyjdzie na nowo w mocy Ducha.

Poniedziałek, 7 tyg. Wielkanocy, 25.05.2020 J 16,29-33

Otwarte mówienie Jezusa o swojej śmierci jako pójściu do Ojca jest dla uczniów wreszcie zrozumiałe. Uspokaja ich to, że wie On wszystko, a przez to ma pełną kontrolę nad tym, co ma się wydarzyć. Kiedy nie da się przewidzieć, co będzie dalej, wkrada się niepewność i życie toczy się jakby w zawieszeniu i w oczekiwaniu na odzyskanie kontroli nad nim. Dlatego utożsamiają wiarę z wiedzą: teraz wierzymy, że od Boga wyszedłeś, a więc masz władzę nad śmiercią, która nic nie może Ci zrobić. Ale Jezus pozbawia ich złudnego przekonania, że życie polega na tym, aby mieć całkowitą kontrolę nad wszystkim, łącznie ze śmiercią. Pyta ich: Teraz wierzycie? Nadchodzi godzina, że się rozproszycie, każdy w swoją stronę. Zbliża się sytuacja, nad którą nie będą mogli zapanować, będą ratować się ucieczką, zostawiając Go samego. Wytrwać przy kimś w zagrożeniu i nie uciec to zbyt trudne. Uciekając, odzyskuje się kontrolę nad własnym życiem, w którym nie trzeba się już martwić o los drugiego. Jezus idzie ku swej śmierci bez chęci zapanowania nad nią, bo Jego Ojciec będzie z Nim. I ta więź jest Jego zwycięstwem. Odtąd każdy może wytrwać w ucisku i nie uciekać, bo doświadczając obecności Boga będzie mógł być z drugim, który go potrzebuje.

7 Niedziela Wielkanocy/A, 24.05.2020 Mt 28,16-20 Wniebowstąpienie Jezusa

Bóg ustanowił Jezusa Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem, Pełnią Tego, który napełnia wszystko wszelkimi sposobami. List do Efezjan interpretuje wniebowstąpienie Jezusa jako przekazanie Mu przez Boga władzy nad wspólnotą kościoła. Głowa to myślenie, od którego zależy funkcjonowanie całego ciała. Myśl kształtuje też uczucia: albo je tłumi i zniekształca, albo rozbudza, oczyszcza i nadaje im siłę nowego życia. Myślenie Jezusa zawarte jest w Jego ewangelii, bez niej ciało, którym jest kościół, będzie jak bez głowy – martwe. Dlatego poleca On swoim uczniom, aby nauczali wszystkie narody, nauczali a nie rządzili. O kruchości władzy nauczania wiedzą wszyscy nauczyciele, Jego uczniowie również, gdyż niewiele z Jego nauk rozumieli i byli wyjątkowo oporni w przyjmowaniu Jego słów. Niektórym się wydaje, że nauczanie będzie bardziej skuteczne, gdy zastosuje się siłę i strach. Przymuszony i wystraszony uczeń będzie powtarzać, ale niczego nie zrozumie, a tym bardziej przyswojonej wiedzy nie będzie potrafił zastosować. I oto mamy obraz chrześcijaństwa bez Jezusa i Jego ewangelii za to z władzą jakiej nie pogardziliby najwięksi władcy tego świata. W naszym osobistym życiu może być podobnie: zamiast się ciągle uczyć i poznawać lepiej rządzić i starać się mieć wszystko pod swoją kontrolą.

Sobota, 6 tyg. Wielkanocy, 23.05.2020 J 16,23-28

Dlaczego Jezus właśnie w swojej mowie pożegnalnej zachęca uczniów, aby wyrażali swoje prośby do Ojca przez Niego (w Jego imię)? Uczniowie są przerażeni, słysząc o Jego odejściu, strach tłumi wszystko, nie dopuszcza do głosu żadnych ich potrzeb. Jedyną jest opanować lęk i przezwyciężyć lub przetrwać zagrożenie. Siła wiary w Jego zmartwychwstanie na tym polega, że w konfrontacji z trudnymi sytuacjami życia, potrafimy obok strachu dostrzec nie tylko inne swoje potrzeby i pragnienia, lecz także potrzeby tych, którzy są wokół nas i oczekują naszej pomocy. Nie możemy jej udzielić, bo paraliżuje nas niepokój i zajmujemy się tym, jak sobie z nim poradzić. Zostawiamy ich samym sobie. Mówiąc o swojej śmierci jako odejściu do Ojca Jezus oswaja lęk i nie pozwala mu rządzić sobą. W taki sposób uczniowie nigdy nie prosili Ojca, gdyż pomijali strach swój i innych. Stając twarzą w twarz ze swoimi lękami w Jego obecności, możemy odkryć prawdziwe potrzeby swoje i bliźnich, a Bóg w swojej Ojcowskiej dobroci zawsze na nie odpowie.

Piątek, 6 tyg. Wielkanocy, 22.05.2020 J 16,20-23

Jezus mówi o swojej śmierci w taki sposób, w jaki mogą ją przeżywać Jego uczniowie. Nie myśli tylko o swoim odejściu, ale też o tym, jak trudnym doświadczeniem będzie ono dla nich. Dotyka Go nie tylko własny smutek, ale także ich. I ten ich smutek włącza w swój. To znaczy, że wszystkie trudne momenty życia przeżywamy w relacji do innych. Te najtrudniejsze przyrównuje do sytuacji kobiety, która ma rodzić: nie widzi jeszcze swego dziecka, lecz wie, że ono jest w niej. Gdy zbliża się poród, doznaje smutku, bo niesie on zagrożenie, rodzi w bólach, lecz gdy zobaczy swoje dziecko, następuje radość, która wymazuje pamięć o bólu. Jezus poszerza jednak jej widzenie, mówiąc o narodzonym dziecku: człowiek przyszedł na świat. Pozwala jej zobaczyć jego przyszły rozwój, dorastanie, wchodzenie w dorosłość, przewyższające ból rodzenia. Śmierć Jezusa jest dla uczniów takim właśnie rodzeniem w bólach. Gdy ich zobaczy w wydarzeniu zmartwychwstania jak kobieta po urodzeniu dziecka, rozpocznie się ich nowe życie: nowy człowiek pojawi się w świecie.

Czwartek, 6 tyg. Wielkanocy, 21.05.2020 J 16,16-20

Gdy zbliżał się czas Jego odejścia, Jezus powtarzał tym, którzy Go słuchali: jeszcze krótko jestem z wami. Teraz w przeddzień męki mówi swoim uczniom: jeszcze chwila i nie będziecie Mnie widzieć, i znowu chwila, a zobaczycie Mnie. Ale oni nie rozumieją tego. Otwarte mówienie o śmierci jest dla nich za trudne, choć jest częścią życia. Zrozumieją to po Jego zmartwychwstaniu, które pozwoli im doświadczyć takiej Jego obecności, że będą potrafili mówić równie otwarcie o najtrudniejszych wydarzeniach swego życia, o wszystkich smutkach, rozczarowaniach i zawiedzonych nadziejach. Kiedy przeżywamy smutek lub jakąś przykrość, czekamy aż minie i będziemy mogli się cieszyć innymi rzeczami: to nasze smutki i nasze radości, nie ma między nimi żadnego związku. Jezus obiecuje uczniom, że ich smutek spowodowany Jego odejściem zamieni się w radość z Jego zmartwychwstania. To smutek, który nie mija, żeby zrobić miejsce na radość z czegoś innego, gdyż daje on siłę kochania tych, którzy są smutni, zrozpaczeni i opuszczeni, i dopiero wtedy zamienia się w radość, nie z rzeczy, lecz z bycia dla innymi.

Środa, 6 tyg. Wielkanocy, 20.05.2020 J 16,12-15

Ktoś powiedział, że nie czyta książek, bo prawie nic z nich nie rozumie. Gdybyśmy mieli czytać tylko to, co rozumiemy, nigdy byśmy się nie dowiedzieli niczego nowego. Bo nowe to właśnie to, czego nie rozumiemy. Kiedy Jezus umywał Piotrowi nogi, a ten protestował, powiedział mu: tego, co Ja czynię, ty jeszcze nie wiesz, ale poznasz to później. Teraz mówi do wszystkich: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, lecz obecnie nie możecie tego znieść. Istnieje zatem rodzaj prawdy trudny do przyjęcia, takiej, która boli, wiedza boli. Wtedy lepiej powiedzieć: nie rozumiem, o czym mówi i zaraz potem odejść do tego, co się rozumie i żyć w martwym samozadowoleniu. Jednak można też powiedzieć: choć boli, chcę zrozumieć i zmienić się, żeby żyć inaczej. Dlatego Jezus daje uczniom nadzieję, że kiedy przyjdzie On, Duch Prawdy, poprowadzi ich do całej prawdy, a droga, po której będzie ich prowadził, rozciągnie się na całe ich życie. Nie rozumiemy, bo prawda zawsze większa jest od nas, nie tylko prawda dotycząca świata czy drugiego człowieka, ale również ta, odnosząca się do nas samych, do tego, kim jesteśmy i do czego jesteśmy zdolni. Czytamy ewangelie (Pismo) i inne książki nie dlatego, że wszystko w nich rozumiemy, lecz tylko z tego powodu, że chcemy zrozumieć więcej z naszego życia, świata i Boga, który to wszystko obejmuje.

Wtorek, 6 tyg. Wielkanocy, 19.05.2020 J 16,5-11

Kiedy Jezus mówi do uczniów o swoim odejściu do Ojca, nazywając Go Tym, który Go posłał, dostrzega w ich twarzach smutek, wypełniający ich serce. Ludzkie smutki mogą być różne i mogą mieć różne przyczyny. Ten smutek, spowodowany odchodzeniem Jezusa jest inny od pozostałych. Wszystkie nasze smutki mają jedną cechę: trwają tak długo aż wreszcie pogodzimy się ze stratą lub doznaną krzywdą i pozwolimy na zabliźnienie ran. Jezus odchodzi do Tego, który Go posłał, a to oznacza, że uczniowie muszą się cofnąć, do początku swojej drogi z Nim. To smutek, w którym muszą sobie odpowiedzieć na pytanie o sens całego bycia z Nim. Czy po Jego odejściu mają żyć tak, jakby Go nigdy nie spotkali? Czy mają wybrać z Jego nauk kilka życiowych rad i wprowadzić je w swoje niezmienione życie? Czy mają patrzeć na świat i ludzi tak samo jak wcześniej i nie dostrzegać w nim żadnej różnicy widocznej w spojrzeniu, które On miał? Dużo pytań, a wszystkie w tym jednym smutku. Odpowiadając na nie będą się zmieniać tak głęboko aż ich spojrzenie i postępowanie stanie się podobne do Jego. Smutek więc, który zmierza ku nawróceniu zawsze wymaga rozrachunku z całym życiem.

Poniedziałek, 6 tyg. Wielkanocy, 18.05.2020 J 15,26-16,4

Przeciwności losu, trudności w życiu i wrogość ze strony innych zawsze zaskakują, uderzają nagle i bez uprzedzenia. Dlaczego prawie nikt nie jest na nie przygotowany? Bo chyba zawsze spodziewamy się wyłącznie czegoś dobrego od życia, nawet gdy przeczą temu fakty z naszej przeszłości. A może też dlatego, że mamy naiwnie optymistyczny pogląd na ludzką naturę, a przede wszystkim na siebie samych: przecież ja jestem tak dobry, dlaczego mnie spotyka nieszczęście lub niechęć ze strony innych? Jezus nie jest naiwny. Wie, że ludzie mogą krzywdzić innych nie tylko z powodu konfliktu interesów lub zazdrości, ale także w przekonaniu, że oddają cześć Bogu, jak św. Paweł prześladujący chrześcijan przed swoim nawróceniem. Wypowiadając te słowa do uczniów chce ich uchronić przed załamaniem się i zniechęceniem, które po nim może nastąpić: nie warto być dobrym ani uczciwie postępować, trzeba przyjąć reguły świata. Niestety kilka chwil później Piotr zapomniał albo nie zrozumiał, co Jezus powiedział, bo wyciągnął miecz, aby Go obronić przed aresztowaniem: pamiętajcie, że Ja wam to powiedziałem, gdy nadejdzie ich godzina. I właśnie dlatego przeżywamy załamania, targają nami wątpliwości, odechciewa się nam żyć i czynić dobro, bo nie pamiętamy Jego nauk.

6 Niedziela Wielkanocy/A, 17.05.2020 J 14,15-21

Dlaczego Jezus chce prosić Ojca, aby dał innego Wspomożyciela? Czy słowo Jezusa nie wystarczy? Uczniowie wielokrotnie byli w sytuacji, w której słuchali Jego nauki i nic z niej nie rozumieli. Od czego to zależy? Od Ducha Prawdy, który przychodzi od Boga. Bez Niego ze słuchania nic nie wynika. Kim jest ten Ducha Prawdy? Świat nie może Go przyjąć, gdyż Go nie widzi i nie zna. W świecie ludzie chcą się pokazać, stać się widoczni i rozpoznawalni i oczywiście mieć jak najwięcej polubień. A co z myślami, pragnieniami i z całym wewnętrznym życiem, którego nie można pokazać (na ekranie), a który mocniej wpływa na czyjeś postępowanie niż to, co widoczne? Polubienia nie dadzą pociechy, a jeśli już, to tylko na krótko, bo pochodzą ze świata, który nic nie wie o tym, co wewnątrz. Istnieją więc dwa rodzaje pociechy. Jedna z zewnątrz, gdy ktoś lub coś wspiera nas, nie wiedząc, co się z nami dzieje w środku. Jest i druga pociecha, która dotyka prawdy tego, co my sami wiemy o sobie, a czego nie potrafimy w pełni wyrazić. To pociecha, w której czujemy, że ktoś naprawdę nas rozumie i w tym rozumieniu pozostanie z nami na zawsze.

Sobota, 5 tyg. Wielkanocy, 16.05.2020 J 17,20-26

W ostatniej części mowy w przeddzień swojej śmierci Jezus modli się do Boga za swoich uczniów i za tych, którzy będą wierzyć dzięki ich słowu. Modli się o ich jedność, choć wie, że za chwilę, gdy zostanie aresztowany, wszyscy oni się rozproszą i stanie się tak jak zapowiadał, że Judasz Go zdradzi, Piotr Go się zaprze, a pozostali uciekną. I żadna siła nie utrzyma ich razem ze sobą. Strach rozerwie ich wspólnotę i każdy pójdzie w swoją stronę, aby ratować swe życie. Z lęku, żeby siebie nie stracić, zamykamy się w sobie i oddalamy się od tych, którzy są blisko, nie mówiąc o tych, którzy są daleko. Uczniowie będą musieli przejść do końca drogę rozproszenia, aby zrozumieli, że wszystkie więzi, jakie zbudowali między sobą, nie wytrzymują próby zagrożenia: gdy pojawia się strach, każdy myśli wyłącznie o sobie. Kiedy niebezpieczeństwo minie a wraz z nim i strach, wrócimy do siebie nawzajem, ale tylko do następnego razu, co pokazuje, jak płytkie i powierzchowne są nasze relacje. Źródłem prawdziwych i niezniszczalnych więzi między nami jest więź Jezusa z Jego Ojcem, a do niej mamy dostęp jedynie przez wiarę w Jego słowo. Dzięki niej możemy wewnątrz siebie poczuć się bezpieczni i nie uciekać od siebie i od innych, budując trwałą jedność między nami.

Piątek, 5 tyg. Wielkanocy, 15.05.2020 J 15,12-17

Dlaczego Jezus, zwracając się do uczniów, podkreśla: ‘nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem’? Ktoś niewybrany czuje się pominięty, a kiedy takich momentów niewybrania będzie wiele, może dojść do przekonania, że jest nikomu niepotrzebny i zbędny. Kto kocha, zawsze wybiera tego, kogo obdarza swoją miłością, skupia na nim swoją uwagę i swoim spojrzeniem wszędzie mu towarzyszy. Kto doświadczy takiej miłości zmienia się i zaczyna inaczej patrzeć na siebie, swoje życie i na innych. Dochodzi bowiem do wniosku, że chyba od początku był wybrany, ale nie potrafił w tym wybraniu dostrzec miłości. Oczywiście, czując się niekochanym, można również wybrać kogoś dla siebie, nie z miłości do niego, lecz po to, żeby mieć jego miłość. To wybór zniewalający: będziesz mnie kochał, bo nikt inny mnie nie kocha. Dlatego Jezus dodaje: i wyznaczyłem was, abyście szli i owoc przynosili. W miłości Jezusa do uczniów, każdy z nich jest wolny i przez to zdolny do okazania miłości między sobą. Odwzajemniają Jego miłość wtedy, gdy kochają siebie nawzajem.

Czwartek, 5 tyg. Wielkanocy, 14.05.2020 J 15,9-17

Czy niewolnik może kochać? Raczej nie, gdyż wszystko wykonuje pod przymusem i ze strachu, że za niewykonanie może dostać karę. Czy niewolnik może przyjąć miłość? Też nie, bo jej nie rozumie, wykracza poza jego wyobraźnię, nie jest w stanie pojąć, że ktoś chce go kochać, przecież jest tylko niewolnikiem, nadającym się wyłącznie do wykonywania rozkazów. A jak Jezus kocha? Jego miłość jest inna, niepodobna do naszej, gdyż w każdym z nas tkwi jakaś cząstka myślenia niewolnika. Kochając, On, Pan widzi w swoich uczniach przyjaciół, a nie niewolników. To miłość, która nie uzależnienia i nie podporządkowuje sobie drugiego, ani nie napawa się poczuciem wyższości z bycia aż tak dobrym i wspaniałomyślnym. Niewolnik nie wie, co czyni jego pan, a Jezus wszystko, co usłyszał od Ojca – najgłębsze tajemnice Jego więzi z Nim, im oznajmił. W miłości jest otwartość, która pozwala drugiemu uczestniczyć w czyimś wewnętrznym życiu i umożliwia dzielenie się wszystkim: radościami, smutkami, obawami, sukcesami i porażkami. Miłość ma jeszcze jedną zdolność: wybiera, a wybierając kogoś pomaga mu odnaleźć sens swego życia i samodzielnie się rozwijać (przynosić owoce).

Środa, 5 tyg. Wielkanocy, 13.05.2020 J 15,1-8

Nikt nie żyje sam, każdy gdzieś należy i ma jakieś grono, w którym toczy się jego życie: rodzina, krąg przyjaciół i znajomych, zarówno w ‘realu’ jak i w ‘sieci’. I nawet ktoś może nie zdawać sobie sprawy, jak wiele w jego myśleniu, odczuciach i postępowaniu zależy od tych wzajemnych relacji. Uczniowie Jezusa też mieli rodziny, przyjaciół, znajomych, którzy mieli na nich wpływ. Ale te wszystkie zależności były w pewnym stopniu automatyczne, tworzyły miejsce, do którego należeli. Nikt bowiem nie wybiera sobie rodziny lub otoczenia, w którym się wychował. Wszyscy oni byli Galilejczykami do szpiku kości. Teraz jednak nadchodzi moment, w którym muszą podjąć decyzję: należeć gdzieś – do miejsca, czy należeć do kogoś – do osoby. Jezus stawia ich właśnie przed takim wyborem, gdy mówi: Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia (…). Ja jestem krzewem, wy – latoroślami (młodymi pędami), które dopiero zaczną przynosić owoce. I chyba tylko wtedy ktoś przynosi owoce, gdy należy do kogoś, a nie gdzieś. Bo należeć do kogoś oznacza znać go, wiedzieć, czego mu potrzeba. Jak bardzo trzeba należeć do Jezusa i czerpać z ducha Jego nauki, aby być oddanym tym, których On stawia na drodze.

Wtorek, 5 tyg. Wielkanocy, 12.05.2020 J 14,27-31

Pokój, który daje świat to stabilność zewnętrzna: rutyna codziennych obowiązków i przekonanie, że wszystko odbędzie się bez przykrych niespodzianek, zgodnie z tym, co sobie ktoś wcześniej zaplanował. I przez jakiś czas tak właśnie się dzieje, do momentu, kiedy jakieś nieoczekiwane wydarzenie wywraca wszystko do góry nogami. Co mamy wtedy w środku? Trwogę, która nas przenika i paraliżuje. Pokój, który daje Jezus jest inny, to pokój wewnętrzny, który się utrzymuje nawet wówczas, gdy komuś burzy się cały porządek życia. Na czym on polega? Można go zobaczyć w Jego zachowaniu. Jezus mówi o sobie: odchodzę, jak każdy człowiek, zmierzając ku śmierci, ale przyjdę znowu do was w mocy zmartwychwstania – Inny, lecz Ten sam, bo poznacie Mnie po śladach ukrzyżowania. Życie więc składa się z ruchu: odchodzenia i przychodzenia, ale to ruch wewnętrzny. Odchodzę od rutynowych zachowań, od automatycznych jak u robota reakcji, bo obecność drugiego lub nowe okoliczności tego wymagają, i przychodzę z powrotem inny, odnowiony – nawrócony, ale przecież to ja jestem: to samo ja, które jednak się zmienia, bo posiada wewnątrz pokój, mający swoje źródło w wierze, że Ojciec jest zawsze większy i obejmuje nie tylko mnie samego, lecz także to, co na zewnątrz budzi mój lęk czy przerażenie.

Poniedziałek, 5 tyg. Wielkanocy, 11.05.2020 J 14,21-26

Miłość do innych – do Boga i bliźnich, nie przychodzi wcześnie, a już na pewno nie na początku, pojawia się raczej późno i jest owocem długiego dojrzewania. Nie jest więc spontanicznym uczuciem, które nagle się rozpala i potem dość szybko gaśnie, zwłaszcza gdy przychodzą rozczarowania związane z niespełnionymi oczekiwaniami. Dlatego Jezus mówi o miłości dopiero w ostatniej rozmowie z uczniami w przeddzień swojej śmierci. Wie bowiem, że Jego męka i umieranie na krzyżu wprowadzą ich w doświadczenie kryzysu, który zweryfikuje ich miłość nie tylko do Niego, ale też do siebie nawzajem. Do miłości, do jakiej On wzywa dochodzi się na długiej i żmudnej drodze zachowywania Jego przykazań i nauki, które nie tylko tworzą więź, ale też dają poczucie niezwykłej bliskości. Chodzi tu o posłuszeństwo chętne, czułe i radosne, kierujące spojrzenie na osobę. Oczywiście, istnieje też posłuszeństwo niechętne, wymuszone, zgorzkniałe, które skupia się tylko na wypełnieniu rozkazu, bez patrzenia na tego, kto o coś prosi. W pierwszym objawia się prawdziwa miłość, w drugim zawiera się tylko zależność, podyktowana strachem lub kalkulacją.

5 Niedziela Wielkanocy/A, 10.05.2020 J 14,1-12

Jezus rozmawia z uczniami podczas ostatniej wieczerzy. Mówi im o zbliżającej się śmierci, o zdradzie jednego z uczniów, o zaparciu się Piotra, o ucieczce wszystkich, a oni są przerażeni. Jakie są źródła tego lęku, jeszcze przez nich nie rozpoznane? Boją się czegoś, co ich bezpośrednio nie dotyczy, bo odnosi się do osoby Jezusa. Zamknięci w wieczerniku przeczuwają jakieś zagrożenie – dla nich niewidoczne i oddalone. Niby wszystko odbywa się normalnie, ale takie nie jest. I chyba najbardziej paraliżujące jest to, że nie wiedzą, co może się jeszcze wydarzyć i jakie będą tego skutki. Źródłem lęku jest brak wiedzy o tym, co ma nastąpić, zwłaszcza jeśli wcześniej ktoś był przyzwyczajony do tego, że wszystko miał zaplanowane na wiele miesięcy lub lat do przodu: co będzie robił, gdzie i jak spędzał wakacje. Stan niepewności pozbawia pełnej kontroli nad swoim życiem i na dłuższą metę jest nie do zniesienia. Jezus sam jest w takiej sytuacji, ale przeżywa ją w całkowitym oddaniu się Temu, który ma nad nią władzę i wie, że On nie zostawi Go samego. Czy na tym polega wiara, do której wzywa swoich uczniów? Nie wiemy, co się stanie, ale wiemy, że On jest i zawsze będzie z nami. W Nim zmierzającym ku śmierci otwiera się przyszłość nawet w najczarniejszym scenariuszu: Ja jestem drogą i prawdą, i życiem.

Sobota, 4 tyg. Wielkanocy, 09.05.2020 J 14,7-14

Co to znaczy znać kogoś? Kiedy mówimy ‘znam cię’, to brzmi jak ‘przejrzałem cię’ i zaraz potem idzie ‘nie chcę mieć z tobą nic wspólnego’. Dla nas ‘znać kogoś’ ma więc z reguły sens negatywny: odkryć czyjeś ciemne sprawki, poznać złe strony jego charakteru i w następstwie odsunąć się od niego. Ale kiedy Jezus mówi ‘gdybyście Mnie znali, znalibyście i mojego Ojca’, to odsłania tajemnicę swego wewnętrznego życia, objawia to, co kształtuje Jego osobę: Jego myślenie, odczuwanie, postrzeganie świata. Dla Niego ‘znać kogoś’ to wiedzieć, jak ten Ktoś wpływa na Niego, jak wiele w swoim zachowaniu i postępowaniu Mu zawdzięcza. W poznaniu kogoś chodzi zatem o dwa spojrzenia, prawie że jednoczesne: na niego i na siebie. Niestety, jesteśmy przyzwyczajeni do jednego: patrzenia na innych i widzenia w nich to, co nas rozczarowuje. Kiedy jednak spojrzymy najpierw na siebie, to może dostrzeżemy coś, co nas odsyła do drugiego: skąd ja to mam, od kogo? A wtedy rozpocznie się poznawanie, którego owocem jest bliskość.

Piątek, 4 tyg. Wielkanocy, 08.05.2020 J 10,11-16

Jezus jest dobrym pasterzem dla owiec, które są z Jego owczarni, ewentualnie dla tych, które odłączyły się od stada i się zgubiły. Taka wizja wspólnoty nam też odpowiada: trzeba najpierw dbać o swoich. Tylko kto do tych ‘swoich’ należy? Gdy pojawiają się różnice w poglądach na jakąś sprawę i zaczynają się kłótnie, krąg ‘swoich’ może dramatycznie się skurczyć, aż pozostanie niewiele osób, które się z nami zgadzają. Zaczyna się wtedy niebezpieczny proces wykluczania. Jezus jest dobrym pasterzem nie tylko dla swoich, ale również dla tych, którzy nie należą do Jego owczarni. Mówi o nich z taką samą troską jak o swoich: mam także inne owce, które nie są z tej owczarni; także te muszę przyprowadzić i będą słuchać mego głosu, aż nastanie jedna owczarnia i jeden pasterz. Te inne pewnie nie wiedzą, że istnieje ktoś, kto chce o nie zadbać jak o swoje. Wyrażając swoje pragnienie w słowie ‘muszę’, podkreśla, że żadna przeszkoda, trudność, niesprzyjające okoliczności nie są w stanie Go zniechęcić. Za nie też bowiem odda swoje życie. I chyba jest to dla nas największe wyzwanie: miarą naszej troski o swoich jest to, jak traktujemy innych, obcych, bo i swoi przez swoje zachowanie stają się czasami dla nas zupełnie obcymi.

Czwartek, 4 tyg. Wielkanocy, 07.05.2020 J 13,16-20

Kiedy Jezus zaczął umywać nogi uczniom podczas ostatniej wieczerzy, wszyscy oni musieli się poczuć bardzo ważni, nawet Piotr, który początkowo nie chciał się na to zgodzić. Ale właśnie jego reakcja zdradza ich myślenie: umywanie nóg to czynność sługi, którą wykonuje wobec swego pana. Poczuli się więc panami – oni, prości rybacy z Galilei. Jezus jednak koryguje ich myślenie: prawdziwie mówię wam, sługa nie jest większy od swego pana ani posłany nie jest większy od tego, który go posłał. Jezus umywając im nogi stał się ich sługą, a oni od zawsze chcieli być panami i mieli nadzieję, że przy Nim takimi się staną. Chyba najbardziej oczekiwał tego Judasz, który Go zdradził. Czy ten, kto boleśnie przeżywa swoje kompleksy, ukrywa swoją nieporadność lub ciemne strony swego charakteru, i czuje w głębi, że jest do niczego, może odnaleźć wartość w służeniu innym? Nie. Jeśli zrobi coś dla drugiego, to z przymusu, czując zawstydzające upokorzenie i bez radości, która jest cechą wolnego wyboru. Służyć w absolutnej wolności i z radością może tylko Jezus, gdyż jest Synem Boga i został przez Niego posłany, aby służyć innym i objawić im Jego miłość. A miłość wyraża się najbardziej w pokornych gestach usługiwania drugiemu i ona też nadaje im wartość i przynosi radość. Siada nam poczucie wartości, bo nie możemy nic robić z rzeczy, które czynią nas ważnymi. A przecież codzienne sytuacje dostarczają niezliczonych okazji, aby komuś usłużyć i poczuć się do niego posłanym.

Środa, 4 tyg. Wielkanocy, 06.05.2020 J 14,6-14

Jezus rozmawia z uczniami podczas ostatniej wieczerzy, tuż przed swoją śmiercią, a my czytamy o ich rozmowie po Wielkanocy, po Jego zmartwychwstaniu. Najpierw Tomasz pyta: Panie, nie wiemy, dokąd idziesz, jak możemy znać drogę? Czy nie wie, że Jezus zmierza ku śmierci? Wie, bo w drodze do domu Łazarza zwraca się do współuczniów: chodźmy i my, aby razem z Nim umrzeć (J 11,16). Teraz jednak udaje, że nie wie, by Mu nie robić przykrości, ale może też ze strachu, co z nimi będzie po Jego śmierci. Wszystko przecież ostatecznie ma swój koniec, ich bycie z Nim też. Naprawdę? Nic nie zostanie z ich wspólnej drogi? Żadne wydarzenie, żaden Jego czyn, żadne Jego słowo? Śmierć anuluje wszystko? Odpowiedź Jezusa jest prosta: Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca, jak tylko przeze Mnie. Znacie Go i zobaczyliście. Wtedy odzywa się Filip: Pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy. Byli z Nim tak blisko (i wystarczająco długo) i nie potrafili dostrzec, że we wszystkim co robił, jak się zachowywał i co mówił, mogli zobaczyć Jego Ojca? Nie dostrzegli Go w tym Jego absolutnym byciu dla nich? Śmierć kończy wszystko, gdy ktoś zmierza ku niej sam i w panicznym strachu stara się uciec, od siebie i od innych. Jezus nie jest sam, jest w Ojcu, a Ojciec w Nim. Boimy się oddać drugiemu bezgranicznie, z lęku przed utratą siebie, a może powinniśmy uwierzyć, jak On, że jesteśmy w rękach naszego Ojca, i bez względu na to, co się z nami stanie, być z innymi i dla nich?

Wtorek, 4 tyg. Wielkanocy, 05.05.2020 J 10,22-30

Ludzie słuchający Jezusa podczas rocznicy wyzwolenia świątyni z rąk pogan, domagają się od Niego jasnej deklaracji: dlaczego trzymasz nas w niepewności, jeśli jesteś oczekiwanym Mesjaszem (Chrystusem), powiedz nam otwarcie? O co im chodzi? Czy o to, żeby Go ogłosić królem i podjąć razem z Nim walkę z rzymskim okupantem, a po zwycięstwie ustanowić królestwo Boga na ziemi, w którym nie będzie już grzeszników i bezbożnych, lecz sami sprawiedliwi i pobożni. Pociągająca wizja, w której sprawiedliwi i pobożni, muszą być najpierw wojownikami, całkowicie oddanymi bezkompromisowej walce ze złem i z zaprzedanymi mu ludźmi. Jezus im odpowiada: powiedziałem wam, a nie wierzycie, nie wierzycie, bo nie jesteście z moich owiec. Jezus nie powołuje ludzi, aby uczynić z nich armię wojowników, stając na ich czele jako król. Jest pasterzem, dostrzegając w ludziach owce, potrzebujące Jego troski i ochrony. To inny rodzaj religii i sposobu życia. Słuchaj Jego głosu tak wytrwale aż przestaniesz wojować. Bo życie to nie wojna aż do zwycięstwa nad naszymi wrogami. Raczej wspólne wędrowanie: moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je i one idą za Mną, i Ja daję im życie wieczne. Za skomplikowane i za trudne: słuchać, rozpoznawać wzajemne potrzeby, wzrastać razem na drodze w okazywaniu sobie codziennych gestów dobroci? Prościej: znaleźć wroga i walczyć z nim do upadłego?

 Poniedziałek, 4 tyg. Wielkanocy, 04.05.2020 J 10,11-18

Mamy do wyboru dwa rodzaje religii: religię Dobrego Pasterza i religię najemników. Dobry Pasterz jest jeden, On – Jezus, najemników jest wielu. Pasterz żyje dla owiec, najemnicy – z owiec. Pasterz i najemnicy to nie tylko dwa rodzaje religii, ale też odpowiadające im dwa sposoby traktowania ludzi. Cechą dobrego pasterza jest to, że zna swoje owce i one go znają. Jak bardzo je zna? Aż do oddania swego życia za nie. Jak głęboko trzeba je znać, żeby ich życie cenić bardziej niż swoje? Do granicy śmiertelnego lęku, przed którym nie ucieka, lecz rozpoznaje go w drugim i bierze go na siebie, aby ten drugi mógł żyć. Najemnik boi się o swoje życie bardziej niż o życie owiec. W niebezpieczeństwie ucieka, a wtedy wilk porywa je i rozprasza. Nie zależy mu na nich, bo własne życie ceni najwyżej. Nie chce znać losu owiec, ich pragnień i potrzeb, bo może wtedy ogarnęłoby go współczucie i musiałby zrezygnować z własnych planów, upodabniając się do dobrego pasterza. Lepiej nie znać, by móc żyć po swojemu, wykorzystując drugiego, jak najemnik, niż oddać mu się w więzi, któratrwa, przezwyciężając lęk przed śmiercią – jego i mój.

4 Niedziela Wielkanocy/A, 03.05.2020 J 10,1-10

Jezus opowiada przypowieść, opisując miejsce, gdzie znajdują się owce i jak ktoś do nich przychodzi. To obraz zaczerpnięty z codziennego życia, pozbawiony elementów języka religijnego, którego często się nadużywa i wykorzystuje do ukrycia prawdziwych intencji i manipulowania ludzkimi oczekiwaniami. W obrazie bramy prowadzącej do owiec, chce On pokazać sposób, w jaki można traktować ludzi: kto nie wchodzi przez bramę, lecz przedostaje się do owiec w innym miejscu, dla nich nieznanym, a więc ukrytym, jest złodziejem i rozbójnikiem. Tylko ten, kto wchodzi przez bramę jest pasterzem, a nie ten, kto nazywa siebie pasterzem i który, kiedy już znajdzie się w środku, zachowuje się jak złodziej i rozbójnik: kradnie, zabija, niszczy. Kto wchodzi przez bramę, daje się poznać, od każdej strony, bo taka jest jej rola. Stróż zadaje pytania, sprawdza i dopiero otwiera. Kto unika wchodzenia przez bramę, poddania się sprawdzającemu testowi, ma coś do ukrycia. Co? Że chce wykorzystać innych (owce) dla osiągnięcia jakiś własnych celów. Oczywiście, słuchacze Jezusa nie rozumieją, o czym mówi do nich. Bo nigdy nie podjęli wysiłku, aby przyjrzeć się swoim ukrytym intencjom w swoich zachowaniach i sposobach traktowania innych. Dlatego wyjaśnia: Ja jestem bramą owiec. Warto przez tę bramę wchodzić i oczyszczać się w świetle Jego absolutnie szczerego oddania się, z własnych nieszczerych i fałszywych motywów.

02.05.2020 J 19,25-27 Uroczystość Maryi, Matki Jezusa, Królowej Polski

Od obecności matki na weselu w Kanie Galilejskiej, gdzie został zaproszony także Jezus, rozpoczyna się Jego działalność (J 2,10-12). Na obecności matki pod Jego krzyżem kończy się Jego życie, ale czy również Jego misja? Tam, w Kanie, prócz Jego matki byli z Nim obecni Jego bracia i uczniowie. Tutaj, pod krzyżem, jest tylko Jego matka, jej siostra i Maria Magdalena oraz jeden uczeń – ten, którego miłował. Dwie rodziny: pierwsza, na weselu z wiodącą rolą matki, drugą, pod krzyżem, tworzą ci, którzy pozwolili się zranić, patrząc na Jego umieranie: kobiety i umiłowany uczeń. Na weselu łatwo być z innymi, przeżywając radość i jedząc do syta. Stać blisko umierającego – niewyobrażalnie trudno. Ale właśnie tutaj, na krzyżu, objawia się najgłębsza istota Jego misji: Kobieto, oto syn twój oraz oto matka twoja. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie. Godzina Jezusa, o której tak często mówił, właśnie nadeszła. Umiłowany uczeń przypomniał sobie wszystkie te zapowiedzi i zrozumiał, że w śmierci Jezusa wybiła również jego godzina. Od tego momentu, horyzontem jego życia będą ludzie zranieni, którym zaoferuje swoją bliskość i czułość, bo sam je otrzymał od Tego, który go miłował. Czy istnieje jakiś innych rodzaj prawdziwej wspólnoty, prócz tej, którą tworzą stojący pod krzyżem Jezusa?

Piątek, 3 tyg. Wielkanocy, 01.05.2020 J 6,52-59

W synagodze w Kafarnaum, podobnej rozmiarami do kościoła w Bobrownikach, Jezus zwraca się do zgromadzonych ludzi ze słowami, których nie rozumieją i są dla nich nie do przyjęcia. Dlatego pytają: jak On może nam dać swoje ciało do jedzenia? Ale Jezus nie wyjaśnia, tylko dodaje. Przed chwilą mówił, że chlebem, który daje jest Jego ciało. Teraz dołącza do niego swoją krew, jednak nie wskazuje, że ukryta jest ona pod postacią wina, jak ciało pod postacią chleba. Mówi wprost: Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Nie chce nas zatrzymywać na zewnętrznych postaciach, które przyjmujemy podczas Eucharystii, bo poprzez nie wskazuje na Siebie samego w najważniejszym momencie swego życia, gdy umierał na krzyżu. Jezus daje nam do spożycia ciało zranione w czasie męki, krew wylaną w chwili śmierci, całą swoją osobę ugodzoną wewnątrz szyderstwem i odrzuceniem. A przecież ciało jest narzędziem bliskości, bez dotyku dziecko umiera. Nie można być blisko kogoś w oderwaniu od ciała. Ale jaką bliskość daje ciało zranione? Rany ciała się zabliźniają, po sińcach nie ma śladu, lecz co ze zranioną duszą? Bliskość, którą daje zranione ciało w akceptacji i zrozumieniu jest niezgłębiona. Spożywając Jego Ciało, przyjmuję swoje ciało i ciało innych we wszystkich zranieniach naszych dusz.

 Czwartek, 3 tyg. Wielkanocy, 30.04.2020 J 6,44-51

Biblijni prorocy odkrywając fałsz zewnętrznej, obrzędowej religijności, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, poszukiwali drogi, na której człowiek może spotkać Boga. I doszli do wniosku, że religia pozostanie ludzkim wymysłem, dopóki Bóg sam nie pouczy człowieka. Ale jak On to może zrobić? Jego pouczenie przychodzi wtedy, gdy ktoś pozna daremność wszystkich swoich wysiłków, także religijnych, zmierzających do nadania sensu swemu życiu (przez pracę, ciągłą aktywność lub pobożność) i zapyta: co dalej? Jeśli nie zacznie wymyślać nowego rodzaju działania i nowych form pobożności, wtedy przyjdzie do niego pouczenie Boga. Jakie? Odpowiada Jezus: Ja jestem chlebem życia, który zstąpił z nieba. Chlebem, który Ja dam jest moje Ciało za życie świata. Życie, które chcemy czuć, którego sensowności i spełniania się w nim tak bardzo pragniemy, zawiera się w prostym dawaniu. Spożywanie Ciała Jezusa w eucharystii jest bowiem spożywaniem Jego dawania siebie za życie świata. Przyjmując Go w chlebie, zaczynamy dawać siebie innym tak jak On to zrobił. Dawaj, a kto to twoje dawanie przyjmie, zależy już nie od ciebie, ale od Boga. Dawaj, nie wybierając komu, temu, któremu Bóg czasami bez twojej wiedzy, otworzy ręce na przyjęcie twego daru.

Środa, 3 tyg. Wielkanocy, 29.04.2020 J 6,35-40

Chłopiec wygląda przez okno (zdjęcie zamieszczone wczoraj przez administratora strony na Facebooku, Panią Justynę Marciniak-Kwiatkowską). Pada deszcz i nie może wyjść, jak podczas pandemii. Nie patrzy jednak za zewnątrz, lecz słucha swoich myśli. Nie ciekawi go świat za oknem, lecz to, co się dzieje w nim. Jest nieobecny w świecie, lecz mocno obecny w sobie. Prócz okna w domu, w telewizorze, w komputerze czy komórce, które pozwala widzieć na zewnątrz, jest jeszcze okno wewnętrzne, dające wgląd we własne myśli, uczucia, pragnienia, wprowadzające na drogę poszukiwania Kogoś, ku któremu można je skierować. Jezus mówi: Widzicie Mnie (jak kogoś za oknem, na zewnątrz), a mimo to nie wierzycie. Trzeba Go zobaczyć myślą jako Kogoś, za kim stoi Bóg, niewidzialny Ojciec. O Nim właśnie Jezus wyznaje: Jego wolą jest to, abym z powierzonych Mi ludzi nikogo nie odrzucił i nie stracił, lecz wzbudził ich do życia. Jakim myślom przygląda się chłopiec? Że jest sam, że czasami czuje się odrzucony i nierozumiany, a może, że przeszkadza i jest niepotrzebny. Czy skieruje te myśli do Tego, który z woli Ojca nikogo nie odrzuca i nawet, gdy ktoś się zatraca w świecie, jest zawsze przy nim i go nie opuści?

Wtorek, 3 tyg. Wielkanocy, 28.04.2020 J 6,30-35

Ludzie rozmawiający z Jezusem przywołują pamięć swoich ojców, którzy byli w sposób cudowny karmieni na pustyni. Manna, którą codziennie zbierali była dla nich znakiem, że Bóg jest wśród nich obecny i podtrzymuje ich chlebem z nieba. Szukamy działania Boga w zewnętrznych znakach, pytając może, gdzie On jest w sytuacji pandemii, która nas stłacza w małej przestrzeni własnego domu, wywołując w nas wszystkich, dorosłych i dzieciach coraz większe rozdrażnienie: jak długo to mamy wytrzymywać? A może częścią problemu jest to, że za bardzo jesteśmy przywiązany do dotychczasowego stylu życia, do nieustannego ruchu na zewnątrz, w galeriach handlowanych, sanktuariach, nad morzem, w górach, w poszukiwaniu rzeczy i atrakcji. Te zewnętrzności nas syciły i zaspokajały tak dalece, że właściwie wielu z nas zaczęło myśleć, iż Bóg nie jest nam w ogóle potrzebny, a wraz z Nim i drugi człowiek. Może więc należałoby zmienić ten prowadzący do katastrofy styl życia? Zmienić jak? Jezus mówi: Ja jestem chlebem życia. W Nim i przez Niego Bóg działa. Zamiast niecierpliwie przebierać nogami, żeby wreszcie już wyrwać się z staniu epidemii, przyjść do Niego i zacząć w Niego wierzyć. Jak to zrobić? Odpowiedź przyniesie jutrzejszy fragment ewangelii.

Poniedziałek, 3 tyg. Wielkanocy, 27.04.2020 J 6,22-29

Kiedy Jezus nakarmił chlebem tłumy, ludzie chcieli Go obwołać królem, ale On odsunął się na górę sam, bez uczniów. Nie chciał także od nich podziwu za cud, którego dokonał, bo zachwyt skupia się tylko na tym, co zewnętrzne: o, jaką wspaniałą rzecz zrobił. Zniknął im z oczu tak skutecznie, że zdezorientowani, nie wiedzieli, gdzie szukać. Gdy Go w końcu znaleźli na przeciwległym brzegu jeziora, w pobliżu Kafarnaum, pytają Go: Nauczycielu, kiedy tu przybyłeś? Prócz miejsca, pytają Go jeszcze o czas. Dlaczego dla nich są tak bardzo ważne różne miejsca i czas, związany z nimi: niezwykłych wydarzeń, urodzin, pierwszych spotkań, rocznic? Dzisiaj mówi się o magii miejsc i magicznym czasie. Jezus daje inną odpowiedź: szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że najedliście się do syta. Wyjątkowe miejsca i czasy to tylko znak, wskazujący na osobę. Ludzie widzą to, co On dla nich zrobił, nie widzą Jego troski o nich. Ich odpowiedzią na Jego troskę, powinien być nie tyle podziw, ile posłuszne i wdzięczne oddanie się Jemu. Nazywa się ono wiarą w Tego, którego Bóg posłał. W reakcjach ludzi na Jego działanie, Jezus pokazuje nam nie tylko zafałszowanie naszej własnej religijności, ale również naszą małostkowość w tym, w jaki sposób traktujemy innych. Widzimy to, w czym są nam potrzebni, nie widzimy ich oddania i nie potrafimy im w zamian oddać samych siebie.

 3 Niedziela Wielkanocy/A, 26.04.2020 Łk 24,13-35

Miałem zaledwie jeden rok, gdy zmarła moja prababcia. Nie znam jej z własnych przeżyć, ale wiem o niej dużo. Od kogo? Od mojej mamy. Dlaczego ona opowiadała nam, swoim synom, o swojej babci? Nie tylko dlatego, że była dla niej ważną osobą, gdyż się nią zajmowała jako dzieckiem, ale także dlatego, że się od niej wiele nauczyła. Czego? Rozpoznawania osób, kim są w swoich smutkach i radościach, w życiowych klęskach i nieoczekiwanych zwycięstwach. Każdy, kogo spotykamy na drodze naszego życia, również ten najbliższy, jest jak Nieznajomy, który dołączył do uczniów idących do Emaus. Odwaga szczerego mówienia o tym, co się przeżywa, już jest momentem wiary w zmartwychwstanie, gdyż przełamuje siłę milczenia śmierci: nie warto mówić, nikt nie zechce słuchać, nikt nie zrozumie. Ten, który zmartwychwstając pokonał śmierć i jej niemotę, towarzyszy wszystkim naszym ludzkim rozmowom, w których opowiadamy sobie nie tyle ciekawe historie, ile to, co najtrudniej wypowiedzieć, czego słowa nie potrafią ująć. W akcie mówienia jak w akcie powstania z martwych, rozpoznajemy Tego, który w drodze jest zawsze blisko i rozpoznajemy siebie, złaknionych Jego obecności.

Sobota, 2 tyg. Wielkanocy, 25.04.2020 Mk 16,15-20

Ostatnie swoje polecenie w ewangelii Marka, którego święto dzisiaj obchodzimy, Jezus kieruje do uczniów, kiedy siedzą za stołem, jak my podczas sprawowania eucharystii. Gdy się im ukazuje, wyrzuca im najpierw brak wiary i upór, ponieważ nie chcieli uwierzyć tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. I właśnie tym mało chętnym do wierzenia uczniom i upartym w swojej postawie niewiary, Jezus poleca: idąc na cały świat głoście ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Problem tylko, czy oni wiedzą, jaką ewangelię mają głosić? Tę samą, którą słyszeli od Jezusa od samego początku. Muszą więc sobie wszystko przypomnieć, co z Nim przeżyli i czego doświadczyli. Głosząc to, co Jezus czynił i czego nauczał, musieli także wspomnieć o sobie, jak niewiele z tego wszystkiego rozumieli. Ewangelia więc obejmuje nie tylko historię Jezusa, ale też historię niewiary Jego uczniów. Obydwie są nierozerwalnie splecione. Nie bądźmy więc w swoich oczach tak nieskazitelnie pobożni i równie nieskazitelnie dobrzy, bo w życiu chrześcijańskim chodzi chyba bardziej o zmaganie się z własną niewiarą i małością na drodze za Jezusem niż pokazywanie, że się jest lepszym od innych i z tej pozycji pouczanie ich.

Piątek, 2 tyg. Wielkanocy, 24.04.2020 J 6,1-15

Tłumy przyszły do Jezusa, widząc, że troszczy się o najsłabszych. On zaś razem z uczniami wszedł na górę i usiadł jakby chciał nauczać. W Jego postawie wyraża się wewnętrzny pokój kogoś, kto wie, co ma zrobić. Spojrzał na ludzi i domyślił się, że są głodni. Nie każe im odejść, nie odwraca oczu, nie udaje, że nie widzi. Ale nie robi nic sam, zwraca się do jednego z uczniów: gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli. Filip słyszy coś innego: skąd weźmiemy tyle pieniędzy (200 denarów), aby każdy dostał choć trochę. Jego problem to: skąd wziąć, żeby dać. Jezus czeka. Wtedy wtrąca się Andrzej, wskazując na chłopca, który ma 5 chlebów i 2 ryby, ale zaraz dodaje: to za mało dla tak wielu. Jezus bierze to ‘za mało’ i dziękując Bogu zaczyna rozdawać siedzącym tyle, ile chcieli. Czy nauczył czegoś uczniów? Może tego, że życie to ruch nieustannego przyjmowania i dawania. To wiedzą, lecz myślą, że trzeba mieć dużo, znacznie więcej, a wówczas dopiero można dać, zwykle mało, o wiele mniej. Jezus przyjmuje mało, a daje niewiarygodnie więcej niż otrzymał. Cud życia w ruchu: chcą, abyś dał, a ty myślisz, że nic nie masz. Jesus nie mówi ‚nie mam’, pyta swoich uczniów, jak zaradzimy potrzebom. Wtedy stwierdzenie ‘nie mam’ okazuje się nieprawdą. Mamy mało, lecz to nie jest nic. Dziękując Bogu za to ‘mało’ i zaczynając dawać, widzimy, że dajemy dużo, dziwiąc się, jak to w ogóle możliwe.

Czwartek, 2 tyg. Wielkanocy, 23.04.2020 J 12,24-26

Niektórzy Grecy, nie będący Żydami, przyszli do uczniów z prośbą: Chcemy zobaczyć Jezusa. Czy chodziło im tylko o wygląd Jezusa, czy też o spotkanie z Nim? Uczniowie przyszli i powiedzieli Mu o tym. Odpowiedź Jezusa zaskakuje. Jaki bowiem żydowski nauczyciel nie poczułby się dowartościowany, gdyby jakaś grupa nie-Żydów chciała się z Nim zobaczyć? Jego jednak nie ‘nakręcają’ oczekiwania innych i ewentualny podziw dla Jego osoby. Rozumie On ludzkie życie, a więc też i swoje jako ziarno pszenicy. Wrzuca się je w ziemię, aby przyniosło plon, ale nie przyniesie, jeśli wpierw nie obumrze. Wtedy pozostanie tylko samo. Obumieranie, o którym mówi Jezus ma niewiele wspólnego z tzw. ‘poświęcaniem się dla innych’, bo szuka się w nim więcej wdzięczności i uznania niż dawania siebie. Mówiąc, kto nienawidzi swego życia na tym świecie, ten zachowa je na życie wieczne, nie ma na myśli nienawiści do samego siebie. Życie na tym świecie to obraz siebie, jaki mają inni ludzie. Można ciągle myśleć o tym, jak ktoś nas widzi: współmałżonek, dzieci, rodzice. Pozwalając obumierać temu myśleniu, otwieramy się na prawdziwe życie: spotkanie i poznawanie się realnych osób, które nie przyglądają się wzajemnym oczekiwaniom, lecz konfrontują się z prawdą rzeczywistych potrzeb i możliwości.

Środa, 2 tyg. Wielkanocy, 22.04.2020 J 3,16-21

Mówi się, że miłość jest ślepa, przymyka oczy na błędy lub zło. Im większa miłość tym bardziej zaślepiona. Tak kocha się drugiego, żeby go mieć/posiadać tylko dla siebie i żeby go nie utracić jest się gotowym być jego niewolnikiem. Niewolnicza miłość zmienia kochanego w swego niewolnika. Bóg kocha inaczej. Kiedy Jezus mówi do Nikodema, że Bóg w swej miłości do świata dał swego jedynego Syna, to traktuje Siebie z dystansem jako Jego dar dla innych. Ten dystans jest potrzeby, żeby się przyjrzeć naszej ludzkiej, naturalnej miłości, która aż nazbyt często się wynaturza. Bez niego kocham drugiego tak, że potrafię dla niego skrzywdzić innych, oszukać, skłamać, byle tylko ochronić go dla siebie, i wszystko pod tytułem: ależ ja go tak bardzo kocham. Miłość Boga nie sądzi i nie potępia, lecz nie jest ślepa i nie działa w ciemności. Niesie z sobą światło, które otwiera oczy i nie pozwala zginąć w mroku zła, zarówno kochającemu jak i kochanemu. Dlatego można ją przyjąć tylko przez wiarę w Jezusa, przez którego droga do życia w miłości wiedzie przez prawdę.

Wtorek, 2 tyg. Wielkanocy, 21.04.2020 J 3,7-15

Jezus powtarza Nikodemowi: trzeba wam się narodzić na nowo (z góry). Dlaczego tak mocno podkreśla potrzebę nowych narodzin? Bo wszystko, co robimy w życiu, nasze myślenie, a zwłaszcza uczucia, są w dużym stopniu zależne od naszego wychowania i nawyków wyniesionych z domu. Na podstawie poglądów, przekonań i reakcji można o kimś powiedzieć, skąd pochodzi i w jakim kierunku zmierza jego życie. Z narodzinami z Ducha jest inaczej. Dokonują się one przez wiarę w Jezusa i Jego słowo. To nie są ziemskie narodziny, lecz narodziny z nieba. Zmieniają człowieka nawet tak starego jak Nikodem, który nie potrafi uwolnić się od swoich przyzwyczajeń i religijnej tradycji, gdyż w nich czuje się bezpiecznie. Ale Jezus wzywa go, aby zamiast słuchać głosów, odzywających się w nim z przeszłości, zaczął słuchać Jego ewangelii. Trzymanie się tego, co było dawniej, jest dziecinne i sprawia, że można się stać zdziecinniałym starcem. Jezus przez swego Ducha umożliwia każdemu stanie się dorosłym, kimś, kto jest gotowy podjąć wyzwania zmieniającego się świata, aby czynić go lepszym.

Poniedziałek, 2 tyg. Wielkanocy, 20.04.2020 J 3,1-8

O czym Nikodem pod osłoną nocy przyszedł porozmawiać z Jezusem? Zaniepokoiło go to, co Jezus czynił, zwłaszcza wyrzucenie sprzedawców i kupujących ze świątyni (J 2,13-22). Wiedział o zepsuciu religii świątynnej, zarówno kapłanów jak i ludzi składających ofiary, i przyznawał Jezusowi rację. Nurtował go jednak inny problem: co w zamian tej zdegenerowanej religii proponuje Jezus? Dzisiaj niektórzy księża i świeccy rozczarowani tradycyjną religijnością też zadają sobie takie pytanie. Ale Nikodem zapytał o to Jezusa. I od Niego otrzymał odpowiedź: jeśli się ktoś nie narodzi powtórnie, nie może ujrzeć królestwa Bożego. Jezus nie proponuje w zamian nowej zewnętrznej religijności, lecz nowe narodziny. Kogo? Jego, Nikodema. Ten jednak oponuje: Jak ktoś będąc starcem może się narodzić? Czy może wejść drugi raz do łona matki? Czy Nikodem nie zrozumiał Jezusa? Ależ zrozumiał i to doskonale. W swoich pytaniach chce powiedzieć, że ktoś stary, mający za sobą ileś lat życia (30 lub 50, tym bardziej 60+) nie może się zmienić tak, żeby zacząć wszystko od nowa, jak dziecko od momentu narodzin. Może coś w swoim życia naprawić, ulepszyć, ale nie narodzić się na nowo. Nikodem nie zna mocy Ducha, o którym mówi Jezus. Narodziny duchowe, choć nie zmieniają od razu wszystkiego dokonują zwrotu i ustanawiają nowy początek. Dziecko przecież też nie zaczyna wszystkiego na własny rachunek, nasiąka starymi nawykami swoich rodziców. Jezus wzywa, aby przestać czerpać z ich przyzwyczajeń i zacząć kierować się Jego nauką.

2 Niedziela Wielkanocna/A, 19.04.2020 J 20,19-31

Uczniowie Jezusa tam, gdzie przebywali razem mieli drzwi zamknięte ze strachu przed Żydami. Czy tylko przed tymi, którzy wydali Jezusa Piłatowi, aby skazał Go śmierć? Czy ich strach nie rozszerzył się także na innych Żydów i w ogóle na innych ludzi, nawet na tych, którzy zajmując się swoimi sprawami, nie wiedzieli nic o śmierci Jezusa? Zamknięte drzwi na klucz wyrażają strach przed wszystkimi. Po tygodniu, w następną niedzielę, Jezus znowu zastał drzwi zamknięte. Mimo spotkania ze zmartwychwstałym Jezusem strach nie mija, lecz zmienia swą postać. Tworzy osad, którego się nie czuje, bo jest wszechobecny, przekształcając się w zachowania wyrażające zamknięcie: wycofanie, obojętność lub agresję. To religia strachu. Na szczęście Jezus przychodzi do nich mimo drzwi zamkniętych. Otwiera ich serca i umysły słowem niosącym pokój i pojednanie. Przebaczając tym, którzy skazali Go na śmierć, Jezus przezwycięża strach uczniów. Odtąd, z odwagą zaczną głosić odpuszczenie grzechów tym, których najbardziej się obawiali.

Sobota w oktawie Wielkanocy, 18.04.2020 Mk 16,9-15

Pierwszą osobą, której ukazał się zmartwychwstały Jezus była Maria Magdalena. Jej imię pojawia się wielokrotnie w opisach śmierci Jezusa i w opowiadaniach o Jego zmartwychwstaniu. Można zapytać, dlaczego jest ona tak wyjątkową postacią w historii Jezusa? Pewną wskazówką może być krótka informacja dołączona do jej imienia, iż Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów (demonów). Ich liczba podkreśla, że była ona całkowicie pod ich władzą i tak dalece przez nich opanowana, że nikt nie mógł jej pomóc. Jezus wyrzucał z ludzi złe duchy (uczucia i myślenie, które wprowadzały ich w stan rozpaczy i beznadziei), nauczając, a więc mocą swego słowa. Maria Magdalena pamiętała, że to Jego słowo ocaliło ją wtedy przed pogrążeniem się w nicość. Jego śmierć oznaczała unieważnienie i w konsekwencji odrzucenie Jego nauki. Spotkanie z żyjącym Jezusem nie tylko pozwala doświadczyć Jego obecności, ale również przywraca, a nawet potęguje siłę Jego słowa. Zmartwychwstanie Jezusa nie jest więc wydarzeniem oderwanym do Jego nauczania. Nadaje mu prawdziwie Boski autorytet, który stanowi nieodpartą motywację do jego przestrzegania i kierowania się nim w codziennym życiu.

Piątek, w oktawie Wielkanocy, 17.04.2020 J 21,1-14

Śmierć i zmartwychwstanie Jezusa wydarzyły się w Jerozolimie, a teraz wraz z uczniami znajdujemy się w Galilei, nad Jeziorem Tyberiadzkim. Dlaczego opuścili Jerozolimę i wrócili w swoje rodzinne strony, do miejsca, gdzie zostali powołani przez Jezusa i towarzysząc Mu stali się Jego uczniami? Doświadczyli obecności zmartwychwstałego Jezusa i co dalej? Na co czekali? Że im powie, co mają robić? Ale On im to już wcześniej powiedział, tylko że oni tego słuchali i nic nie robili. Może myśleli, że im przedstawi wizję jakiegoś nowego wspaniałego życia, a On nic. Zniecierpliwieni więc wracają do swoich domów. I chyba tu też czekali na coś niezwykłego. Wreszcie Piotr (może upomniany przez żonę, żeby się wziął do jakiejś roboty) zwrócił się do swoich wspólników (na czas wędrówki z Jezusem zawiesili swój biznes, jak wielu z nas podczas epidemii): idę łowić ryby. A oni na to: idziemy i my z tobą. Zmartwychwstały Jezus nie wyprowadza uczniów z ich zwykłych, codziennych obowiązków. Przeciwnie, swoim milczeniem i nieobecnością, zmusza ich niejako do podjęcia ich na nowo. I wtedy odkrywają coś niezwykłego: daremność i bezowocność swojego trudu. Przedtem tego nie widzieli, bo nawet nie zastanawiali się, czy to co robią ma jakiś sens. Kiedy już zobaczyli, że z ich całego wysiłku nic nie ma, usłyszeli głos: Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie. I oto z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Zmartwychwstanie nie mami nas wspaniałym światem, oderwanym od naszej nudnej codzienności, ale przemienia ją, nadając jej sens i rodząc owoce dla innych.

Czwartek, w oktawie Wielkanocy, 16.04.2020 Łk 24,35-48

Kiedy zmartwychwstały Jezus spotyka się z uczniami, pokazuje im znaki swojej śmierci jako potwierdzenie tego, że nie jest duchem oderwanym od ciała ulegającego rozkładowi w grobie. Jego nowe życie, będące całkowicie dziełem Boga, wykracza poza śmierć, ale jednocześnie wyraża pełnię tego, kim był (cielesność). Ludzkie życie zmierzające do śmierci wydaje się pozbawione sensu. Codziennie zmuszeni jesteśmy nadawać sens temu, co robimy, musimy udowadniać sobie i innym, że jest jesteśmy potrzebni i nasze życie jest po coś, choć w głębi czujemy inaczej. Zmartwychwstały Jezus jest źródłem sensu życia. Spotkanie z Nim nie jest wyizolowanym wydarzeniem, kieruje bowiem naszą uwagę na Pismo, obejmujące Prawo Mojżesza, Proroków i Psalmy, pomagając odkryć znaczenie wszystkich naszych doświadczeń, nawet najtrudniejszych i najbardziej raniących. Nabierają one sensu na podobieństwo śladów Jego męki, które On nosi na swoim przemienionym ciele. Ktoś, kto doświadcza obecności zmartwychwstałego Jezusa zaczyna czytać swoje życie, czytając Pismo. A kiedy czyta, zaczyna rozumieć jedno i drugie.

Środa, w oktawie Wielkanocy, 15.04.2020 Łk 24,13-35

Mężczyźni inaczej przeżywają śmierć Jezusa niż kobiety. Uczniowie z dzisiejszego fragmentu ewangelii są nie tyle smutni, ile posępni, gdyż smutek pomieszany jest u nich ze złością, a ta najbardziej wyraża się w niespełnionych nadziejach, które w Nim pokładali: a my spodziewaliśmy się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. Rozgoryczenie widoczne w ich ponurych minach nie ustąpiło nawet wtedy, kiedy usłyszeli zapewnienie kobiet, że On żyje. Jezus wie, co przeżywają, ale każe im o wszystkim opowiedzieć, bo zmartwychwstanie to powstanie ze śmierci, obecnej w zawiedzonych nadziejach, niezrealizowanych planach, rozczarowaniach w stosunku do osób, od których oczekiwaliśmy czegoś więcej. Gdy już wyznali wszystkie swoje smutki pomieszane z gniewem zaczęli słuchać towarzyszącego im w drodze Jezusa, który swoją śmierć i ich smutki umieścił w planach Boga. Te zaś w zmartwychwstaniu Jezusa okazują się większe od śmierci i smutków. Właśnie zmartwychwstanie odsłania sens porażek i nieszczęść. Pokazuje bowiem, jak to, co się z nami dzieje w trudnych okolicznościach życia, w przeciwnościach losu, można włączyć w tworzenie bliskich relacji z innymi, w budowanie nowej wspólnoty. U podstaw tego jest przekonanie, że zniechęcenie i rozpacz nie określają sytuacji bez wyjścia, bo otwiera ją spotkanie z Tym, kto swoim słowem i obecnością w eucharystii towarzyszy nam w drodze.

Wtorek, w oktawie Wielkanocy, 14.04.2020 J 20,11-18

Maria Magdalena płacząc stoi na zewnątrz, nie wchodzi do środka, nie interesuje jej pusty grób, który dla Piotra i Jana wydaje się być wskazówką, że Jezus zmartwychwstał. Ona potrzebuje ciała Jezusa, aby móc Go opłakiwać, bo nie mogła tego zrobić podczas szybkiego pogrzebu przed szabatem w piątek. Obydwaj uczniowie wrócili do siebie, ona pozostała, gdyż nie miała dokąd wrócić. Wszystko w swoim życiu związała z Jezusem, powierzyła Mu całą siebie. Jaki to rodzaj oddania? Naturalny przebieg żałoby obejmuje zwykle kilka etapów. Najpierw zaprzeczenie faktowi straty, potem gniew, wyrażający się w pytaniu, dlaczego mi to zrobiłeś, w którym zawiera się niemożność pogodzenia się ze brakiem ukochanej osoby. U Marii oddanie jest bezwarunkowe i całkowite: żadnego zaprzeczania, żadnego gniewu, żadnych pretensji, tylko bezgraniczny żal, potrzebujący czasu, aby go wypłakać. To rodzaj oddania, w którym ktoś pozwala się zranić i w tej ranie trwa. Ona oddała Mu swoje życie a On je przyjął, lecz nigdy tego nie wykorzystał i nigdy nie uczynił jej swoją niewolnicą. Pozostał jej wierny i właśnie do niej przyszedł najpierw, bo w jej oddaniu stał się całym jej życiem. Ale, i tu paradoks, zwracając się do niej po imieniu Mario, oddaje jej to życie, które ona powierzyła Jemu – przemienione, nowe, pełne w wolności. Inaczej niż zazwyczaj u kobiet, które nie mają własnego życia, lecz żyją wyłącznie życiem mężczyzny. Maria będzie odtąd żyła pełnią własnego życia, podarowanego jej przez zmartwychwstałego Jezusa, którego nazwała Mój Nauczycielu.

Poniedziałek, w oktawie Wielkanocy, 13.04.2020 Mt 28,8-15

Odpowiedzią na wydarzenie zmartwychwstania Jezusa są dwa uczucia: bojaźń i radość. Mają one swoje ludzkie i naturalne odpowiedniki: strach i wesołość. Przeżywamy strach przed niebezpieczeństwem, jak teraz podczas epidemii, bo nie mamy kontroli nad tym, co nam zagraża. Szukamy przyjemności, które pozwolą zapomnieć o zagrożeniu i udawanym śmiechem zakryją strach. Obydwa uczucie – strach i wesołość, skrywają wewnętrzne osamotnienie. Bojaźń rodzi się ze spotkania z Kimś, kto powstał z martwych i ma moc wkroczyć w samotność śmierci i swoją obecnością ją przezwyciężyć. Kobiety, obejmując nogi zmartwychwstałego Jezusa już nigdy nie będą czuły się samotne. Będą żyć w niewidzialnej więzi z Kimś, kto nawet w śmierci ich nie opuści, bo jest od niej silniejszy. I ona jest źródłem ich radości. Prawdziwa radość to radość z obecności i nie może jej zabrać żadna epidemia, ograniczająca drastycznie możliwości robienia przyjemnych rzeczy.

Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego, 12.04.2020

Zmartwychwstanie Jezusa, które dzisiaj świętujemy w kościele przyjmujemy jako część wielowiekowej tradycji religijnej. Jest czymś tak oczywistym, że aż nieważnym. Nie rozmawiamy dziś o Jego zmartwychwstaniu, nie zastanawiamy się nad nim. Inaczej jest w ewangelii, napisanej prawie 60 lat po śmierci Jezusa. Przez ten czas ciągle dyskutowano o zmartwychwstaniu Jezusa – tak było ważne i rodziło tyle różnych pytań. Pierwsze zrodziło się w Marii Magdalenie. Kiedy zobaczyła odsunięty od grobu kamień, pomyślała, że ktoś zabrał ciało Jezusa a ona nie wie, gdzie je położono. Wie, że Jezus umarł, ale nie wie, co się stało z Jego ciałem. Granice jej wiedzy o życiu wyznacza śmierć, jest ona ostatnim jego momentem. Słysząc o tym, Piotr i drugi uczeń biegną do grobu, z tym samym pytaniem: co się stało, niemożliwe, że Jego ciała tam nie ma. W grobie widzi leżące płótna i chustę, w którą była zawinięta Jego głowa. Co pomyślał? Dlaczego ktoś odwinął z płócien ciało zmarłego i zabrał nagie? Te pytania też zakładają śmierć jako nieprzekraczalną granicę i ostateczny punkt odniesienia w życiu. Wydarzenie zmartwychwstania Jezusa rodzi więc pytania o stosunek do śmierci w naszym życiu. Nie ma prawdziwej radości w Wielkanoc bez tych pytań, które streszczają się w jednym: czy jest coś mocniejszego od śmierci? Może miłość? Ale w to trzeba uwierzyć, jak zrobił to uczeń, którego Jezus kochał.

Wielka Sobota, 11.04.2020 Homilia starożytnego autora na Wielką Sobotę

Co się stało? Wielka cisza spowiła ziemię; wielka na niej cisza i pustka. Cisza wielka, bo Król zasnął. Ziemia się przelękła i zamilkła, bo Bóg zasnął w ludzkim ciele, a wzbudził tych, którzy spali od wieków. Bóg umarł w ciele, a poruszył Otchłań. Idzie, aby odnaleźć pierwszego człowieka, jak zgubioną owieczkę. Pragnie nawiedzić tych, którzy siedzą zupełnie pogrążeni w cieniu śmierci; aby wyzwolić z bólów niewolnika Adama, a wraz z nim niewolnicę Ewę, idzie On, który jest ich Bogiem i synem Ewy. Przyszedł więc do nich Pan, trzymając w ręku zwycięski oręż krzyża. Ujrzawszy Go praojciec Adam, pełen zdumienia, uderzył się w piersi i zawołał do wszystkich: "Pan mój z nami wszystkimi!" I odrzekł Chrystus Adamowi: "I z duchem twoim!" A pochwyciwszy go za rękę, podniósł go mówiąc: "Zbudź się, o śpiący i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus. Oto Ja, twój Bóg, który dla ciebie stałem się twoim synem. Oto teraz mówię tobie i wszystkim, którzy będą twoimi synami, i moją władzą rozkazuję wszystkim, którzy są w okowach: Wyjdźcie! A tym, którzy są w ciemnościach, powiadam: Niech zajaśnieje wam światło! Tym zaś, którzy zasnęli, rozkazuję: Powstańcie!

I jeszcze pytanie na dzisiaj, wchodzące w pustkę braku tradycyjnej święconki, które myślami może zastąpić obrzęd: Z jakiej otchłani zwyczajów, rutyny i zewnętrznej religijności chce nas wyzwolić Jezus przez swoje zmartwychwstanie, wzbudzając w nas nasze własne ludzkie słowa i gesty, którymi możemy się podzielić z naszymi bliskimi?

Wielki Piątek, 10.04.2020 J 18,1-19,42

W Wielki Piątek nie sprawuje się Eucharystii, słuchamy jedynie ewangelii o męce i śmierci Jezusa. Słuchamy a nie oglądamy. Przez wieki ludzie lubili oglądać egzekucje skazanych na śmierć, dzisiaj tłumnie oglądamy filmy pokazujące w szczegółach, jak mogło wyglądać biczowanie, przybijanie do krzyża, umieranie Jezusa. Jednak nikt z pozycji oglądacza, czyli kogoś obserwującego z daleka nie nauczy się współczuć komuś, kto cierpi. Kto opowiada o męce Jezusa? Ten, kto stoi pod krzyżem, czyli jest blisko – umiłowany uczeń. Dzisiaj wieczorem nie będzie czego oglądać, ale można będzie słuchać i w słuchaniu starać się być blisko. Bycie razem w zamknięciu przez dłuższy czas jest trudne, pojawiają się kłótnie, wzajemne pretensje i oskarżenia, które łatwo mogą się przerodzić w agresję słowną lub fizyczną. Słuchanie o męce Jezusa kształtuje wyobraźnię, która podpowiada, że komuś może być ciężko, że nie radzi sobie z własnymi uczuciami i niepokojem. Wtedy może zrodzi się potrzeba, aby okazać drugiemu współczującą troskę i dobroć.

Wielki Czwartek, 09.04.2020 J 13,1-15

Podczas dzisiejszej wieczornej eucharystii, upamiętniającej Ostatnią Wieczerzę Jezusa z uczniami, nie będzie obrzędu umycia nóg wybranym osobom. Usłyszymy tylko ewangelię opisującą umycie nóg uczniom przez Jezusa. A On nie wprowadza do swej czynności żadnego słowa wyjaśnienia, tylko wstaje od stołu, zdejmuje wierzchnie okrycie, bierze ręcznik, przepasuje się nim, wreszcie nalewa wodę do miski. Uczniowie obserwują Go zszokowani. Przecież dotąd nie przywiązywał żadnej wagi do żydowskich obmyć i oczyszczeń, pewnie i do tej uczty zasiedli, nie obmywając rąk (bo Piotr poprosi później, żeby też i ręce mu obmył). Nie jest to więc rytualne obmycie, zgodne ze zwyczajem, lecz Jego własne, Jezusa. Zażenowani, chyba wstydzili się za Niego. On Mistrz i Nauczyciel, a zachciało Mu się jakiegoś dziwactwa. Nie mogło wszystko odbyć się normalnie, jak zawsze? Na końcu wyjaśnia: Jeżeli Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wy powinniście sobie nawzajem umywać nogi. A to oznacza, że jesteśmy we wspólnocie z Jezusem wtedy, kiedy jedni wobec drugich stajemy się sługami. Może tak wszyscy domownicy włączą się w przygotowania do świąt, przestając myśleć, że należy to wyłącznie do kobiet, żon i matek? W szczerych i pokornych gestach pomocy stajemy się bliscy Bogu i sobie nawzajem, bo spełniamy czynności Jezusa, Sługi i Syna Bożego.

Wielka Środa, 08.04.2020 Mt 26,14-25

Ewangelie dużo miejsca poświęcają Judaszowi, bo należał do grona Dwunastu, najbliższych uczniów Jezusa. Jego zdradę przeżywili więc boleśnie, traumatycznie, z pozostawionym bez jednoznaczniej odpowiedzi pytaniem, dlaczego to zrobił. Przecież był z nimi od początku. Widział Jego cuda, słuchał Jego nauk. Jednak już od momentu powołania, o Judaszu mówi się, że jest tym, który Go zdradził. Już wtedy musiał mieć swój własny plan wobec Jezusa, w którym on, Judasz miałby do odegrania ważną rolę jako skarbnik. Czyżby dla 30 srebrników zdradził Jezusa? Nie. Myślał dalekosiężnie, o nowej religii założonej przez Niego, przynoszącej ze względu na gromadzące się tłumy olbrzymie dochody, a on miałby nimi zarządzać. Przygotowując się do swojej śmierci, którą odczytał jako wolę Boga, Jezus odrzucił plan Judasza, aby stać się narzędziem w jego rękach do zrobienia kariery i osiągnięcia sukcesu. Zbliża się Triduum Paschalne, pamiątka śmierci i zmartwychwstania Jezusa, która przypomina nam, że istotą chrześcijaństwa jest Jego osoba, łącząca nas z Bogiem i ze sobą nawzajem, a nie religia, będąca realizacją Judaszowego projektu.

Wielki Wtorek, 07.04.2020 J 13,21-33.36-38

Kolejna uczta. Tym razem, to ostatnia wieczerza Jezusa z uczniami. Nie udaje On, że wszystko między Nim a uczniami jest w porządku, nie próbuje ich podnieść na duchu głupawym optymizmem, że wszystko będzie dobrze, nie ukrywa, iż zbliża się Jego śmierć. Spotykając się z Nimi po raz ostatni, konfrontuje ich z nagą prawdą: jeden z nich Go zdradzi, a ten, którego obdarzył największym zaufaniem, wyprze się Go, pozostali Go opuszczą. Ale ta naga prawda nie zawiera w sobie oskarżenia czy potępienia, zastępuje je miłość i wierność. Podając Judaszowi umoczony kawałek chleba, daje mu do zrozumienia, że należy on ciągle do wspólnoty uczniów i nawet jeśli odejdzie w noc śmierci, może wrócić w poranek zmartwychwstania. Judasz wybrał własną drogę i nie wrócił. Do Piotra, który Go z przekonaniem zapewniał: ‘Życie moje oddam za Ciebie’, powiedział ze smutkiem: ‘Życie swoje oddasz za Mnie? Kogut nie zapieje, aż ty trzy razy się Mnie wyprzesz’. Piotr żałował i wrócił. W czasie tegorocznego Wielkiego Postu nie było ani rekolekcji, ani spowiedzi. Ale nasze świąteczne spotkania z bliskimi nie muszą wcale się odbyć w udawanej wesołości. Szczery żal obmywający wszystkie nasze zdrady i zaparcia się Boga i bliźnich może utorować drogę do odnowienia naszej wierności Bogu i wzajemnej miłości.

Wielki Poniedziałek, 06.04.2020

W trakcie przygotowań do święta Paschy odbywa się uczta w domu Łazarza, którego Jezus przywrócił do życia. Są uczniowie i zaproszeni goście. Marta podaje potrawy. Wszystko przebiega normalnie i zgodne ze zwyczajem: mężczyźni siedzą przy stole i spożywają posiłek, a kobiety im usługują. Ale tylko do pewnego momentu. Oto bowiem zaczyna się dziać coś niezwykłego, co odbiera mężczyznom apetyt i skupia ich całą uwagę. Pojawia się jej młodsza siostra, Maria z funtem (około 325 gram) oryginalnego, wyjątkowo drogiego olejku o intensywnym zapachu i namaszcza stopy Jezusa. Użycie takiej ilości olejku to przesada, która wprawia w zakłopotanie wszystkich obecnych. To nie koniec ekstrawagancji w zachowaniu Marii, bo swoimi rozpuszczonymi, długimi włosami wyciera Jego stopy, po których spływa nadmiar olejku. Tego nie mógł już znieść Judasz. Zabiera głos – po raz pierwszy w ewangelii. Szybko wyliczył. Taką ilość dałoby się sprzedać za 300 denarów (1 denar za dzień pracy). Dla Marii, która długo czekała na tę chwilę i się do niej przygotowywała, najważniejsza jest osoba Jezusa, dla niej bezcenna. Swoimi ekstrawaganckimi gestami wyróżniła Jego obecność i sprowokowała Go do zapowiedzi dnia Jego pogrzebu. Dla Judasza właśnie cena olejku jest najważniejsza. Żeby jednak nie podejrzewano go o chciwość, maskuje ją pobożnym sloganem, że pieniądze ze sprzedaży mogłyby pójść na pomoc dla biednych. Ilu uczniów Jezusa myśli dzisiaj jak Judasz? Ilu zachowuje się jak Marta, zanurzona w codziennych obowiązkach? Dla ilu w tym Wielkim Tygodniu Jezus okaże się najważniejszą osobą, godną uwagi i skupienia?

Niedziela Męki Pańskiej/A, 05.04.2020

Według tradycji dzisiejsza niedziela nazywa się niedzielą palmową, ale w liturgii nosi nazwę niedzieli Męki Pańskiej; według tradycji najważniejsze są palmy, w liturgii wydarzenia związane z ostatnimi dniami życia Jezusa: z Jego męką i śmiercią. Tradycję my tworzymy, naszymi rękami przystrajając palmy, ewangelia tworzy nas, odnawiając nas mocą słowa krzyża.  I jakie jest to słowo krzyża? Jezus nie traktował drogi prowadzącej Go na śmierć jako kary Boga. Podczas całego przesłuchania przed Piłatem, w kolejnych etapach męki, w scenach wyszydzenia na krzyżu i nawet w ostatnim swoim krzyku ‘Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił’, zdał się bezwarunkowo na Jego wolę. Wyrzekł się wszelkiej boskiej potęgi, której tak bardzo pożądają religijni ludzie, i w całkowitym ogołoceniu powierzył się Bogu. Rzymscy żołnierze, okrutni i bezwzględni, przywykli do zadawania cierpień i zabijania, patrząc na to Jego absolutnie bezbronne umieranie rozpoznali w Nim prawdziwego Syna Boga, kogoś kto, cały, bez zastrzeżeń oddał się w niewidzialne ręce swego Ojca. Wchodzimy w Wielki Tydzień trawieni niepokojem związanym z epidemią. Przypominając sobie o Jego męce i śmierci, uczmy się rozpoznawać w sobie i w naszych bliskich kruchość, osamotnienie, i niewypowiedziane pragnienie oddania się Komuś, kto nas obejmie i ukryje wewnątrz swej wszechogarniającej Obecności.

Sobota, 5 tyg. W. Postu, 04.04.2020 Ez 37,21-28; J 11,45-57

Kiedy Izraelici są jeszcze na wygnaniu w Babilonii, prorok Ezechiel zapowiada im, jak będzie wyglądało ich życie, po powrocie do swego kraju. Nie będzie wyglądało tak, jak przed wygnaniem, z podziałami między ludźmi, gdzie jeden był przeciw drugiemu, dbając wyłącznie o swoją korzyść, z obrzędowością religijną oderwaną od Bożego prawa i przykazań. Bóg zwiąże się z nimi przez swoje słowo i swego Ducha nierozerwalnym przymierzem, a oni staną się Jego ludem. Bo tylko słowo Boga i Jego moc mogą przezwyciężyć własny egoizm każdego i wzbudzić głębokie pragnienie budowania wspólnoty. Jak więc będzie po epidemii? Czy wrócimy do kościoła pod przymusem religijnego zwyczaju, czy też z pragnieniem spotkania się z Tym, który umarł po to, aby rozproszone dzieci Boże zgromadzić w jedno? Jak będziemy przeżywać niedzielną eucharystię? Z uważnym słuchaniem ewangelii i przyjmowaniem jej do serca i umysłu, aby kształtowała nasze myślenie, uczucia i czyny? Odpowiedź będzie zależała od tego, jak przeżyjemy Wielki Tydzień, Triduum Paschalne i Wielkanoc, zamknięci w naszych domach. Czy będzie to zwyczajny tydzień, czy jednak przez osobisty wysiłek każdego okaże się on nadzwyczajnym, Wielkim Tygodniem i Wielką Nocą Zmartwychwstania Jezusa? 

Piątek, 5 tyg. W. Postu, 03.04.2020 J 10,31-42 (Jr 20,10-13)

Dlaczego ludzie bardzo religijni nie mogli znieść tego, że Jezus pokazywał w swoim zachowaniu całkowite oddanie Bogu, nazywając siebie Jego Synem? Wcześniej, w podobny sposób potraktowano proroka Jeremiasza, który piętnował wykorzystywanie religii do panowania nad innymi. Ludzie religijni, jak ci, którzy rozmawiali z Jezusem, z reguły występują w licznym tłumie, żeby swoją liczebnością zamanifestować swoją siłę i przewagę: jest nas tak wielu, więc to my mamy rację, a ty jesteś jeden, sam. Człowiek oddany Bogu nie potrzebuje innych dla potwierdzenia swojej wiary, wystarczy mu wewnętrznie przeżywana obecność Boga. Czas epidemii, kiedy nie będziemy mogli tłumnie iść do kościoła, żeby święcić pokarmy na stół wielkanocny i uczestniczyć w procesjach, może być sprawdzianem prawdziwości naszej wiary, gdy zamknięci w domu, będziemy mogli okazać bliskość Boga jedynie w pokornych i małych gestach dobroci wobec najbliższych. Zewnętrzność obrzędów religijnych, których szukamy tłumnie w kościele odpowiada bowiem rutynowym i automatycznym zachowaniom w domu, pozbawionym uwagi, skupienia i wrażliwości na potrzeby naszych bliskich. Do tego jednak potrzebujemy nawrócenia: od tego, co zewnętrze do tego, co wewnętrzne, i głębiej - do Najwyższego (Augustyn).

Czwartek, 5 tyg. W. Postu, 02.04.2020 J 8,51-59

Jezus zna Boga przez całkowite oddanie Mu siebie jak małe dziecko powierza się bezgranicznie swojej matce lub ojcu. Rozmawiający z Nim ludzie nie znają Boga tak jak On Go zna, gdyż blokuje ich lęk przed śmiercią. Blokuje on też poznanie innej ludzkiej osoby w głębokiej i trwałej więzi, w obawie przed zranieniem z jej strony lub wykorzystaniem. Nie trzeba dodawać, że lęk uniemożliwia także poznanie samego siebie. Dlatego Jezus mówi: Jeśli ktoś zachowa moją naukę nie doświadczy śmierci na wieki. W posłuszeństwie słowu Jezusa każdy ma szansę przezwyciężyć lęk przed śmiercią, całkowicie powierzyć się Bogu, drugiemu człowiekowi i poznać siebie.  Pytanie tylko, czy tego chce? Może bezpieczniej jest żyć w kłamstwie strachu?

Środa, 5 tyg. W. Postu, 01.04.2020 J 8,31-42

Jezus zwraca się do tych, którzy uwierzyli w Niego, ale są bardzo przywiązani do swojej tradycji religijnej, tak bardzo, że w imię wierności tej tradycji gotowi są Go zabić. Wtedy rzeczywiście tak się stało. Został wydany w ręce Piłata, osądzony i skazany na śmierć. Dzisiaj ten proces usuwania Jezusa przez ludzi religijnych przebiega inaczej. On sam mówi o tym: wy usiłujecie Mnie zabić, bo nie ma w was miejsca dla mojej nauki. Gorliwi w swej pobożności chętnie odwołują się do tradycji, do wiary swoich ojców, do religijnych zwyczajów, ale rzadko albo nigdy  do nauki Jezusa, do Jego ewangelii. Dlaczego? Bo jej nie znają, bo nie zrobili dla niej miejsca w swoim sercu i umyśle. Nie można obecnie z powodu restrykcji wyrazić swego przywiązania do tradycji przez udział  w nabożeństwach w kościele, nawet w eucharystii, ale pozostając w domu można czytać. Co? Ewangelię. Czytać i poznać prawdę, a prawda was wyzwoli.

 Wtorek, 5 tyg. W. Postu, 31.03.2020 Lb 21,4-9

Izraelici w epizodzie z księgi Liczb przebywają już długi czas na pustyni, która mocno ogranicza ich życie, pozbawiając nie tylko lepszego jedzenia, ale także przyjemności. Nie mogą się doczekać wejścia do ziemi obiecanej, opływającej w mleko i miód. A muszą tam iść okrężną drogą, która jeszcze wydłuży ich pobyt na pustkowiu. Stają się nerwowi i zniecierpliwieni. Zaczynają oskarżać Boga i Mojżesza. Tak bardzo chcą, aby wędrówka przez pustynię już się skończyła. Chcieliby sami wyznaczyć jej koniec (ograniczeń) i początek (normalności), nie rozumiejąc po co jest im dany czas pustyni. Czyż nie po to, aby trochę lepiej poznali Boga i siebie nawzajem, i pojęli, że bardziej od chleba i przyjemności potrzebują słowa, które nadaje sens życiu? Objawia je Jezus: Ojciec, który Mnie posłał jest ze Mną, nie pozostawi Mnie samego, bo Ja czynię to, co sie Jemu podoba.

Poniedziałek, 5 tyg. W. Postu, 30.03.2020 J 8,1-11

Grzech cudzołóstwa, o którym opowiada dzisiejsza liturgia słowa, obejmuje dwoje sprawców, mężczyznę i kobietę. Ale zazwyczaj mężczyzna ucieka, a zostaje kobieta jako jedyna oskarżona. Kiedy zaś sędziami i świadkami oskarżenia są także mężczyźni, to wyznanie swej niewinności przez kobietę nic jej nie pomoże, zostanie skazana i przez wszystkich potępiona. W obronnie Zuzanny, oskarżonej przez dwóch starców (świadków), którzy ją pożądali, a którym ona nie uległa, stanął Daniel. Uwierzył on młodej kobiecie, że jest niewinna, nie uwierzył starym mężczyznom, podejrzewając ich o pożądliwość i próbę gwałtu. Przeciwstawił się powszechnej opinii: to młoda kobieta uwodzi ‘biednych, niewinnych’ mężczyzn. Do Jezusa również przyprowadzono kobietę pochwyconą na cudzołóstwie (mężczyzna oczywiście uciekł), oczekując od Niego wydania wyroku. Oskarżyciele (mężczyźni) wykazali się dużą przebiegłością, bo powołali się na Prawo, nakazujące takie kobiety kamienować. Jezus nie podważa przykazania, lecz pyta mężczyzn, czy ktoś z nich jest wolny od grzechu pożądania, gdyż przecież istnieje też przykazanie: ‘nie będziesz pożądał żony bliźniego swego’. Kiedy już wszyscy odeszli zapytał kobietę: Nikt cię nie potępił? A ona: Nikt, Panie! Wydał wyrok: I Ja ciebie nie potępiam. Idź i odtąd już nie grzesz. Zanim ktoś przyjmie rolę sędziego i oskarży kogoś innego o grzech, powinien najpierw sam siebie osądzić i zapytać o swój grzech.

5 Niedziela W. Postu/A, 29.03.2020

Dzisiejszy epizod z ewangelii opowiada historię trojga rodzeństwa: Marty, jej siostry Marii i ich brata Łazarza.Marta wierzy w zmartwychwstanie, ale na końcu. I to jest poprawna wiara, mająca kształt nadziei, że kiedyś spotkamy się wszyscy w nowym lepszym życiu. Miłość Marii jest niecierpliwa, chce życia już tu i teraz. Wypowiada te same słowa co Marta: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Marta mówi je z wiarą, a Maria z miłością. Można przeżywać ten trudny okres w oczekiwaniu aż się skończy i wszystko wróci do stanu poprzedniego. To postawa Marty. Maria nie chce czekać. Miłości nie można odkładać na później, trzeba ją okazać teraz. Dlatego Jezus przywraca do życia Łazarza w odpowiedzi na miłość Marii, nie Marty, która nie tylko pogodziła się z jego śmiercią, ale uważa, że nic już nie można zrobić.

Sobota, 4 tyg. W. Postu, 28.03.2020

W różnych sprzeczkach i kłótniach z najbliższymi, szczególnie wtedy, gdy skazani jesteśmy na bycie razem przez dłuższy czas, najczęściej wiemy o co się kłócimy, starając się z determinacją walczyć o swoje racje. Rzadko jednak zastanawiamy się nad tym, kim jesteśmy w tych sporach. Jeśli kłócimy się o pieniądze, to czy temperatura tej kłótni nie mówi, że jesteśmy chciwi? Albo gdy sprzeczamy się o metody wychowania dzieci, to czy nasza upartość przy swoich przekonaniach nie dowodzi, że chcemy mieć władzę nad innymi i rządzić wszystkimi? Jeremiasz i Jezus powierzali swoje sprawy Bogu i potrafili zdać się na Jego wyroki.

Piątek, 4 tyg. W. Postu, 27.03.2020

Dlaczego ludzie postępujący źle nie do